Nie przyznała się. Wyrok i tak zapadł
Polka przyłapana na dopingu podczas igrzysk w Vancouver została zdyskwalifikowana na dwa lata.
Po trwającym miesiąc śledztwie Polskiego Związku Narciarskiego wiadomo niemal dokładnie tyle co po ujawnieniu badanej próbki - EPO znalazło się w organizmie narciarki.
Jak do tego doszło? Kto zrobił jej zastrzyk? Działała w zmowie czy była ofiarą podstępu?
Niedosyt informacji odczuwają nawet ci, którzy badali sprawę. Pocieszeniem jest fakt, że to być może ostatni przypadek niedozwolonego wspomagania w Polsce, który pozostawił po sobie więcej pytań niż odpowiedzi. Nowa ustawa o sporcie ma stworzyć znacznie skuteczniejsze narzędzia do ścigania dopingu niż te, którymi dysponowała komisja dyscyplinarna PZN.
Wczoraj na ostatnim posiedzeniu przewodniczący komisji Zbigniew Waśkiewicz przyznał, że nie dało się wydobyć na światło dzienne całej prawdy. Jego zdaniem znają ją tylko sama Marek i jej fizjoterapeuta Witalij Trypolski. Zawodniczka nie skorzystała wczoraj z możliwości uzupełnienia zeznań. Komisja musiała wydać wyrok na podstawie relacji, które nijak nie chciały złożyć się w logiczny obraz. Jasne jest, że ktoś kłamie. Ale jedyną możliwą sankcją była standardowa kara dyscyplinarna dla zawodniczki (możliwe, że zostanie jeszcze zaostrzona przez MKOl zakazem udziału w następnych igrzyskach w Soczi).
- Sprawa Marek pokazuje szerszy problem. Środowisko sportowe metodami postępowania dyscyplinarnego nie jest w stanie udowodnić udziału osób trzecich w dopingu - uważa minister sportu i turystyki Adam Giersz, który ma nadzieję, że jeszcze w tym miesiącu do Senatu trafi nowa ustawa o sporcie.
Dlaczego dziś ściganie dopingu jest takie trudne?
- Jest dokładnie jak z korupcją. Dopóki nie była przestępstwem, nie mogliśmy rozwikłać machinacji w piłce nożnej. Kiedy trafiła do kodeksu karnego, okazało się, że można wytoczyć proces kilkuset osobom, uzyskać wyroki skazujące i to zjawisko zastopować - mówi Giersz.
Gdy ustawa o sporcie wejdzie w życie (nawet już za kilka miesięcy), wprowadzi do kodeksu karnego osobną kategorię przestępstw - przeciwko zasadom rywalizacji sportowej. Biorący doping sportowcy jak do tej pory będą odpowiadać tylko dyscyplinarnie.
Kluczowy będzie przepis, że kto podaje zawodnikowi niedozwolone środki bez jego wiedzy, ryzykuje grzywnę lub dwa lata więzienia.
- Gdyby ta ustawa obowiązywała, zeznania Marek oznaczałyby, że doszło do przestępstwa. Z urzędu wkroczyłby prokurator, który dysponowałby poważnymi narzędziami: przesłuchaniami pod groźbą karalności, podsłuchami itd. Śledztwo objęłoby wszystkie osoby związane ze startem biegaczki w Vancouver. Prokurator mógłby rozstrzygnąć, czy rzeczywiście lekarz wstrzyknął EPO bez jej zgody. Trypolski z całą pewnością byłby podejrzany. A po wszystkim mielibyśmy większą pewność, że sprawa została wyjaśniona do końca - tłumaczy Giersz.
Sprawa Marek jednak trafiła do prokuratury. Zawodniczka nie chciała składać zawiadomienia, komisja PZN nie znalazła do tego podstaw prawnych, ale złożył je krajowy konsultant do spraw rehabilitacji prof. Marek Krasucki. Chodzi o podejrzenie narażenia na niebezpieczeństwo utraty życia albo ciężkiego uszczerbku na zdrowiu, za co grożą 3 lata więzienia.
Marta Mikiel
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu