Wydawcy Schulza i Malinowskiego nie musieli czekać tak długo
70 lat po śmierci twórcy jego dzieła trafiają do domeny publicznej. I wcale nie trzeba przesuwać tej daty o kilka miesięcy
Nie od dziś wiadomo, że aby wydać książkę czy rozpowszechniać piosenkę, należy mieć do tego prawo. Generalnie każdy czuje to mniej więcej, podobnie jak to, iż o zgodę na wydanie dzieł Sienkiewicza, Kochanowskiego czy Herodota nikogo nie trzeba pytać o pozwolenia. Sami wydawcy nie tylko to czują, ale - jako fachowcy - po prostu wiedzą. Jednak ostatnio pojawił się tu pewien bardzo interesujący problem prawny.
Każdy może
Do napisania tego tekstu zainspirowała mnie inicjatywa nagłaśniania faktu, iż co rok, na skutek upływu czasu, wygasają prawa autorskie do utworów twórców, którzy zmarli kilkadziesiąt lat temu. Oczywiście nadal pozostają one dziełami autorstwa tych ludzi, ale - używając nowoczesnej terminologii - trafiają do domeny publicznej. Oznacza to, że od tego momentu każdy może sobie wydać książkę, rozpowszechniać jego piosenki itd. i nie musi nikomu już za to płacić ani nikogo pytać o zgodę. Szczególnie istotne jest to oczywiście dla szeroko rozumianej branży wydawniczej.
Sam pomysł rozpropagowania tej informacji jest znakomity i mogę tylko trzymać kciuki za jego sukces. Nie jestem jednak pewien, czy cały przekaz zgodny jest tu z literą prawa. Dlaczego? Zajrzyjmy do internetu. Przeglądałem go niedawno i znalazłem taki oto komunikat: "1 stycznia to Dzień Domeny Publicznej. Co roku w tym dniu uwalniane od praw autorskich są dzieła autorów, którzy zmarli 70 lat temu. W tym roku będzie to m.in. twórczość Bronisława Malinowskiego, Roberta Musila, Lucy Maud Montgomery i Brunona Schulza" (portal Lex.pl, wpis na podstawie depeszy PAP). Szukając dalej i w innym miejscu, trafiłem na następującą notkę: "Z początkiem 2013 roku wolne dla wszystkich staną się dzieła m.in. Bronisława Malinowskiego, Lucy Maud Montgomery, Bruno Schulza i Wojciecha Kossaka" (strona http://nowoczesnapolska.org.pl, wpis z 31 grudnia 2012 r.). To jedynie dla przykładu. Wpisów dotyczących 2014 r. nie znalazłem, ale problem jest co roku dokładnie ten sam, oczywiście pod warunkiem że w 1943 r. zmarli twórcy, których ktoś chciałby wydać. A zatem - tak po kilku autorów i to właśnie 1 stycznia...
Jak to policzyć
Moim skromnym zdaniem treść owych komunikatów nie do końca odpowiada prawdzie. Cóż bowiem powiada prawo? Ano to, że z zastrzeżeniem wyjątków przewidzianych w ustawie autorskie prawa majątkowe gasną z upływem lat siedemdziesięciu od śmierci twórcy, a do utworów współautorskich - od śmierci współtwórcy, który przeżył pozostałych. Tyle wynika z art. 36 pkt 1 ustawy z 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych (t.j. Dz.U. z 2006 r. nr 90, poz. 631). Podkreślmy - od śmierci twórcy, a nie od końca roku, w którym twórca zmarł. Nie ma żadnych powodów, aby start owego siedemdziesięcioletniego terminu wstrzymywać aż do sylwestra. Zupełnie przykładowo: Bruno Schulz zginął jesienią 1942 r., zatem dzieła jego weszły do domeny publicznej jesienią 2012 r., a nie dopiero z początkiem 2013 r. ani tym bardziej tydzień temu. Trudno mi przesądzać, skąd pomysł liczenia dopiero od końca roku. Podchwytują go jednak media i raczej bezkrytycznie powielają. W ten sposób informacja pączkuje w coraz to nowe komunikaty internetowe i rośnie niczym śniegowa kula.
Nic się nie stało
Na szczęście wstrzymanie biegu 70 lat o kilka miesięcy jest dla wydawców o tyle bezpieczne, że trudne staje się wówczas zbyt wczesne wydanie utworu, który przechodzi do domeny publicznej. Pamiętajmy, że nim owe przejście nastąpi, na ogół do takich utworów komuś - np. rodzinie zmarłego - cały czas służą autorskie prawa majątkowe.
Poteoretyzujmy jednak: a gdyby zdarzyła się sytuacja odwrotna, gdyby wydawca omylił się w obliczeniach i wypuścił na rynek utwory, które jeszcze wolne nie są? Otóż takiego wydawcę mogłaby spotkać bardzo niemiła niespodzianka. Jeśli wyda jakieś dzieła na kilka miesięcy przed tym, jak trafią one do domeny publicznej, narazi się na odpowiedzialność.
Czego żądać
Co dokładnie grozi wydawcy? Zastosowanie znajdują tu ogólne regulacje ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych o dochodzeniu roszczeń. Zatem uprawniony, którego autorskie prawa majątkowe zostały naruszone, może żądać od osoby, która naruszyła te prawa:
wzaniechania naruszania i usunięcia jego skutków,
wnaprawienia wyrządzonej szkody na zasadach ogólnych albo poprzez zapłatę sumy pieniężnej w wysokości odpowiadającej dwukrotności, a w przypadku gdy naruszenie jest zawinione - trzykrotności stosownego wynagrodzenia, które w chwili jego dochodzenia byłoby należne tytułem udzielenia przez uprawnionego zgody na korzystanie z utworu,
wwydania uzyskanych korzyści.
Niezależnie od powyższych roszczeń uprawnionemu wolno się domagać:
wjednokrotnego albo wielokrotnego ogłoszenia w prasie oświadczenia odpowiedniej treści i w odpowiedniej formie lub podania do publicznej wiadomości części albo całości orzeczenia sądu wydanego w rozpatrywanej sprawie, w sposób i w zakresie określonym przez sąd,
wzapłaty przez osobę, która naruszyła autorskie prawa majątkowe, odpowiedniej sumy pieniężnej, nie niższej niż dwukrotna wysokość uprawdopodobnionych korzyści odniesionych przez sprawcę z dokonanego naruszenia, na rzecz Funduszu Promocji Twórczości, gdy naruszenie jest zawinione i zostało dokonane w ramach działalności gospodarczej wykonywanej w cudzym albo we własnym imieniu, choćby na cudzy rachunek.
A to bynajmniej nie wszystko. Sąd może bowiem nakazać osobie, która naruszyła autorskie prawa majątkowe, na jej wniosek i za zgodą uprawnionego, w przypadku gdy naruszenie jest niezawinione, zapłatę stosownej sumy pieniężnej na rzecz uprawnionego, jeżeli zaniechanie naruszania lub usunięcie skutków naruszenia byłoby dla osoby naruszającej niewspółmiernie dotkliwe. Co więcej, tenże sąd, rozstrzygając o naruszeniu prawa, może orzec na wniosek uprawnionego o bezprawnie wytworzonych przedmiotach oraz środkach i materiałach użytych do ich wytworzenia, w szczególności może orzec o ich wycofaniu z obrotu, przyznaniu uprawnionemu na poczet należnego odszkodowania lub zniszczeniu. Krótko mówiąc, trzeba liczyć się z koniecznością wycofywania książek z księgarń. Bardzo uciążliwa sprawa, zwłaszcza w świetle tego, że prawa majątkowe mogą wkrótce po tym fakcie wygasnąć. I co wtedy? Wszystko od nowa?
Nie tylko sprawa cywilna
Na koniec warto chyba odnotować, że sprawa cywilna to niejedyne niebezpieczeństwo grożące wydawcy. Pospieszenie się z wprowadzeniem na rynek dzieła przechodzącego niedługo do domeny publicznej rodzi ryzyko zetknięcia się i zapoznania z całym instrumentarium prawa karnego. Zwłaszcza art. 115 wydaje się tu mało przyjemny, wystarczy rzucić okiem na jego ust. 3. Stanowi on, iż "kto w celu osiągnięcia korzyści majątkowej w inny sposób niż określony w ust. 1 lub ust. 2 narusza cudze prawa autorskie lub prawa pokrewne określone w art. 16, art. 17, art. 18, art. 19 ust. 1, art. 191, art. 86, art. 94 ust. 4 lub art. 97, albo nie wykonuje obowiązków określonych w art. 193 ust. 2, art. 20 ust. 1-4, art. 40 ust. 1 lub ust. 2". Prawda, że dosyć szeroko zakreślono tu granice odpowiedzialności? Fakt, rzecznik praw obywatelskich wystąpił jakiś czas temu do Trybunału Konstytucyjnego o zbadanie zgodności art. 115 ust. 3 z ustawą zasadniczą (por. "Czas na dyskusję o nowym prawie autorskim", DGP nr 3501 z 11 czerwca 2013 r.). Czym jednak zakończy się ta sprawa, trudno wyrokować.
Paweł Wrześniewski
adwokat
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu