Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Prawo karne i wykroczeniowe

Owoce zatrutego drzewa

13 września 2013
Ten tekst przeczytasz w 23 minuty

Nielegalność metody uzyskiwania dowodów nie musi, choć brzmi to nieco cynicznie, dyskwalifikować ich wartości dla ustalenia prawdy

Czy dowody zebrane przez organy ścigania z naruszeniem prawa mogą być wykorzystane w procesie karnym? W przepisach polskiego kodeksu postępowania karnego z 1997 r. nie znajdziemy wyraźnej i pełnej odpowiedzi na to ważne pytanie. Z art.171 par. 7 tego kodeksu możemy się dowiedzieć, że nie mogą stanowić dowodu "wyjaśnienia, zeznania oraz oświadczenia złożone w warunkach wyłączających swobodę wypowiedzi". Przykłady sytuacji, w których swoboda wypowiedzi była wyłączona, można znaleźć w orzeczeniach Sądu Najwyższego i w komentarzach do k.p.k. Uważa się np., że brak jest takiej swobody, gdy przesłuchania były wielokrotne, przy jednoczesnym zmęczeniu i złym samopoczuciu przesłuchiwanych. Podobnie ocenia się przesłuchiwanie podejrzanego przez prokuratora w obecności policjanta, który wcześniej sam tego podejrzanego przesłuchiwał, czy też przesłuchanie przez prokuratora w budynku policji i w obecności policjanta. Komentatorzy kodeksu nie mają też wątpliwości, że organ procesowy nie może przesłuchiwać pijanego świadka, bo jego zeznania i tak nie będą mogły być wykorzystane jako dowód w procesie.

Artykuł 171 par. 7 k.p.k. stwierdza też, że nie mogą stanowić dowodu wyjaśnienia, zeznania albo oświadczenia uzyskane wbrew zakazom wymienionym w par. 5 wspomnianego artykułu, gdzie wyraźnie stwierdza się, że niedopuszczalne jest wpływanie na wypowiedzi osoby przesłuchiwanej za pomocą przymusu (np. poprzez bicie) lub groźby bezprawnej. W orzeczeniu SN z 1978 r. uznano np. za taką niedopuszczalną i dyskwalifikującą dowód metodę polegającą na przesłuchaniu podejrzanej na drugi dzień po przywiezieniu ze szpitala jej miesięcznego dziecka, gdy przesłuchujący groził kobiecie, że jeżeli się nie przyzna, to zostanie aresztowana i pozbawiona kontaktu z niemowlęciem. Niedopuszczalne jest też, według art. 171 par. 5 k.p.k., "stosowanie hipnozy albo środków technicznych wpływających na procesy psychiczne osoby przesłuchiwanej albo mających na celu kontrolę nieświadomych reakcji jej w związku z przesłuchaniem".

Z drugiej strony nie znajdziemy w kodeksie zakazu posługiwania się podstępem, np. przez skłonienie przesłuchiwanego do przyznania się przy pomocy nieprawdziwej informacji, że jego wspólnicy już go wskazali jako tego, który odegrał główną rolę w przestępstwie. Przepisy k.p.k. nie zawierają też odpowiedzi na pytanie, czy może być dopuszczony dowód uzyskany w wyniku nielegalnego przeszukania lub niezgodnego z ustawowymi warunkami podsłuchu albo też w sposób naruszający przepisy ustawowe o dopuszczalnej prowokacji policyjnej.

Ta ostatnia kwestia była przedmiotem rozbieżnych ocen, opinii i prawniczych komentarzy w związku z głośną kilka lat temu sprawą korupcyjną dotyczącą lekarza i kierownika jednej z klinik akademickich. Zaczęła się ona od tego, że w 2005 r. bliski współpracownik tego lekarza powiadomił policję o rzekomym przyjmowaniu przez niego korzyści majątkowych od pacjentów i ich rodzin. Dwaj funkcjonariusze policji prowadzący czynności operacyjne na podstawie tego zawiadomienia postanowili zorganizować prowokację opartą na art. 19a ustawy o policji. Przepis ten upoważnia policję, mówiąc w skrócie, do próby wręczenia łapówki podejrzewanej o korupcję osobie w celu "sprawdzenia uzyskanych wcześniej wiarygodnych informacji o przestępstwie oraz ustalenia sprawców i uzyskania dowodów przestępstwa".

Wspomniani policjanci znaleźli więc osobę (nazwijmy ją na potrzeby tego felietonu panią X), która przeprowadzenia takiej próby i jej nagrania się podjęła, a następnie wywiązała się z zadania. Sęk jednak w tym, że kierujący jej działaniami policjanci nie sprawdzili w żaden sposób wiarygodności złożonego przez współpracownika prowokowanego lekarza doniesienia, a przełożonych nieprawdziwie informowali o swoim rzeczywistym stanie wiedzy, co spowodowało wydanie przez komendanta wojewódzkiego policji zarządzenia, a następnie do wydania przez prokuratora okręgowego zgody na przeprowadzenie kontrolowanego wręczenia łapówki opartej o nieprawdziwe podstawy faktyczne. Prowokacja naruszała więc jaskrawo ustawowe warunki jej przeprowadzenia.

Sąd rejonowy, który rozpatrywał tę sprawę w pierwszej instancji, zauważył te wszystkie wady policyjnej akcji i w konsekwencji jej nielegalność. Powołując się jednak na to, że w polskim prawie nie stosuje się reguły wyłączania dowodów jako owoców zatrutego drzewa (o tej wywodzącej się z amerykańskiego systemu prawnego doktrynie - w dalszej części tekstu), wybrał salomonowe wyjście i sprawę przeciwko oskarżonemu warunkowo umorzył. Przeciwko dwóm policjantom organizującym nielegalną prowokację wszczęto natomiast postępowanie karne o niedopełnienie obowiązków i wyłudzenie poświadczenia nieprawdy.

Sąd okręgowy rozpatrujący sprawę w drugiej instancji przyjął inną wersję oceny prawnej całego zdarzenia. Według niego materiał dowodowy w sprawie powinien być oceniony inaczej, niż uczynił to sąd rejonowy. Uznał więc za wiarygodne wyjaśnienia oskarżonego, a zdyskwalifikował zeznania pani X, wskazując na to, że nagrana przez nią rozmowa w gabinecie lekarza nie może być oceniona jednoznacznie. W konsekwencji oskarżony został uniewinniony. Na skutek kasacji prokuratora sprawa trafiła do Sądu Najwyższego, który 30 listopada 2010 r. (III KK 152/10) kasację oddalił. Sformułował przy tej okazji tezę ogólną, sprowadzającą się do tego, że niezachowanie określonych w art. 19a ustawy o policji ustawowych warunków dopuszczalności przeprowadzenia czynności operacyjno-rozpoznawczych uniemożliwia w procesie karnym wykorzystanie uzyskanego w ich trakcie materiału dowodowego. Mówiąc językiem nieprawniczym, jeżeli organy ścigania, organizując prowokację, naruszą jej ustawowe warunki, to dowody uzyskane tą drogą traktowane są jak nieistniejące, a więc oskarżony może być z tego powodu uniewinniony, chyba że inne dowody wystarczą do jego skazania.

W uzasadnieniu SN zgodził się zresztą ze zdaniem obydwu sądów orzekających w niższych instancjach, że doktryna owoców zatrutego drzewa nie ma tu zastosowania. Wyjaśnił jednak, że po prostu stan faktyczny sprawy nie pozwoliłby na zastosowanie tej formuły, nawet gdyby obowiązywałaby ona w Polsce. O dowodach dyskwalifikowanych jako owoce zatrutego drzewa mówimy bowiem wtedy, gdy pochodzą one pośrednio z nielegalnej czynności organów policyjnych, np. gdy w wyniku nielegalnego przeszukania znaleziony zostanie pamiętnik opisujący przestępną działalność innej osoby. W rozpatrywanej sprawie chodziło natomiast o dowody "skażone pierwotnie", które na skutek tego skażenia należy, zdaniem Sądu Najwyższego, zdyskwalifikować.

Wracając na chwilę do tej znanej i dowcipnie nazwanej amerykańskiej koncepcji owoców zatrutego drzewa, warto wskazać, że wypracowano ją w orzecznictwie amerykańskiego federalnego Sądu Najwyższego, opierając się na argumentacji o konieczności zapobiegania naruszaniu przez policję przepisów konstytucji USA. Wcześniej jednak, jak zauważa prof. Stanisław Waltoś, na którego relacji (w książce "Owoce zatrutego drzewa", Kraków 1978) w tej kwestii się opieram, wypracowano coś, czego odpowiednikiem jest polskie pojęcie dowodów pierwotnie skażonych -mianowicie tzw. exclusionary rule, a więc regułę eliminującą dowody uzyskane z naruszeniem prawa. Precedensowe było tu rozstrzygnięcie w sprawie niejakiego Fremonta Weeksa z 1914 r. Chodziło o to, że policja bez nakazu dwukrotnie przeszukała mieszkanie przyszłego oskarżonego na podstawie dość banalnych podejrzeń o drobną kradzież dokonaną w sklepie przez jego żonę. W czasie tych przeszukań znalazła dowody rzeczowe (bilety loteryjne) mające świadczyć o przestępstwie prowadzenia przez niego nielegalnej loterii. Sąd Najwyższy USA, rozpoznając skargę skazanego Weeksa, sformułował wówczas zasadę, że dowody zdobyte niezgodnie z prawem muszą być wyeliminowane z procesu. W rezultacie sprawa wróciła do sądu federalnego w Kansas City, ale do jej ponownego rozpoznania nie doszło, gdyż prokurator, pozbawiony najważniejszego dowodu, zrezygnował z oskarżenia.

Z kolei doktryna owoców zatrutego drzewa (fruit of poisonous tree doctrine) ustalona została w Sądzie Najwyższym USA dopiero w 1920 r. w sprawie Silverthorne Lumber Company Inc. przeciwko Stanom Zjednoczonym. W tym przypadku bez nakazu sądowego przeszukano dom właścicieli firmy, zatrzymując i kopiując znalezione dokumenty oraz księgi handlowe. Sąd okręgowy zwrócił je następnie oskarżonym, jako że zostały zdobyte nielegalnie, ale jednocześnie nakazał im, by materiały jednak przedstawili sądowi, opisując je dokładnie na podstawie istniejących kopii. Oskarżeni nie zastosowali się do tego, ale i tak zostali skazani. Dopiero Sąd Najwyższy uznał, że nie wolno również wykorzystywać informacji (to właśnie owe owoce) zdobytych dzięki nielegalnym dowodom (a więc z zatrutego drzewa).

Wspomniana wyżej reguła wyłączająca została później rozciągnięta na dowody zdobyte w drodze nielegalnego podsłuchu, a nawet w drodze przesłuchania podejrzanego bez uprzedzenia go o przysługujących mu prawach, w szczególności o możliwości korzystania z pomocy adwokata. Kwestia dyskwalifikacji bezprawnie zdobytych dowodów była jednak i jest przedmiotem sporów. Wskazuje się na jej poważne wady.

Profesor Waltoś opisuje np. szczególnie drastyczny przypadek nadużycia tych reguł w sprawie policjanta, który był podejrzany o zastrzelenie demonstranta podczas rozruchów w Detroit w 1967 r. Przesłuchano go bez uprzedzenia o przysługujących mu prawach, co uniemożliwiło skazanie, mimo że przyznał się do przestępstwa. Bardzo charakterystyczne jest też stwierdzenie znanego i bardzo szanowanego amerykańskiego sędziego Benjamina Cardoso, który powiedział (cytuję za prof. Waltosiem): "Zbrodniarz zostanie uwolniony tylko dlatego, że policjant popełnił uchybienie (...). W mieszkaniu przeprowadzono rewizję sprzecznie z prawem i znaleziono ciało zamordowanego (... ). Intymność domu została jednak naruszona, wobec czego morderca wyjdzie na wolność".

Ta gorzka konstatacja powinna nas skłaniać do ostrożności w formułowaniu zakresu dyskwalifikacji dowodów uzyskanych nielegalnie. Przecież nielegalność metody uzyskiwania dowodów nie musi (choć brzmi to nieco cynicznie) dyskwalifikować ich wartości dla ustalenia prawdy. Jeżeli zaś chcemy dyscyplinować organy ścigania, to chyba wystarczy konsekwentne pociąganie do odpowiedzialności funkcjonariuszy za naruszenie prawa, bez ponoszenia trudnych (zwłaszcza w przypadku poważnych przestępstw) do zaakceptowania kosztów społecznych, polegających na wydaniu niesprawiedliwego rozstrzygnięcia. Warto również podkreślić, że polskie prawo nie zna lepszych i gorszych wyroków uniewinniających. Uniewinniony z powodu naruszenia prawa przez organy ścigania może więc twierdzić, że jest niewinny na równych prawach z tym, którego uniewinniono, ponieważ czynu nie popełnił, a więc w opinii społecznej jest "naprawdę niewinny".

A to już jest z pewnością rezultat rażąco obrażający poczucie sprawiedliwości.

Jeżeli chcemy dyscyplinować organy ścigania, wystarczy konsekwentne pociąganie do odpowiedzialności funkcjonariuszy, którzy naruszyli prawo

@RY1@i02/2013/178/i02.2013.178.070000600.804.jpg@RY2@

fot. ARTUR BARBAROWSKI_East News

@RY1@i02/2013/178/i02.2013.178.070000600.805.jpg@RY2@

prof. Lech Gardocki, pierwszy prezes Sądu Najwyższego w latach 1998-2010

prof. Lech Gardocki,

pierwszy prezes Sądu Najwyższego w latach 1998-2010

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.