To była tylko pożyczka
Podczas drugiego dnia procesu Beata Sawicka przekonywała, że pieniądze, jakie przyjęła od agenta CBA, nie były łapówką, lecz pożyczką.
I opisywała kolejne etapy znajomości z agentem "Tomaszem". - Robię to, aby już żadnej kobiecie, żaden "Tomasz" ani nikt jemu podobny nie wyrządził krzywdy - mówiła wczoraj przed warszawskim sądem była posłanka Platformy.
Proces Sawickiej ruszył w poniedziałek przed warszawskim sądem okręgowym. Posłanka poprosiła jednak o przerwanie rozprawy, po tym jak rozpłakała się, opowiadając o swojej zażyłości z agentem. Wczoraj Sawicka była już opanowana. Mówiła spokojnie i powoli. Podczas przerw nie opuszczała sali rozpraw, śledziła dokumenty i konsultowała się z adwokatami. Emocjonalny był jedynie koniec jej wystąpienia. - To było coś strasznego; wiem, jak mogła się czuć moja starsza koleżanka, pani poseł Barbara Blida - Sawicka porównała się do byłej posłanki SLD, która popełniła samobójstwo podczas jej zatrzymania i przeszukiwania domu.
Wspominała dzień pierwszego października 2007, kiedy zatrzymało ją CBA. Beata Sawicka przekonywała wczoraj, że nie chciała przyjąć pieniędzy, którymi agenci chcieli "podziękować jej" za pomoc w skontaktowaniu z burmistrzem Helu. - Nie pomagam wam dla pieniędzy, nie dlatego, że jesteście bogaci, tylko z przyjaźni - miała powiedzieć agentom.
Była posłanka apelowała też do sądu o refleksję, czy działania CBA były godziwe. I opowiadała, że jej relacje z agentem były tak bliskie, że ...ten obiecał nauczyć jej dziecko surfować. - Tomasz zawsze umiał trafić do mojego serca - mówiła Sawicka.
Według jej relacji agent zwierzył jej się, że zamierza wybudować luksusowy ośrodek wypoczynkowy. Ją zaś prosił o pomoc w wyszukaniu dobrej lokalizacji. - Mówił, że interesują go duże aglomeracje nadmorskie - opowiadała Sawicka. Miała wtedy zapytać swojego znajomego posła - Jarosława Wałęsę - czy zna gminy, których władze "są nastawione na rozwój". Wałęsa odesłał ją do Marka Biernackiego, a ten z kolei polecił skontaktować się z burmistrzem Helu. Sawicka zapewniła jednak przed sądem, że w rozmowach z posłami nie było mowy o korzyściach osobistych. Dlaczego wspólnie z agentem pojechała na Hel? - Żebym mogła miło wypocząć nad morzem, nie było mowy o tym, bym miała z tego mieć jakąś korzyść - zapewniała.
Sawicka po raz kolejny przekonywała, że pierwsza transza pieniędzy, jakie otrzymała od jednego z agentów, była pożyczką na kampanię wyborczą, którą miała zamiar po siedmiu miesiącach zwrócić. - Ja uznawałam te nasze relacje za przyjacielskie - podkreślała.
Beata Sawicka jest oskarżona o podżeganie i nakłanianie do korupcji oraz płatnej protekcji, przyjęcie 100 tys. zł korzyści majątkowej i powoływanie się na wpływy w organach władzy. Grozi jej do 10 lat więzienia.
Anna Monkos
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu