Jak zalegalizować pobyt, czyli mafia po wietnamsku
Blisko 50 osób brało udział w niezgodnym z prawem legalizowaniu pobytu Wietnamczyków w Polsce.
Prawo obchodzono w różny sposób: firmy zatrudniały pracowników, którzy nigdy nie zjawiali się w pracy, właściciele lokali podpisywali fikcyjne umowy wynajmu, a Polacy zostawali ojcami wietnamskich dzieci. Wczoraj sprawa trafiła do Sądu Rejonowego w Mysłowicach.
Na ślad jednej z największych afer z udziałem obywateli Wietnamu wpadli dwa lata temu śląscy pogranicznicy. To właśnie w Katowicach mieszkał i pracował mózg całej szajki - 49-letni Luen N. Polak wietnamskiej narodowości na pozór był szanowanym obywatelem, tłumaczem przysięgłym i właścicielem orientalnej restauracji. W wietnamskiej społeczności zasłynął jednak z zupełnie innej działalności. - W ciągu 4 lat ułatwił pobyt w Polsce wbrew przepisom, co najmniej 58 obywatelom Wietnamu i 2 obywatelom Chin - mówi Marta Zawada-Dybek, rzeczniczka Prokuratury Okręgowej w Katowicach, która nadzorowała śledztwo.
Luen N. opanował chyba wszystkie nielegalne sposoby załatwienia pobytu swoim pobratymcom: fałszował dokumenty, załatwiał im pracę "na papierze", zameldowanie i rejestrował fikcyjne działalności gospodarcze, które rzekomo prowadzili Wietnamczycy ubiegający się o kartę pobytu w naszym kraju. - Był niezwykle obrotny. Wyrabiał pieczątki, zakładał konta, płacił podatki, a księgowej swojej restauracji zlecał nawet prowadzenie księgowości tych fikcyjnych firm. Wszystko wyglądało nienagannie - mówi ppłk Cezary Zaborski ze śląskiej Straży Granicznej w Raciborzu.
Wielu klientów Luena N. miało nawet fałszywe dokumenty ukończenia wietnamskiej szkoły gastronomicznej. - We wniosku o zezwolenie na pracę argumentowano, że w Polsce takich kucharzy nie ma, więc trzeba ich sprowadzić zza granicy - mówi ppłk Zaborski.
W ciągu czterech lat Wietnamczyk zainkasował w ten sposób niemal 90 tys. zł. Z jego pomocy korzystali Wietnamczycy nie tylko z Polski, ale też z Czech. Klientkami były też ciężarne Wietnamki, którym Luen N. znajdował polskich "tatusiów" dla ich dzieci. - W Polsce mieszkał od 20 lat, poznał wielu ludzi, wiedział, jak znaleźć osoby, które potrzebują pieniędzy i zgodzą się na taką transakcję - mówi ppłk Zaborski.
Kobiety po urodzeniu dziecka celowo nie podawały imienia ojca. Gdy znalazł się chętny, razem jechali do Urzędu Stanu Cywilnego i zgodnie twierdzili, że są rodzicami. Ze świeżutkim aktem urodzenia meldowali dziecko u "ojca" i składali wniosek o paszport. Gdy przyszywany tatuś odbierał dokument, dostawał od organizatora 3 tys. zł. Pod koniec 2009 r. ważne karty pobytu w Polsce posiadało 8,2 tys. obywateli Wietnamu. Według nieoficjalnych danych Wietnamczyków może być u nas nawet 25 - 35 tys. - Te rozbieżności to konsekwencja restrykcyjnego polskiego prawa. Wietnamczykom trudno jest zalegalizować pobyt, zdobyć status uchodźcy. Od dawna postulujemy wprowadzenie "pobytu tolerowanego" dla Wietnamczyków. Państwo miałoby nad nimi pewną kontrolę, bez ponoszenia kosztów, a Wietnamczycy mogliby spokojnie mieszkać i pracować - mówi dr Teresa Halik, sinolog z Uniwersytetu Warszawskiego.
Wietnamczycy są jedną z najliczniejszych grup cudzoziemców w Polsce, ale też uchodzą za jedną z najsłabiej zasymilowanych. - Wietnamczycy wcale nie odcinają się na własne życzenie, to nasze społeczeństwo stworzyło bariery, m.in. rozpowszechniając fałszywe stereotypy o "żółtej fali" czy biednych skośnookich z bazaru. A te czasy minęły. Jako sąsiedzi Wietnamczycy nie sprawiają problemów - mówi Halik. Rzeczywiście, ze statystyk wynika, że w 2008 r. zaledwie 50 Wietnamczyków było podejrzanych o popełnienie przestępstwa.
@RY1@i02/2010/007/i02.2010.007.000.007a.001.jpg@RY2@
Większość sprzedawców z bazaru na Stadionie Dziesięciolecia stanowili Wietnamczycy
Fot. Maciej Jeziorek/Forum
Barbara Sowa
barbara.sowa@infor.pl
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu