Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo

Uwięzieni w KRS, czyli jak przestać być duchem w rejestrze

pracownik, pracodawca, komputer, lupa
Wiele osób jest "uwięzionych" w strukturach spółek, z którymi dawno nie mają już nic wspólnego.Shutterstock
13 kwietnia, 21:00

Co zrobić, gdy spółka widmo nie ma zarządu, do którego można by skierować żądanie aktualizacji danych? Czy jesteśmy skazani na wieczną obecność w rejestrowym czyśćcu?

Krajowy Rejestr Sądowy w założeniu ma być rynkową „księgą prawdy”. Ma chronić bezpieczeństwo obrotu, dawać pewność kontrahentom i stanowić fundament zaufania w biznesie. Ustawodawca wyposażył go w potężny oręż – domniemanie prawdziwości wpisów. W końcu art. 17 ustawy o Krajowym Rejestrze Sądowym (t.j. Dz.U. z 2025 r. poz. 869 ze zm.) stanowi jasno: to, co wpisane, jest prawdziwe. Jeśli coś jest w KRS, to znaczy, że tak jest w rzeczywistości. Proste? Teoretycznie tak. W praktyce jednak ta „biblia przedsiębiorców” potrafi stać się dla wielu osób klatką, z której niezwykle trudno się wydostać. I tak właśnie możemy poznać „cienie” jawności Krajowego Rejestru Sądowego.

Sprzedał udziały, zrezygnował z funkcji w zarządzie spółki, ale wciąż widnieje w KRS

Mowa o sytuacjach, w których stajemy się uwięzieni w strukturach spółek, z którymi dawno nie mamy już nic wspólnego. Scenariusz jest zazwyczaj podobny: pan Jan Kowalski sprzedał udziały, zrezygnował z funkcji w zarządzie, uścisnął dłonie i ruszył w stronę nowych wyzwań zawodowych. Mijają rok, dwa, a nazwisko Jana Kowalskiego wciąż widnieje w rejestrze jako właściciel czy reprezentant. Dlaczego? Bo nowy zarząd zapomniał, zaniedbał albo – co gorsza – spółka przestała faktycznie działać, nie ma organów, a jej jedynym dorobkiem są zgromadzone przez nowych właścicieli narastające długi. Stajesz się zakładnikiem cudzych zaniedbań albo, co gorsza, nie do końca uczciwych zamiarów.

Dla pana Jana to nie tylko kwestia estetyki w CV. To realny problem. Bycie uwięzionym w strukturach spółki, z którą od lat nie mamy nic wspólnego, to nie tylko dyskomfort, ale realne zagrożenie, w tym także dla zawodowej reputacji. W dobie automatyzacji danych takie osoby są „krzyżowo wiązane” w rejestrach dłużników (np. KRD) z podmiotami, które toną w długach i egzekucjach. Próba objęcia funkcji w innej firmie? System krzyczy: „Uwaga, ryzykowne powiązania!”. Próba wzięcia leasingu? Odmowa. Człowiek staje się zakładnikiem nieaktualnego wpisu, którego – z powodu braku drugiej strony do rozmowy – nie ma jak poprawić standardową ścieżką.

Co zatem zrobić, gdy spółka widmo nie ma zarządu, do którego można by skierować żądanie aktualizacji danych? Czy jesteśmy skazani na wieczną obecność w rejestrowym czyśćcu?

Okazuje się, że kluczem do „wolności” jest art. 24 ust. 6 ustawy o KRS. To swoisty wentyl bezpieczeństwa, który pozwala sądowi rejestrowemu na działanie z urzędu w imię wyższego dobra, jakim jest bezpieczeństwo obrotu. To potężne narzędzie w rękach sądu, pozwalające na interwencję z urzędu tam, gdzie zawiodły czynnik ludzki lub dobra wola spółki. Jeśli dane są istotne – a skład organów czy struktura właścicielska bez wątpienia nimi są – sąd ma nie tylko możliwość, ale i obowiązek przywrócić w rejestrze ład. Jeśli Jan Kowalski posiada dowody – umowę zbycia udziałów czy uchwałę o odwołaniu/dowód złożenia skutecznej rezygnacji – może złożyć wniosek o wykreślenie jego danych przez sąd działający w takim przypadku z urzędu – choć nie zawsze sąd robi to chętnie i szybko.

Sąd ma obowiązek dbać, by Krajowy Rejestr Sądowy był wiarygodny

Sąd rejestrowy ma nie tylko prawo, ale i obowiązek dbać o to, by rejestr nie był składowiskiem historycznych zaszłości, lecz odzwierciedleniem prawdy. Skoro bezpieczeństwo gospodarcze wymaga wiarygodności, to świadome utrzymywanie błędnych wpisów godzi w fundamenty państwa prawa. Co więcej, w sytuacjach beznadziejnych – gdy spółka nie ma nikogo, kto mógłby ją reprezentować – sąd może, a wręcz powinien, odstąpić od tzw. postępowania przymuszającego, które jest stosowane przez sądy w pierwszej kolejności i niejako z automatu. A przecież nakładanie grzywien na podmiot, który nie ma „głowy”, jest procesowym absurdem, i to z góry skazanym na porażkę.

Co więc możemy zrobić, gdy nasza „była” firma przypomina statek widmo – bez kapitana, bez załogi i bez jakiegokolwiek organu, który mógłby odebrać pismo z sądu? Jak zmusić martwy podmiot do aktualizacji danych?

Pamiętajmy, że sąd rejestrowy w takich przypadkach sam z siebie nic nie zrobi. Wyjście z KRS-owej pułapki wymaga zatem inicjatywy samej zainteresowanej osoby i odwołania się do nadzorczych uprawnień sądu, niejako wymuszając podjęcie działań mogących przynieść „uwolnienie”. Bo choć KRS ma być gwarantem bezpieczeństwa dla obcych, nie może przecież stać się narzędziem opresji dla tych, którzy z danym biznesem dawno się pożegnali. Warto o tym pamiętać, by zamiast „duchem w maszynie” pozostać kowalem własnego zawodowego losu.

Wielu w powyższej sytuacji rozkłada ręce. „Nie ma zarządu, nie ma kogo przymusić do zmiany danych, nie ma z kim rozmawiać” – słyszymy… także w sądowych korytarzach. Ale czy litera prawa naprawdę jest aż tak bezduszna? Okazuje się, że ustawodawca przewidział scenariusz, w którym biurokratyczna próżnia nie może blokować prawdy.

Asem w rękawie każdego w ten sposób „uwięzionego” jest art. 6943 par. 21 kodeksu postępowania cywilnego. To przepis, który brzmi niemal jak prawnicze zaklęcie: brak organu powołanego do reprezentacji nie stanowi przeszkody do dokonania wpisu z urzędu. Co to oznacza w ludzkim języku? Otóż to, że sąd nie może zasłaniać się brakiem zarządu w spółce, by odmówić wykreślenia nieaktualnych danych pana Jana. Rejestr ma być czysty i prawdziwy, nawet jeśli po drugiej stronie nie ma nikogo, kto mógłby o to zawnioskować w trybie przewidzianym w przepisach i to potwierdzić.

Wpisem w rozumieniu ustawy o KRS jest przecież także wykreślenie. Skoro więc pan Jan nie jest już wspólnikiem ani prezesem, a spółka stała się organizacyjną wydmuszką, sąd ma pełne prawo – a wręcz obowiązek – posprzątać w papierach bez oglądania się na brak reprezentacji podmiotu. To swoiste poluzowanie rygorów procesowych ma jeden cel: zapobiec sytuacjom, w których przepisy chronią nieprawdziwe informacje.

Pojawia się jednak pytanie: jak pan Jan, jako osoba fizyczna, ma się odnaleźć w tej procedurze, skoro formalnie to nie on jest „właścicielem” akt spółki? Tutaj z pomocą przychodzi art. 510 kodeksu postępowania cywilnego. Każdy, czyjego interesu dotyczy wynik postępowania, może wziąć w nim udział. Pan Jan, którego nazwisko „straszy” w KRS przy zadłużonej firmie, ma ewidentny interes prawny, by stać się uczestnikiem postępowania. Może wejść do gry, złożyć dokumenty, którymi dysponuje, przedstawić informacje, które posiada, i dopilnować, by sąd skorzystał ze swoich uprawnień kontrolno-nadzorczych.

Jeśli system pozwala na wykreślenie danych z urzędu mimo braku organów spółki, to jedyną barierą pozostaje nieznajomość reguł

Walka z „duchami” w KRS nie musi być zatem walką z wiatrakami. Wymaga jednak odrzucenia pasywnej postawy i przejścia do ofensywy. Jeśli system pozwala na wykreślenie danych z urzędu mimo braku organów spółki, to jedyną barierą pozostaje nasza nieznajomość tych „wytrychów” prawnych. Pamiętajmy: rejestr jest dla ludzi i dla bezpieczeństwa biznesu, a nie po to, by tworzyć fikcyjne życiorysy byłym wspólnikom. Tak więc nie bójmy się w takiej sytuacji poprosić sąd o interwencję… bo czasami jest to jedyna ścieżka, by prawda ujrzała światło dzienne.

Pamiętajmy, że walka o aktualność wpisu to nie tylko prywatna bitwa pana Jana o czystą kartotekę. To walka o to, by KRS pozostał wiarygodnym źródłem informacji, a nie koszmarem sennym dla tych, którzy już dawno zamknęli pewne rozdziały swojego zawodowego życia.

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.