Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Prawo karne i wykroczeniowe

Gorgonowa woła zza grobu

28 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 21 minut

Adwokacki lans - mówi wielu prawniczych recenzentów. Ci łaskawsi dodają, że to sprawa, na której wykształciło się wielu adeptów zawodu i z tego powodu warto ją pociągnąć w XXI wiek. Kolejni widzą w próbie wznowienia postępowania w sprawie zabójstwa Lusi Zarembiny przez Ritę Gorgonową ciąg dalszy medialnej hucpy typu mama Madzi

@RY1@i02/2014/036/i02.2014.036.00000020a.812.jpg@RY2@

Jednak dla Ewy Ilić, córki domniemanej morderczyni, jej wnuczki Margarity Ilić-Lisowskiej, mec. Michała Olechnowicza ze Szczecina, który zgodził się zostać pełnomocnikiem tych kobiet i spróbować choćby podjąć wysiłek ku temu, aby pozbierać fakty i dowody z procesu sprzed ponad osiemdziesięciu lat... Dla nich wszystkich jest to zadanie na miarę życia. Nawet jeśli się nie uda, ważne będzie, że próbowali.

Zdjęcie w Narodowym Archiwum Cyfrowym ma sygnaturę NAC 1-B-636-97. Tytuł: "Proces Rity Gorgonowej oskarżonej o zabójstwo Elżbiety (Lusi) Zaremby, córki lwowskiego architekta Henryka Zaremby przed Sądem Okręgowym w Krakowie". To drugi proces; w pierwszym, prowadzonym we Lwowie, 14 maja 1932 r. uznano kobietę za winną zamordowania córki jej konkubenta i skazano na śmierć, ale adwokatom udało się doprowadzić do kasacji.

Na fotografii widzę ciemnowłosą kobietę o kwadratowej twarzy obramowanej prostokątną plamą ciemnych włosów. Opuszczone kąciki ust, zapadnięte oczy. Stojący za nią jeden z trzech obrońców, gwiazd ówczesnej palestry, Maurycy Axer, też nie ma optymizmu wypisanego na twarzy. Gdybym miała zatytułować ten obrazek, napisałabym: "Rezygnacja". - Babcia została skazana przez opinię publiczną, jeszcze zanim ją aresztowano - mówi Margarita Ilić-Lisowska, która od dziecka żyła w cieniu tej zbrodni. I myślami o babci, której nie znała, a którą lubiła wyobrażać sobie jako piękną, niewinną królową, której głowy domagał się motłoch.

Osoby dramatu

- Czy wie pani, jak historia babci morderczyni potrafi przeorać życie członków jej rodziny do czwartego pokolenia? - pyta retorycznie Margarita Ilić-Lisowska, bizneswoman, wdowa pozostająca w konkubinacie. A przede wszystkim wnuczka Rity Gorgonowej, okrzykniętej przez historię kryminalistyki i brukowce zdegenerowaną morderczynią. Dzieciobójczynią, choć jej rzekoma ofiara miała 17 lat i była panną na wydaniu.

Margarita żyje sprawą Rity Gorgonowej, babci, jak o niej konsekwentnie mówi, od wczesnego dzieciństwa. Odkąd pamięta. Dziecięce marzenia o babci królowej przemieniły się z biegiem lat w dążenie do poznania prawdy. - Emocje wciąż we mnie tkwią, ale po przeczytaniu niezliczonej liczby opracowań na ten temat zrozumiałam, że ta cała sprawa była sfingowana - tłumaczy. Od lat sekunduje matce Ewie Ilić w tym, aby prawda o tamtych zdarzeniach wyszła na jaw. I żeby oczyścić nazwisko kobiety, która na dziesięciolecia stała się synonimem skrywanego w kobiecej duszy zła. - Mama od dawna szukała prawnika, który jej w tym pomoże - tłumaczy. Ale odmawiali. Nie da się, sprawa stara, brak nowych dowodów, nie ma szans.

Margarita skończyła studia, została inżynierem ochrony środowiska. Założyła firmę. Wyszła za mąż, urodziła dziecko. Owdowiała. Weszła w związek z nowym mężczyzną. Ale osoba Rity Gorgonowej nie chciała jej opuścić. - Mecenasa Michała Olechnowicza poznałam przez przypadek - opowiada. Miała kłopot z klientem, który nie chciał zapłacić za wykonaną przez jej firmę usługę. Znajomi polecili jej młodego, ambitnego adwokata ze Szczecina. Spotkała się z nim kilka razy. Wzbudził jej zaufanie. Za którymś razem zaczęła mu opowiadać o babci. - Jak pan sądzi, czy dało by się coś jeszcze zrobić? - zapytała.

- Nie kojarzyłem mojej klientki, która przyszła do mnie z banalną sprawą cywilną, z tamtą historią sprzed ponad 80 lat - opowiada Olechnowicz. Kiedy opowiedziała mu historię rodziny, poczuł, jak krew zaczyna mu szybciej krążyć w żyłach. Kto nie słyszał o sprawie Gorgonowej, na jej podstawie uczą prawników, czym są procesy poszlakowe. Interesująca, wymagająca intelektualnie i prawniczo sprawa. - A w przypadku tych dwóch kobiet w grę wchodzą emocje. I to, że nikt wcześniej nie chciał im pomóc - tłumaczy Olechnowicz. Zgodził się spróbować zmierzyć się z legendą. - Ale umówiliśmy się, że jeśli nie znajdę dobrych powodów, nowych faktów potrzebnych do wznowienia postępowania, nie złożę wniosku - zastrzega.

W styczniu tego roku został pełnomocnikiem Margarity i jej matki Ewy. W imieniu rodziny wypowiada się Margarita. Mama jest ponad 80-letnią kobietą, która - jak mówi córka - przeszła piekło. Urodziła się w celi. Imię Ewa dostała od pierwszych liter nazwisk obrońców babci - Mieczysława Ettingera, Józefa Woźniakowskiego i Maurycego Axera. Więźniarki, które siedziały z matką, nazwały maleńką Kropelką i oddawały jej swoje przydziały mleka. Po roku dziewczynka została zabrana od matki i umieszczona w sierocińcu. Najpierw lwowskim, a po wybuchu II wojny była przenoszona z miejsca na miejsce. - Mama opowiadała, a ja nie chciałam słuchać - przyznaje Margarita. Bo jak słuchać spokojnie o matce, która była ciągle głodna i musiała szukać jedzenia na śmietnikach. Którą bito, wyzywano od bękartów morderczyni, zamykano w piwnicy ze szczurami. Nie była pokornym dzieckiem. Pyskowała, biła się o swoje. Więc znów dostawała.

12-letnią Ewę umieszczono w rodzinie zastępczej chłopów pod Tarnowem. Tam też była Gorgonką. Spała w stodole, robiła za parobka. Po wojnie skończyła kurs prządek, wyjechała na Ziemie Odzyskane do Trzebiatowa. Przez jakiś czas była kierownikiem kasyna wojskowego, poznała miłość swojego życia, ale nie wyszła za mąż. W 1966 roku urodziła Margaritę. - Żyłyśmy we dwie, w biedzie. Mama została krawcową. Żeby dorobić, zbierała zioła. W otoczeniu przyrody dobrze się czuła, lepiej niż wśród ludzi - wspomina jej córka. - Wie pani, co jest w tej historii niesprawiedliwe? To, że mama, że ja, jesteśmy tak podobne do Henryka Zaremby. A on nigdy nie wyciągnął ręki do własnego dziecka, choć żyło w nędzy. Odciął się od babci i od mamy. Choć jej siostrę Romę uznał i ona żyła w dostatku, kochana i rozpieszczana - wzdycha.

Historia mezaliansu

Sprawa Rity Gorgonowej, a raczej Emilii Małgorzaty Gorgonowej, oskarżonej o zabójstwo Lusi Zarembianki dokonane w nocy z 30 na 31 grudnia 1931 r. w Brzuchowicach pod Lwowem, ma wiele aspektów. Najważniejsze to prawny i kryminalistyczny. Ale również społeczny, co miało wpływ na te dwa pierwsze.

Urodziła się w Dalmacji, z pochodzenia była Chorwatką, obywatelką Cesarstwa Austro-Węgierskiego. Miała 15 lat, kiedy wyszła za mąż za porucznika armii austriackiej Erwina Gorgona, któremu urodziła syna (zmarł na zapalenie płuc). Zamieszkali w Polsce, we Lwowie, lecz małżeństwo się rozpadło. Erwin wyjechał w 1921 r. za chlebem do Stanów, a Rita popadła w konflikt z jego rodziną. Skończyła kurs pielęgniarski i wynajmowała się do opieki nad dziećmi. - Kiedy w 1924 r. została guwernantką w domu znanego lwowskiego architekta Henryka Zaremby, wydawało się, że wreszcie znalazła stabilizację - opowiada jej wnuczka. Zaremba miał 41 lat, pozycję i pieniądze, a także dwójkę dzieci z małżeństwa ze swoją chorą psychicznie, przebywającą w zakładzie zamkniętym żoną. Lusia miała 10 lat, Staś był o trzy lata młodszy. Gdy się poznali, Rita miała 23 lata. - Zaremba szalał za nią - mówi Margarita.

Stosunek pracodawca - guwernantka uległ zmianie, zaczęli żyć ze sobą jak mąż z żoną. W 1928 r. na świat przyszła ich córka Romana, zwana Romą. Jednak Zaremba nie zamierzał brać ślubu. Bo jakkolwiek by patrzeć, to byłby mezalians. Takie historie jak nieślubne dziecko były dopuszczalne w mieszczańskim towarzystwie. Ale rozwód z żoną wariatką i ślub z guwernantką obcego pochodzenia nie bardzo. W dodatku zaczęło dochodzić do poważnych konfliktów między Ritą a Lusią. Podczas jednej z kłótni dziewczyna oskarżyła macochę, że ma kochanków. Odpowiedzią był policzek. Ojciec, nie chcąc wojny w domu, wysłał Lusię na rok do Szwajcarii, żeby ochłonęła. Ale po jej powrocie działania zaczepne rozpętały się na nowo, co nie wróżyło dobrze ani związkowi, ani przyszłości najstarszych dzieci. Para postanowiła się rozstać na jakiś czas: Zaremba z Lusią i Stasiem od 1 stycznia 1931 r. miał zamieszkać w mieszkaniu we Lwowie. Rita z Romą w willi w Brzuchowicach. Zaremba zobowiązał się łożyć na utrzymanie kochanki i córki. Dla Rity było to wymarzone rozwiązanie: zyskiwała stabilizację życiową, spokój, nie traciła pozycji społecznej, a w dodatku miała przy sobie córeczkę. Wtedy jeszcze nie wiedziała, że jest w ciąży z Ewą. To wyszło na jaw dopiero po zbrodni.

Profesor Ewa Jolanta Gruza z Katedry Kryminalistyki Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego sprawę Gorgonowej zna doskonale. Często ją analizowała, a prowadząc studenckie koło naukowe Temida na UW, kierowała studentami, którzy na podstawie akt przygotowywali rekonstrukcję procesu. Wyglądało to tak, że każdy dostawał swoją rolę i miał się przygotować do obrony stanowiska czy to prokuratora, czy adwokatów. I zawsze było tak, że osoby, którym przypadła rola oskarżycieli, po zapoznaniu się ze sprawą przystępowały do niej niechętnie.

- To proces poszlakowy - tłumaczy prof. Gruza. Najtrudniejszy do orzekania. Ale w każdej sprawie kryminalnej kluczowa jest odpowiedź na pytanie, kto zyskał na zbrodni. W tym przypadku Rita Gorgonowa niczego nie zyskiwała. Inteligentna kobieta, jaką niewątpliwie była, nie zaryzykowałaby przyszłości swojej i dziecka. Może gdyby była tego dnia jakaś wielka kłótnia, awantura, gdyby nerwy poniosły jej uczestników... Ale niczego takiego nie było. Zapadła noc z 30 na 31 grudnia. Padał śnieg. Ciszę przerwał skowyt psa, który obudził Staszka. Znalazł siostrę nieżywą, leżącą w łóżku w swoim pokoju. Na głowie miała poduszkę. Kiedy ją odrzucił, zobaczył krew. Narobił krzyku. Wszyscy domownicy zaczęli biegać i krzyczeć. Wezwano lekarza i żandarmów, którzy zadeptali ewentualne ślady. Rita Gorgonowa także biegała w kółko, co potem będzie świadczyło na jej niekorzyść. Gdyż jak zezna jej konkubent Henryk Zaremba, jako wykwalifikowana pielęgniarka powinna zachować spokój i służyć pomocą reszcie rodziny. - Zeznawał przeciwko niej, bo zauważył szansę, żeby rękami sądu pozbyć się zobowiązań finansowych, które wobec niej zaciągnął - tak dziś ocenia to Margarita.

Wątpliwości wtedy i dziś

Zabójstwo córki członka lwowskiej elity to była wielka sensacja. Dziś, wiedząc, w jaki sposób media mogą grać sprawą mamy Madzi, możemy sobie świetnie wyobrazić, jak wielkie emocje to budziło wtedy, kiedy nie było telewizji i internetu. Kiedy podniecającym tematem plotek była długość sukni albo zbyt wyzywająca fryzura pani z towarzystwa. W dodatku na początku jako osobę podejrzewaną w sprawie aresztowano samego Henryka Zarembę. Prasa szalała. - I zanim jeszcze aresztowano Ritę, dziennikarze już ją skazali - podnosi jej wnuczka.

Była wymarzonym kozłem ofiarnym. Musiał znaleźć się morderca, a nie było lepszego kandydata niż ona. - Ta, która chciała zostać panią! - mówiono. Ulica chciała zemsty, podczas wizji lokalnej o mało nie doszło do linczu. Kiedy siedziała w areszcie, dostawała mnóstwo listów z pogróżkami. - Presja na skazanie Gorgonowej była ogromna - mówi prof. Gruza. I dodaje, że sędziowie, choć niezawiśli i niezależni, nie są automatami. - Mogę się założyć, że osoby, które po ostatniej kampanii na temat nietrzeźwych kierowców staną przed sądem za jazdę po pijanemu, otrzymają dużo surowsze wyroki niż te, które były sądzone rok temu - wyjaśnia.

I ten prosty psychologiczny mechanizm może tłumaczyć fakt, że sąd lwowski, zanim jeszcze przystąpił do rozpoznawania sprawy, miał już wyrobione zdanie. I wyrok był w zasadzie przesądzony. Wątpliwości tłumaczono na niekorzyść oskarżonej. A było ich wiele. O motywie już była mowa. Jednak sąd przyjął, że oskarżona chciała się pozbyć nielubianej pasierbicy. Za dowody jej winy przyjął również to, że Staś, 15-letni brat ofiary, choć nie od razu, ale przypomniał sobie, że postać, którą zobaczył, biegnąc do pokoju siostry po tym, jak zaalarmował go skowyt psa, mogła być Gorgonową. W dodatku miała mieć na sobie koszulę innego koloru niż ta, w której ją widzieli domownicy tego wieczoru. Uznano, że zabiwszy Lusię, spaliła zakrwawioną część garderoby. Na niekorzyść oskarżonej zadziałał także fakt, że w domu znaleziono kał. Przyjęto, iż to ona - z emocji - oddała go pod siebie. Nie uwzględniono, że zostawianie na miejscu zbrodni takiego "podarunku" było zwyczajem lwowskich przestępców, którzy robili to, aby upodlić ofiary oraz "na szczęście". Duże wątpliwości budziły również dowody, jakie zebrano na miejscu przestępstwa. Na przykład zakrwawiona, mokra chusteczka w piwnicy. Przyjęto, że to Rita, morderczyni, wycierała w nią ręce. Sprawę narzędzia zbrodni także potraktowano w taki sposób, aby pasowała do przyjętej tezy: uznano, iż był nim dżagan, rodzaj kilofa, jakim ogrodnik zwykł rozbijać lód w basenie przy domu. Znaleziono go na jego dnie. Rdzawe plamy na narzędziu zostały określone jako krew, choć nie przeprowadzono stosownych badań. Tak samo jak nie udało się dopasować dżagana do ran w głowie odniesionych przez Lusię. Do zaniedbań wymiaru sprawiedliwości należy także dołożyć to, że nigdy nie została wyjaśniona rola ogrodnika Józefa Kamińskiego w tej sprawie. Mężczyzna ten miał mieć niezdrowe ciągoty wobec dzieci, łakomym okiem patrzył na młodą dziewczynę. Ale nie został nawet porządnie przesłuchany, bo podczas pierwszej próby śledczych zemdlał. Kolejnych nie było.

Profesor Piotr Girdwoyń z Katedry Kryminalistyki UW ocenia, że chociaż sposób zbierania i zabezpieczania dowodów w sprawie mordu na Lusi Zarembiance można określić jako skandaliczny, to popełnione błędy były nie do naprawienia. Tak wtedy, jak i teraz - kończy. Sąd musiał orzec na podstawie takiego materiału, jaki dostał.

Współczesna kryminalistyka zna podobne przypadki. Weźmy choćby pod uwagę sprawę zabójstwa małżeństwa Jaroszewiczów czy szefa policji Marka Papały. W obu tych sprawach - choć wiedza o tym, jak się zachować na miejscu przestępstwa, jak zabezpieczać ślady była o niebo większa niż na początku lat 30. XX w. - mieliśmy do czynienia z podobnymi zaniedbaniami. Zadeptywaniem śladów przez policjantów i przez towarzyszące im osoby, lekceważeniem poszlak i dowodów. Tyle że w tych przypadkach nikogo nie skazano. Profesor Gruza nie ma wątpliwości: to był proces ustawka. Za śmierć Lusi miała odpowiedzieć Rita.

Trzeba jednak przyznać, że Gorgonowa miała także wielu możnych obrońców. Takie postaci jak Irena Krzywicka, Stanisława Przybyszewska, Kazimierz Wierzyński, Witold Zechenter czy Tadeusz Boy-Żeleński. Apelowali oni o uniewinnienie oskarżonej z powodu braku dostatecznych dowodów winy. Byli w mniejszości. Edmund Żurek w książce "Gorgonowa i inni" tak przedstawiał finał procesu przed lwowskim sądem: "Prokurator Alfred Laniewski, oskarżyciel w procesie, w przemówieniu końcowym: - Przyjmijcie panowie, że oskarżona jest winna, albo przyjmijcie, że jest niewinna, ale na dwie rzeczy zgodzić musicie się bezwzględnie. Po pierwsze, nikt obcy nie wtargnął do willi. Morderstwa dokonał ktoś z domowników. Po drugie, intencję zabicia miała tylko oskarżona. Krzyczę do was: to ona zabiła! Wszystko wokół mnie, drzewa brzuchowickich lasów, cegły tej nieszczęsnej willi, ściany sali sądowej, bruki uliczne, wszystko krzyczy: to ona zabiła! Kiedy pójdziecie panowie do sali narad, nie będę mógł oprzeć się strasznej wizji - poczołga się za wami duch niewinnej, zamordowanej dziewczynki. Nie odwracajcie od niej głowy. Patrzcie na nią. Podniesie ku wam szkielet swojej ręki i kością swego palca wskaże tu - na ławę: To ona zabiła".

Przeciwko uznaniu Rity Gorgonowej za winną opowiedziało się tylko trzech z 12 sędziów przysięgłych. Bogusław Cichowicz, radca prawny, wcześniej prokurator, który pisze pracę doktorską na temat kryminalistycznych aspektów dowodu poszlakowego w procesie karnym i na wszystkie strony przeanalizował akta sprawy z 1931 r., mówi mi, że gdyby siedział wtedy na miejscu przysięgłego, głosowałby za uniewinnieniem. Podobne wątpliwości musiał mieć także sąd w Krakowie, przed którym odbyła się rozprawa apelacyjna. Uznał wprawdzie oskarżoną za winną zabójstwa w stanie silnego wzruszenia, ale wymierzył karę zaledwie 8 lat więzienia. Nawiasem mówiąc, Rita Gorgonowa nie odsiedziała wyroku w całości. Wyszła z więzienia 3 września 1939 r. na mocy amnestii, którą zdołały ogłosić władze tuż po wybuchu wojny światowej. To, co o niej wiadomo od tamtego dnia, to że dotarła do Warszawy, gdzie przeprowadził się Henryk Zaremba wraz z Romą. Chciała odzyskać starszą córkę. - Ciotka opowiadała mamie, że wdarła się do ich mieszkania i powiedziała do Romy: "Jestem twoją mamą". Ta odrzekła, że nie ma mamy. Rita zemdlała, po chwili wyrzucono ją z domu - opowiada wnuczka kobiety. Wiadomo, że Gorgonowa ruszyła na poszukiwania młodszej córki, Ewy. Ale w powojennej zawierusze nie miała szans. Dziecko przepadło jak kamień w wodę. A wkrótce i ona zaginęła. Ktoś niby ją widział na Śląsku, ktoś inny w Ameryce Południowej, ale to tylko plotki. - Myślę, że zaginęła w wojennej zawierusze, jak tysiące Polaków - domyśla się jej wnuczka. Albo - co równie prawdopodobne - po nieudanych poszukiwaniach córek sama się zabiła. - Ja bym tak zrobiła - przyznaje Margarita Ilić.

Jest przekonana, że gdyby babcia żyła, to odezwałaby się w latach 50. i 60., kiedy prasa zaczęła wracać do sprawy Gorgonowej i pisać o jej córkach. A na pewno zrobiłaby to w 1977 r. (gdyby żyła, miałaby 76 lat), kiedy na ekrany wszedł głośny film Janusza Majewskiego "Sprawa Gorgonowej". Zamiast niej, wspomina Margarita, pojawiła się w domu jej i mamy ciotka Roma. - Przyjechała samochodem, elegancka pani, z ratlerkiem w kubraczku pod pachą. To, co oprócz tego pieska i ekscytacji ze spotkania z możną panią zapamiętała, to przykry dla niej incydent. - Trzebiatów był miejscowością turystyczną, przy deptaku przedsiębiorczy obywatele rozkładali rożna, z których sprzedawali letnikom kiełbasę, kurczaki i szaszłyki - opowiada. Ciotka Roma, kiedy przyjechała, dała jej, 12-letniej może dziewczynce, pieniądze i poprosiła, żeby skoczyła kupić połówkę kurczaka. - Myślałam, że razem zjemy, dla mojej mamy takie jedzenie było z powodów finansowych nieosiągalne. Ale okazało się, że to dla pieska. Stałam i patrzyłam, jak ciotka go karmi kawałkami piersi - relacjonuje. Potem jeszcze raz spotkała się z ciotką i jej rodziną: córką, wnuczką i mężem. Henryk Zaremba już dawno nie żył, zmarł w 1954 r. Zaprosili ją do siebie do stolicy. Zapamiętała dorosłą już kuzynkę jako bardzo ciepłą osobę, jej matkę jako zimną i wrogą. Także w stosunku do siebie.

Prawo jest prawem

Rehabilitacja Rity Gorgonowej nie będzie prosta, jeśli w ogóle okaże się możliwa. Wprawdzie art. 540 kodeksu postępowania karnego nie ogranicza w czasie wystąpienia z takim wnioskiem, ale muszą ku temu być spełnione określone przesłanki. Trzeba by było na przykład udowodnić, że podczas postępowania dopuszczono się przestępstwa i mogło to mieć wpływ na treść orzeczenia albo że pojawiły się nowe fakty lub dowody nieznane przedtem sądowi wskazujące na niewinność skazanego.

Po tylu latach od zdarzenia to niemal niewykonalne. Mecenas Michał Olechnowicz ma plan, w jaki sposób tego dokonać. Duże nadzieje wiąże z zabójstwem bardzo podobnym do tego, jakiego dokonano na Lusi. Ofiarą padła jej rówieśnica Józefa Neuwehr, mieszkająca także pod Lwowem, były koleżankami. W dodatku stało się to już po tym, jak Ritę Gorgonową aresztowano. W obu przypadkach mamy do czynienia z podobnym modus operandi, łącznie z popełnieniem czynu niegodnego na zwłokach. Chodzi o to, że obie dziewczynki zostały zdeflorowane. - Wystąpiłem do Centralnego Archiwum Materiałów Historycznych we Lwowie o dokonanie kwerendy w celu odnalezienia akt tamtej sprawy, protokołów z sekcji zwłok, zdjęć z autopsji. Może się uda, mając do dyspozycji dużo szerszą wiedzę z zakresu kryminalistyki, wykazać, że obu zbrodni dokonała ta sama osoba, za pomocą tego samego narzędzia - mówi. Ma także nadzieję, iż zdoła za pomocą współczesnych ekspertyz obalić, a przynajmniej podważyć tamte z lat 30. XX w. Choćby te dotyczące grup krwi, które znaleziono na zakrwawionej chusteczce. Już podczas procesu prof. Ludwik Hirszfeld, twórca polskiej szkoły immunologicznej i kandydat do Nagrody Nobla z medycyny, kwestionował zarówno sposób zbierania dowodów, jak i ustalenia innych biegłych. - Przecież wątpliwości powinny działać na korzyść oskarżonego, wówczas także obowiązywało domniemanie niewinności - wywodzi Olechnowicz.

Jednak Robert Duchnowski, ekspert z dziedziny kryminalistyki, ma poważne wątpliwości. Jest faktem, że materiał dowodowy w 1931 r. zebrano w sposób urągający wszelkim zasadom. Ale podważenie wyroku mogłoby się udać tylko wówczas, gdyby zachowały się jakieś materialne ślady. Dżagan ze śladami krwi albo zakrwawiona chusteczka. Wówczas można by było spróbować zrobić badania genetyczne, aby ustalić, do kogo krew należy. Jednak żadne biologiczne dowody się nie zachowały. Opieranie się wyłącznie na analizie akt może nie wystarczyć. Jeżeli zachowała się dokumentacja fotograficzna, być może będzie można zidentyfikować narzędzie, ale nadal nie wskaże ono sprawcy.

Bogusław Cichowicz zauważa także, iż sprawa mordu na rówieśnicy Lusi była rozważana podczas procesu apelacyjnego. Może niezbyt wnikliwie, jednak trudno by było uznać ją za nowy dowód: sąd wiedział o tym zabójstwie, miał do dyspozycji akta, ale je odrzucił, wyrokując w sprawie winy Rity Gorgonowej. - Tak samo jak pominął kwestię włóczęgi, którego widywano w okolicy, on także mógł być zabójcą - mówi. Niemniej sąd wiedział, rozważył. Chyba tylko odkrycie pamiętników Kamińskiego, w których ten przyznaje się do morderstwa, mogłoby wyczerpać wymóg nowych okoliczności. Ale ogrodnik do końca życia utrzymywał, że jest niewinny. Ba, czuł się pomówiony i pokrzywdzony, skutecznie dochodził swojego dobrego imienia przed sądem.

Jednak mec. Radosław Baszuk z Warszawy widzi ucieczkę z tej prawnej pułapki. Jeśli nie można będzie znaleźć nowych faktów i dowodów, można się zwrócić o kasację do rzecznika praw obywatelskich lub prokuratora generalnego. To są, zgodnie z art. 521 k.p.k., podmioty uprawnione do tego, aby złożyć taki wniosek. Do tej pory ten tryb był wykorzystywany, aby odkłamywać niesprawiedliwe wyroki wydane w latach stalinowskich na prawdziwych bądź domniemanych wrogów ustroju.

Czy którąś z tych instytucji uda się namówić do tego, żeby zaryzykowała swoją powagę dla Rity Gorgonowej? Prawnicy, z którymi rozmawiam, kręcą głowami. Mówią, że to raczej rozwiązanie teoretyczne, w praktyce mało możliwe. Może gdyby Polska była Stanami Zjednoczonymi, gdyby sprawy podjęła się wielka korporacja prawnicza, a nie jeden młody mecenas, gdyby ktoś miał w tym interes polityczny, gdyby....

Margarita Ilić-Lisowska nieśmiało podnosi, że to chodzi o sprawiedliwość i dobre imię.

Sposób zbierania i zabezpieczania dowodów można określić jako skandaliczny. Współczesna kryminalistyka zna podobne przypadki - choćby sprawę zabójstwa małżeństwa Jaroszewiczów czy szefa policji Marka Papały

@RY1@i02/2014/036/i02.2014.036.00000020a.813.jpg@RY2@

Zeznania policyjnych świadków

@RY1@i02/2014/036/i02.2014.036.00000020a.814.jpg@RY2@

Rita Gorgonowa z córką na więziennym dziedzińcu

@RY1@i02/2014/036/i02.2014.036.00000020a.815.jpg@RY2@

Obrońcy Rity Gorgonowej: Józef Woźniakowski i Mieczysław Ettinger

@RY1@i02/2014/036/i02.2014.036.00000020a.816.jpg@RY2@

Mieszkańcy Krakowa czytają informacje o procesie Rity Gorgonowej

@RY1@i02/2014/036/i02.2014.036.00000020a.817.jpg@RY2@

Rita Gorgonowa z córką Ewą w swojej celi

Mira Suchodolska

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.