Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Prawo karne i wykroczeniowe

Typowanie na przestępcę

28 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 15 minut

Choć nie są chorzy, państwo zamierza ich leczyć. Przepisy o izolacji groźnych sprawców najcięższych zbrodni tworzą nową kategorię zaburzenia medycznego: "bycie chorym na stwarzanie zagrożenia"

Weszła w życie ustawa o izolowaniu niebezpiecznych przestępców. Popiera ją pan?

Zdecydowanie nie.

Dlaczego?

Zbudowano ją na kłamstwie. Jej twórcy wmawiają opinii publicznej, że dotyczy wąskiego kręgu sprawców najcięższych zbrodni przeciwko życiu i zdrowiu, maniakalnych zabójców, dewiantów seksualnych, jednym słowem - bestii. To nieprawda. Jej zakres obowiązywania dotyka każdej osoby odbywającej prawomocnie orzeczoną karę pozbawienia wolności wykonywaną w systemie terapeutycznym. Świadome budowanie założeń aktu prawnego na nieprawdziwych twierdzeniach, naginanie prawa już na etapie jego tworzenia nie dają żadnych gwarancji praworządnego stosowania. To, co zapowiadano jako instrument wyjątkowy, w rzeczywistości staje się niemal powszechne i obejmie sprawców również drobnych przestępstw. Doprowadzi do prewencyjnego przetrzymywania i poddawania oddziaływaniu farmakologicznemu określonej kategorii obywateli wbrew ich woli.

Pierwsze informacje - na etapie powstawania ustawy - były takie, że będzie ona dotyczyć okołu stu osób...

Później informowano o kilkunastu, w tej chwili mówi się o jednym skazanym. Dotyczyć miała wyłącznie osób, wobec których orzeczono karę śmierci, zamienioną w wyniku amnestii na karę 25 lat pozbawienia wolności.

Jakie dokładnie zagrożenie stwarzają te przepisy?

Ustawa nie spełnia elementarnych wymagań konstytucyjnych. Przewiduje pozbawienie wolności w formie, która nie była przewidziana w czasie orzekania kary. Nie do zaakceptowania w państwie prawnym jest pomysł typowania na przestępcę przez władze publiczne. Ustawa przewiduje stosowanie środków równoznacznych z sankcją karną: pozbawienia wolności, stosowania przymusu wobec osoby, która nie popełniła żadnego czynu. Jest niebezpiecznym precedensem, polegającym na zaakceptowaniu prewencyjnej izolacji tych, którzy jeszcze nie popełnili przestępstwa, ale w przekonaniu władzy mogą to uczynić. Stwarza stan niepewności co do zakresu zachowań dozwolonych i niedozwolonych, zaś w skrajnych przypadkach może stanowić niebezpieczne narzędzie nacisku państwa na obywateli, sprawowania dyskrecjonalnej i arbitralnej władzy przez podmioty współdecydujące o losie skazanego. Narusza podstawową dla prawa karnego konstytucyjną zasadę nieretroakcji, wykluczającą wszelkie działanie prawa wstecz, które prowadziłoby do pogorszenia sytuacji sprawcy. Nie ogranicza stosowania przewidzianych w nim rozwiązań do osób prawomocnie skazanych po dniu jego wejścia w życie, przeciwnie ma znaleźć zastosowanie wobec osób skazanych wcześniej.

Krąg osób podlegających tym przepisom jest aż tak szeroki?

Dotkną zarówno tych, którzy zostali skazani na bezwzględną karę pozbawienia wolności, jak i tych, którym zarządzono wykonanie kary pozbawienia wolności warunkowo zawieszonej. Skazanych tak za przestępstwa umyślne, jak i nieumyślne. Artykuł 1 ustawy nie wprowadza żadnych innych przesłanek uruchomienia procedury izolacji niż odbywanie prawomocnie orzeczonej kary pozbawienia wolności wykonywanej w systemie terapeutycznym.

Wygodna regulacja...

Wygodna dla państwa i bardzo niebezpieczna dla obywateli.

Ale autorzy przekonują, że przeciwnie: bezpieczna i konieczna. I nawet stosowana z powodzeniem w innych krajach: Niemczech, Francji, Szwajcarii czy Wielkiej Brytanii.

To kolejne nieporozumienie. Nie funkcjonują w Europie systemy prawne, które można byłoby porównać do modelu tej ustawy, to jest retroaktywnego, arbitralnego, nieopatrzonego zapisami gwarancyjnymi. Oczywiście we wszystkich krajach europejskich funkcjonują systemy środków zabezpieczających. Przewidziane są w kodeksach karnych i orzekane przez sąd karny w wyroku bezpośrednio bądź poprzez dopuszczenie takiego orzeczenia w przyszłości. Orzecznictwo Europejskiego Trybunału Praw Człowieka nie zezwala na arbitralne przedłużanie pozbawienia wolności i bada realne warunki i funkcje, a nie nazwy maskujące rzeczywistą treść rozwiązania prawnego.

Prezydent Bronisław Komorowski przekonywał kilka dni temu, że sytuacja jest szczególna i to uzasadnia tworzenie ustawy pod kątem jednego wydarzenia: końca odbywania kary przez Mariusza Trynkiewicza, który w 1988 r. zabił czterech chłopców. Czy tak szczególny przypadek uzasadnia tworzenie takiej ustawy?

Nie można tworzyć prawa dla indywidualnych przypadków. To prowadzi do jego instrumentalizacji. Jeżeli przyjmiemy hipotezę - dla mnie fikcyjną - że umieszczenie przestępcy w Krajowym Ośrodku Zapobiegania Zachowaniom Dyssocjalnym, o którym mowa w ustawie, ma na celu terapię, pojawia się pytanie: Trynkiewicz przez 25 lat osadzenia w zakładzie karnym poddawany był terapii, czy przyniosła ona oczekiwany skutek? Najwyraźniej nie, skoro przewidywana jest jej kontynuacja. Tymczasem specjaliści mówią wprost, że nie ma skutecznej terapii dla takich osób. Pedofilii i sadyzmu nie leczy się, ponieważ współczesna medycyna, psychiatria, psychologia nie znają skutecznych metod ich leczenia. Aktualny poziom wiedzy medycznej eliminuje możliwości utworzenia programów terapeutycznych nastawionych na zapobieganie przestępczości osób, co do których wiadomo, że nie są chore psychicznie.

Kim więc są ludzie, dla których pośpiesznie pisano tę ustawę?

Nie są to osoby chore psychicznie, takie co do których stwierdzono niepoczytalność bądź poczytalność ograniczoną w stopniu znacznym. Przestępcy opisani w ustawie to osoby o zaburzeniach psychicznych w postaci upośledzenia umysłowego, zaburzeniach osobowości lub zaburzeniach preferencji seksualnych. Nie są chorzy, nie ma zatem żadnego racjonalnego powodu, by ich leczyć. Ustawa tworzy nową kategorię zaburzenia medycznego: "bycie chorym na stwarzanie zagrożenia".

Może jednak warto spróbować poddać ich terapii?

Nie warto, bo nie przyniesie to zamierzonych skutków. Zgodnie z aktualną wiedzą medyczną upośledzenie umysłowe, zaburzenia osobowości lub zaburzenia preferencji seksualnych nie są zaburzeniami psychicznymi, które można wyleczyć. Tylko niektóre zaburzenia osobowości i preferencji seksualnych mogą być korygowane, gdy będzie na to ze strony sprawcy zgoda i pełna akceptacja. Jak twierdzą naukowcy, osobowość dyssocjalna (antyspołeczna) to zaburzenie osobowości o charakterze trwałym, które dotyczy 2-3 proc. każdego społeczeństwa.

To spora grupa...

Możemy przyjąć, że w populacji osób skazanych ten odsetek jest wyższy. Mimo to przytłaczająca większość osób dotkniętych tymi przypadłościami pozostaje poza sferą oddziaływania prawa karnego. Nigdy nie zostali skazani za przestępstwo, w szczególności na karę pozbawienia wolności. Tą ustawą nie rozwiązujemy więc żadnego problemu społecznego. Musimy nauczyć się żyć ze świadomością, że być może w Polsce około miliona obywateli (a jeżeli weźmiemy pod uwagę grupę obywateli zdolną do ponoszenia odpowiedzialności karnej - ok. 800-900 tys.) to osoby dotknięte właśnie osobowością dyssocjalną, a zatem szczególnie podatne na możliwość popełnienia przestępstwa. Mimo to większość z nich w swoim życiu przestępstwa nie popełni.

Nie wszystkiemu można zaradzić. Można lepiej izolować tych, którzy już przeskrobali. Poseł Stefan Niesiołowski grzmiał: "społeczeństwo ma prawo bronić się przed takimi bestiami". To ma prawo czy nie ma prawa?

Państwo ma obowiązek zapewnienia bezpieczeństwa swoim obywatelom. Pytanie brzmi: czy może to czynić w każdy sposób? Czy każdy sposób może być akceptowalny? Najłatwiej jest rozpętać histerię medialną, po czym stworzyć ustawę i szybko uznać problem za rozwiązany. Ustawa niesie jednak ze sobą ryzyko olbrzymich nadużyć. Samo jej stworzenie nie rozwiązuje żadnego problemu społecznego, rodzi natomiast kolejne. Społeczeństwo nie będzie bezpieczne tylko z tego powodu, że jeden, kilku, kilkudziesięciu przestępców będzie bezterminowo izolowanych. Nasze bezpieczeństwo od tego nie wzrośnie. Mamy zatem złą ustawę, a problem społeczny jak był, tak będzie.

Będzie, ale znika problem Trynkiewicza.

Trzeba zgodzić się z tym, że konsekwencją popełnienia zbrodni, jakich się dopuścił, powinno być to, że nigdy nie opuści już zakładu karnego. Stało się inaczej nie wskutek interwencji sił nadprzyrodzonych, ale mocą suwerennej, choć nie najmądrzejszej, decyzji państwa polskiego. Teraz "problem Trynkiewicza" rozwiązać ma kolejny, nie mniej niemądry akt prawny. Tyle tylko że władza publiczna sięga po metody i mechanizmy, które wprowadzają zagrożenie dla praw i wolności innych osób, zapewne niebezgrzesznych, ale niedających się w żadnej mierze porównywać z Trynkiewiczem. Przecież zapisy ustawy prowokują wręcz możliwość karygodnych i przerażających nadużyć.

Jakich na przykład?

Spójrzmy na art. 14 ustawy. Zgodnie z ustępem trzecim adresat ustawy zostanie umieszczony w ośrodku, jeżeli zachodzi bardzo wysokie prawdopodobieństwo popełnienia w przyszłości określonego czynu opisanego w ustawie. Taka osoba zostanie zatem pozbawiona wolności, może nawet do końca swoich dni. Więcej szczęścia będzie miał ten (w myśl ustępu drugiego), wobec kogo zachodzi jedynie wysokie prawdopodobieństwo, że w przyszłości złamie prawo. On zostanie poddany tylko nadzorowi prewencyjnemu. Jednak określenia "wysokie prawdopodobieństwo" oraz "bardzo wysokie prawdopodobieństwo" są nieostre i mogą być różnie interpretowane. Przez różnych biegłych, przez różne sądy okręgowe właściwe do orzekania w tej kwestii. Państwo wyznaczyło granicę pomiędzy wolnością a bezterminowym pozbawieniem wolności w sposób arbitralny. Jak zdefiniować bardzo wysokie prawdopodobieństwo popełnienia w przyszłości przestępstwa w przeciwieństwie do prawdopodobieństwa jedynie wysokiego? Jak szacować ryzyko możliwego błędu w orzeczeniu sądu? Regulacje ustawy dotknąć mogą ludzi, którzy jednak nie popełniliby przestępstwa w przyszłości. Przecież mówimy o prawdopodobieństwie.

Kto będzie o tym decydował?

W pierwszej kolejności dyrektor zakładu karnego jako autor wniosku o umieszczenie osoby w ośrodku. W drugiej kolejności biegli lekarze: psychiatrzy, psycholodzy lub seksuolodzy. Finalnie sąd okręgowy. Cywilny, nie karny. Stosowany będzie tryb postępowania przewidziany w procedurze cywilnej. Gwarancje procesowe osoby potencjalnie niebezpiecznej będą więc zdecydowanie mniejsze niż gwarancje procesowe osoby poddanej reżimowi procedury karnej. W zasadzie będą żadne. Sąd ma odróżnić "wysokie prawdopodobieństwo" popełnienia przestępstwa od "bardzo wysokiego". Rola sądu będzie fikcyjna. Sąd postąpi według wskazań biegłych psychiatrów i psychologów, a więc przedstawicieli dyscyplin jeszcze bardziej nieokreślonych i niejednoznacznych aniżeli prawo.

Kto więc powinien zapłacić za błąd prawa?

Za błąd posła Niesiołowskiego zapłaci Mariusz Trynkiewicz. (Stefan Niesiołowski był w gronie posłów, którzy 25 lat temu głosowali za amnestią - przyp. red.). To był rok 1989 i towarzyszyła mu euforia związana z odzyskaniem suwerenności przez kraj i społeczeństwo. Na fali tej euforii - w moim przekonaniu słusznie - parlament zrezygnował z kary śmierci. Należało dokonać jednak zmiany kodeksu karnego i wprowadzić karę dożywotniego pozbawienia wolności. Nie uczyniono tego przez niefrasobliwość albo w entuzjastycznym przekonaniu, że w wolnej Polsce ludzie będą już tylko lepsi.

Początkowe pomysły, jak się uporać z Trynkiewiczem, od razu spotkały się z zarzutami podwójnego karania. Udało się to wyeliminować?

To jest podwójne karanie. Od czasu popełnienia czynów, za które został skazany, nie dopuścił się kolejnych przestępstw. To co teraz może się z nim stać, jest tylko konsekwencją czynów popełnionych przed laty. Choćby więc autorzy ustawy wymyślali skomplikowane kombinacje prawne, wprowadzali procedurę cywilną i poddawali sprawę pod kognicję sądu cywilnego, nie unikną zarzutu podwójnego karania. Władza publiczna udaje, że umieszczenie Trynkiewicza w ośrodku ma na celu jego terapię. Żadnej skutecznej terapii nie będzie, zaś izolacja to wyłącznie kolejna konsekwencja czynów, które popełnił i za które został ukarany.

Naczelna Rada Adwokacka od samego początku alarmowała, że ta ustawa to "ogromny krok w kierunku obniżenia standardów zabezpieczenia przed arbitralnymi decyzjami władzy publicznej wobec jednostki"...

Zgadzam się. Jak mówiłem wcześniej, zaburzeń osób poddanych reżimowi ustawy nie leczy się, brak jest skutecznych metod. Możliwa jest terapia. Aby przyniosła oczekiwane efekty, uczestnictwo w niej musi być dobrowolne, a osoba jej poddana musi wyrazić chęć współpracy. Trudno uwierzyć w dobrowolność i chęć terapii, w sytuacji gdy skazany po odbyciu kary ma być przymusowo bezterminowo izolowany. Argument dotyczący terapii jako celu ustawy jest fałszywy. Jedynym faktycznym jej celem jest bezterminowa izolacja orzekana w oparciu o dowolne i arbitralne sformułowania ustawy. To one będą decydować o losie skazanych.

I komendant policji?

To kolejna kwestia, która wzbudza zastrzeżenia. Ustawa przewiduje sytuację, gdy skazany niekwalifikujący się do izolacji jednak zostanie jej poddany, jeżeli będzie uchylać się od obowiązku poddania procedurze terapeutycznej lub wynikającego z nadzoru prewencyjnego.

Wszystkie drogi prowadzą więc do ośrodka...

Wystarczy, że osoba odmówi udziału w terapii albo nie poinformuje komendanta o zmianie miejsca stałego pobytu lub miejsca zatrudnienia. Wówczas na wniosek komendanta policji może zostać przez sąd umieszczona w ośrodku. Jeżeli zatem autorzy ustawy wmawiają opinii publicznej, że nie ma ona charakteru represyjnego, zatem nie należy do niej stosować gwarancji konstytucyjnych, po raz kolejny okłamują opinię publiczną.

Z czym panu kojarzy się ta regulacja?

Tego rodzaju ustawy nawiązują do tradycji systemów totalitarnych XX wieku. To w komunistycznej Rosji i faszystowskich Niemczech istniały rozwiązania pozwalające eksterminować, ale przecież także bezterminowo izolować ludzi z różnych powodów uznanych za aspołecznych, dziś powiedzielibyśmy dyssocjalnych. W faszystowskich Niemczech byli to homoseksualiści oraz Cyganie, w Rosji bolszewickiej bezprizorni, a później osoby, u których diagnozowano tzw. schizofrenię bezobjawową. W 1961 r. ministerstwo zdrowia ZSRR instruowało, że lekarze mają prawo zastosować hospitalizację wbrew woli chorego, jeśli stwierdzą, iż badany wykazuje "agresywny stosunek do poszczególnych osób, organizacji czy instytucji". Brzmi podobnie? Oczywiście w przypadku naszej ustawy mówimy o osobach, które skazane zostały prawomocnie na karę pozbawienia wolności. Tyle tylko że osoby te karę, jaką w imieniu społeczeństwa nałożył na nie sąd, kończą odbywać. Mogą jednak znaleźć się w zasięgu działania ustawy.

Teraz Trybunał Konstytucyjny weźmie ją pod lupę. Jak pan ocenia jej szanse przed TK?

Nie jestem konstytucjonalistą, ale mam nadzieję, że zostanie ona w zdecydowanej części uznana za niezgodną z przepisami ustawy zasadniczej.

Czyli znalazł pan w niej coś wartościowego?

Rozdział dotyczący nadzoru prewencyjnego. Dotyczy osób, którym się poszczęści i nie trafią za mury ośrodka. Jeżeli założymy ich dobrą wolę i chęć uczestnictwa w terapii, to poszerzenie zadań nadzoru prewencyjnego o pozapolicyjne elementy dozoru może przynieść dobre skutki. Istnieje dobrze funkcjonująca, równomiernie rozmieszczona na terenie całego kraju sieć oddziałów psychiatrii sądowej. Można stworzyć przy nich poradnie terapeutyczne.

Coś jeszcze dobrego dostrzegł pan w tych przepisach?

To jedyne, co mogę powiedzieć dobrego o tej ustawie.

Czy ustawa może prowadzić do izolowania osób niewygodnych dla władzy?

Żyjemy w kraju, w którym nie ma warunków ku temu, by ustawa stanowiła element represji o charakterze politycznym. Nie rozwiązuje to jednak problemu. Równie niebezpieczne jest to, że jej zapisy mogą służyć represjonowaniu osób nie za poglądy czy działalność polityczną, ale za pewnego rodzaju antysystemowość. Skazanych, którzy kwestionują reżim więzienny, sabotują go, popadają w konflikt z więziennym regulaminem, jest wielu. Dyrektorzy zakładów karnych nie przepadają za nimi, jak sądzę.

Jakie jeszcze nadużycia wchodzą tu w grę?

Choćby przy pozyskiwaniu informatorów czy agentów w szeregach więźniów. Ustawa daje do tego kapitalne narzędzie: albo skazany będzie informował o tym, co się dzieje w zakładzie karnym, w jego celi, u jego znajomych przebywających na wolności, albo dyrektor zakładu wystąpi z wnioskiem o umieszczenie go w ośrodku. W efekcie, chociaż skazany kończy odbywanie kary, świadomość, że potencjalnie grozi mu bezterminowa izolacja, może być istotnym czynnikiem motywacyjnym. Zdumienie budzi wskazanie w ustawie produktów leczniczych wśród środków przymusu bezpośredniego możliwych do zastosowania w ośrodku. Przewiduje się stosowanie ich wobec osób stwarzających zagrożenie, ale przecież innych osób w ośrodku nie będzie. Środki przymusu można będzie stosować u osób o negatywnym stosunku do terapii. Leki będą miały wyłącznie represyjne zastosowanie, bowiem ich efektywność w wyleczeniu zaburzenia "stwarzania zagrożenia" jest żadna. Zasady etyczne uznają za niedopuszczalne podawanie osobie niebędącej chorą, produktu leczniczego celem wymuszenia określonych zachowań.

Może ta ustawa jest zatem niepotrzebna?

W takim brzmieniu jest zła i szkodliwa.

Jak więc pan widzi możliwość zmiany przepisów, aby rozwiązać problem skazanych, którzy po odbyciu kary nadal stwarzają zagrożenie dla społeczeństwa?

Należy pójść dalej w orzekaniu środków zabezpieczających przewidzianych w kodeksie karnym. Obecnie do części osób, których dotyczy ustawa, a więc do przestępców seksualnych, można zastosować art. 95a kodeksu karnego. Należy rozważyć, jak w zgodzie z zasadami konstytucyjnymi rozszerzyć katalog środków stosowanych wobec niepoprawnych przestępców. To sąd orzekający o odpowiedzialności karnej powinien mieć możliwość oceny, czy zachodzi potrzeba stosowania takich środków i jak je stosować. Wtedy mamy do czynienia z dodatkowym elementem odpowiedzialności za popełniony czyn, co nie burzy fundamentalnych zasad systemu prawa.

Nagle pojawiła się magiczna data 2014...

To prosta matematyka: 2014 minus 25 daje 1989. Tyle tylko że osoby, które przed aktem amnestyjnym z roku 1989 zostały skazane na karę śmierci za popełnione wcześniej przestępstwa, nie czekały na wyrok skazujący na wolności. Były tymczasowo aresztowane. A czas spędzony w areszcie został im zaliczony na poczet orzeczonej w oparciu o ustawę amnestyjną kary 25 lat pozbawienia wolności. Jeżeli dożyli końca kary, wychodzili na wolność przez ostatnich kilka lat. Są wśród nas. Ustawa obejmie zatem jedynie tych sprawców zabójstw, wobec których kara 25 lat pozbawienia wolności orzeczona została po roku 1989, a przed wprowadzeniem kary dożywotniego pozbawienia wolności w roku 1995, i to o ile nie zostali oni wcześniej warunkowo przedterminowo zwolnieni, oraz tych, którzy pomimo funkcjonowania w systemie prawnym kary dożywotniego pozbawienia wolności skazani zostali za zabójstwo na karę 25 lat pozbawienia wolności lub inną łagodniejszą karę pozbawienia wolności. Kolejny raz oszukano więc społeczeństwo.

Tę ustawę zbudowano na kłamstwie. Jej twórcy wmawiają opinii publicznej, że dotyczy ona wąskiego kręgu sprawców najcięższych zbrodni, maniakalnych zabójców, dewiantów. To nieprawda

Sąd ma odróżnić "wysokie prawdopodobieństwo" popełnienia przestępstwa od "bardzo wysokiego". Jego rola będzie fikcyjna. Postąpi według wskazań biegłych psychiatrów

@RY1@i02/2014/016/i02.2014.016.070000400.804.jpg@RY2@

MATERIAŁY PRASOWE

Adwokat Radosław Baszuk karnista prowadzący własną kancelarię w Warszawie

Rozmawiała Ewa Maria Radlińska

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.