Dziennik Gazeta Prawana logo

W internecie ludzie nie używają literackiego języka

2 lipca 2018

Proces blogera z Mosiny, który miał dopuścić się w internecie zniesławienia miejscowej burmistrz, trwa już cztery lata i decyzją Sądu Najwyższego znów wraca do ponownego osądzenia (sygn. akt V KK 116/13). Jak to się pani zdaniem skończy?

Sąd okręgowy będzie badał sprawę po raz trzeci i może podejść do sprawy dwojako. Albo zgodnie z wytycznymi Sądu Najwyższego uchyli wyrok, rozbuduje uzasadnienie w zakresie społecznej szkodliwości czynu i umorzy postępowanie na podstawie art. 17 par. 1 pkt 3 k.p.k. Obawiam się, że wtedy oskarżycielka prywatna nie da za wygraną i po raz kolejny złoży skargę kasacyjną. Nie sądzę jednak, aby wówczas SN zdążył rozpoznać sprawę przed jej przedawnieniem.

Druga wersja, to gdy sąd okręgowy, zmęczony kolejnym zwrotem sprawy, uchyli wyrok i skaże w sposób symboliczny blogera z Mosiny za jeden z czynów. Sprawa teraz dotyczy bowiem już tylko jednego z wpisów, w którym bloger wskazał, że pani burmistrz "zmusza mosińskich urzędników do bezprawia (...)".

Co pokazał nam ten proces, czy mogliśmy się z niego czegoś nauczyć?

Potwierdził nam tylko, jak skutecznym instrumentem kneblowania wolności słowa jest art. 212 k.k. Szczególnie gdy posługują się nim politycy. Podczas czterech lat procesu oskarżony musiał stawić się na ponad 15 rozprawach, był poddany badaniom psychiatrycznym, otarł się o karę zakazu wykonywania zawodu dziennikarza oraz obowiązek prac społecznych i wysoką grzywnę. Każdy nawet najbardziej zmotywowany i zawzięty obywatela, bloger czy dziennikarz zaprzestałby pisania o urzędnikach i lokalnych politykach. Szkoda, że nie dorośliśmy jeszcze do takiej kultury politycznej i prawnej, że politycy, podobnie jak we Francji czy Niemczech, nie korzystają z procesów karnych o zniesławienie.

Negatywne skutki dla wolności słowa w Polsce będziemy odczuwali, dopóki art. 212 będzie pozostawać w kodeksie karnym. Niestety Ministerstwo Sprawiedliwości zaprzestało prac nad nowelizacją tych przepisów i wskazało, że ich zmiana nie stanowi w chwili obecnej priorytetu.

W poprzednim wyroku SN najistotniejsza była kwestia tego, czy w internecie można pozwalać sobie na nieco więcej niż w realu. Czy można ostrzej formułować opinie, czy obowiązują tu niższe standardy, jeśli chodzi o język? Skład orzekający uznał, że nie, chociaż zgłoszono zdanie odrębne. Jakie jest pani zdanie na temat?

Bardzo podobało mi się pierwsze uzasadnienie SO w Poznaniu, który uznał, że w internecie możemy pozwolić sobie na więcej. Nie możemy również wymagać od internautów, aby w swoich wpisach, komentarzach stosowali język literacki. Sąd słusznie zauważył, że w sprawie blogera z Mosiny wpisy dotyczyły polityka, który powinien tolerować szerszą krytykę co do formy i treści wypowiedzi. To jednak nie spodobało się SN, który nie zgodził się z taką tezą.

Do mnie argumentacja sądu okręgowego bardzo przemawia. Nie możemy zrównywać internetu z prasą drukowaną i wymagać od przeciętnego obywatela kunsztu pisarskiego czołowych dziennikarzy polskich. Dopóki język internetu nie przybiera formy mowy nienawiści albo nawoływania do przestępstwa, nie powinien być ścigany na drodze karnej. A jeśli ktoś poczuje się urażony wpisami na swój temat, zawsze może wszcząć postępowanie cywilne o ochronę dóbr osobistych.

@RY1@i02/2013/218/i02.2013.218.183001200.803.jpg@RY2@

Dominika Bychawska-Siniarska dyrektorka merytoryczna "Obserwatorium Wolności Mediów w Polsce" Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka

Rozmawiał Sławomir Wikariak

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.