GMO niczym wiatraki: 3 km strefy ochronnej. Totalna zapora czy jednak furtka
Polska ma być całkowicie wolna od genetycznie zmodyfikowanych organizmów - szumnie zapowiedział resort środowiska. Ale... dopuszcza ich uprawę w specjalnych strefach
Schizofrenia rządu albo przemyślana strategia
I tak rozpętała się burza. A emocje są tym większe, że w grę wchodzi nie tylko jakość diety Polaków, też lecz także miliardy złotych i przyszłość całej branży żywieniowej.
Spór o genetycznie zmodyfikowaną żywność rozgorzał na nowo po tym, jak do Sejmu wpłynął najnowszy projekt nowelizacji ustawy o mikroorganizmach i organizmach genetycznie zmodyfikowanych oraz niektórych innych ustaw (druk nr 1424). Wywołał wiele kontrowersji wśród przeciwników i zwolenników GMO. 21 kwietnia powołano specjalną podkomisję ministerstw środowiska oraz rolnictwa, która ma zająć się dalszym analizowaniem opracowywanych przepisów.
Dla jednych restrykcyjne...
Plany resortu środowiska atakują - z zupełnie różnych względów - obie strony konfliktu o to, jak powinna smakować polska żywność i wyglądać polska wieś.
Część naukowców skrytykowała projekt za zbyt restrykcyjne podejście do upraw GMO. I stawia pod znakiem zapytania przyszłość wielu upraw eksperymentalnych. A to hamuje rozwój biotechnologii, od którego nie ma ucieczki.
...dla innych - liberalne
Z kolei ekolodzy i opozycja temu samemu projektowi zarzucili... że jest zbyt mało restrykcyjny. Przekonują, że zapisy, które znalazły się w projekcie, doprowadzą do tego, że zmodyfikowana żywność zagości na polskich stołach, wchodząc na rynek tylnymi drzwiami.
Głównym punktem zapalnym jest w istocie jeden przepis. Bo choć art. 49a ust. 1 projektowanej ustawy stanowi wyraźnie, że Polska jest krajem wolnym od upraw GMO, to ust. 2 już temu przeczy. Dopuszcza bowiem utworzenie specjalnych stref, gdzie można byłoby sadzić modyfikowane rośliny.
Wielkie korporacje próbują zniszczyć polską wieś. Wpuszczając GMO do Polski, zniszczymy największy jej atut, znacznie cenniejszy od chwilowych pieniędzy unijnych, a mianowicie renomę państwa produkującego żywność najwyższej jakości. Żadne pieniądze nie są w stanie naprawić szkód, jakie na polskiej wsi spowoduje wprowadzenie GMO
ówczesny poseł PiS, obecnie minister środowiska, w liście otwartym do premiera Donalda Tuska z 2012 r.
Ekolodzy i rolnicy grzmią, że to czysta hipokryzja. W końcu PiS zawsze głośno akcentował swój sprzeciw wobec GMO. A do tego wielokrotnie obiecywał, że nie pozwoli, by pyłki zmodyfikowanych roślin kiedykolwiek roznosiły się w powietrzu i krzyżowały z konwencjonalnymi odmianami kukurydzy czy rzepaku, które rosną na tradycyjnej, polskiej wsi. Teraz zaś otwiera furtkę dla upraw GMO w wybranych częściach kraju.
- To przykład absolutnego absurdu, bo z jednej strony ustanawia się strefę wolną na terytorium Polski, a zarazem zezwala się na uprawę takich roślin - skomentowała projekt m.in. Rada Dialogu Społecznego.
Wątpliwości, czy dopuszczanie jakichkolwiek odstępstw od reguły jest dobre, ma również Wiktor Szmulewicz, prezes Krajowej Rady Izb Rolniczych. - Jakkolwiek zgoda na tworzenie takich stref ma być wydawana na szczeblu rządowym i to po uzyskaniu zgody ministra rolnictwa i rady gminy, to wciąż jest to tworzenie możliwości prowadzenia upraw GMO, z której niektórzy mogą skorzystać - mówi prezes KRIR. I obawia się, że może to zniszczyć markę polskich produktów rolnych całkowicie wolnych od GMO.
Polska przyparta do muru
Resort się broni, że o żadnej zmianie frontu nie może być mowy, bo rząd konsekwentnie obstaje przy swoim dotychczasowym stanowisku i jest przeciwny GMO. Jest tylko przyparty do muru przez Brukselę, która domaga się dostosowania polskich regulacji do przepisów wspólnotowych, czego nie zrobiliśmy od ponad 13 lat. Mowa tu o dyrektywie Parlamentu Europejskiego i Rady 2001/18/WE z 12 marca 2001 r. w sprawie zamierzonego uwalniania do środowiska organizmów zmodyfikowanych genetycznie (Dz.Urz WEz 2001 r. L 106, s. 1), która obligowała państwa członkowskie m.in. do prowadzenia rejestru lokalizacji terenów, gdzie uprawiane jest GMO.
!Według zapewnień resortu środowiska projektowana nowelizacja ma przede wszystkim uchronić przed karami, które nieuchronnie spadłyby na nas, gdybyśmy dalej zwlekali z zastosowaniem się do wyroku TSUE.
Polska się z tego obowiązku nie wywiązała, co doprowadziło w końcu do postępowania przed Trybunałem Sprawiedliwości UE. A ten - w wyroku z 21 października 2014 r. (sygn. akt C-478/13) - orzekł na naszą niekorzyść i uznał, że Polska musi nadrobić legislacyjne zaległości. Co to oznacza w praktyce? Ano to, że polski ustawodawca musi w końcu ustanowić obowiązek powiadamiania władz o lokalizacjach upraw GMO, utworzyć stosowny rejestr tych terenów i zapewnić powszechny dostęp do takich informacji. Jeżeli tego nie zrobimy, czekają nas kary - uzasadnia minister Szyszko.
Polskie realia zablokują strefy
Z perspektywy czasu obecny gorący spór o dopuszczenie upraw GMO na wybranych obszarach Polski może jednak okazać się jedynie burzą w szklance wody. Wystarczy bowiem liberum veto jednego rolnika w promieniu 3 km od działki, na której planowana jest uprawa, by ją zablokować
Po dokładnej lekturze projektu ustawy nie sposób oprzeć się wrażeniu, że ministerstwo robi wszystko, by do ustanowienia stref upraw GMO nigdy nie doszło.
Dlaczego? Bo uzyskanie stosownego zezwolenia na wysiew transgenetycznych roślin obarczone jest szeregiem tak restrykcyjnych warunków, że ich spełnienie może - w ocenie wielu ekspertów - graniczyć z cudem.
@RY1@i02/2017/086/i02.2017.086.183000200.801(c).jpg@RY2@
Problem w skali globalnej
@RY1@i02/2017/086/i02.2017.086.183000200.802.jpg@RY2@
Strefy GMO dopuszczalne, ale warunki zaporowe
Jeszcze zanim rolnik w ogóle rozrzuci zmodyfikowane ziarno, będzie musiał uzyskać stosowne zezwolenie ministra środowiska. Ten z kolei musi uwzględnić opinię ministra rolnictwa i rady gminy, na której jest planowana uprawa. A do tego wszystkiego - konieczna będzie cała masa zezwoleń i dokumentów.
Chętny na stosowanie GMO rolnik będzie musiał zgromadzić m.in. mapy i szkice z planowaną lokalizacją strefy czy też określić planowaną powierzchnię upraw w hektarach i wskazać, co zostanie na niej posadzone lub zasiane. Spoczywać na nim będzie też obowiązek przedstawienia dowodów, że plantacje nie będą mieć negatywnego wpływu na bezpieczeństwo środowiska. A także obowiązek przedstawienia informacji o przewidywanym oddziaływaniu uprawy GMO na uprawy przyległe do tego gruntu. - Tylko bowiem w przypadku braku jakichkolwiek wątpliwości zezwolenie może być wydane - zapowiada resort środowiska. Potencjalny inwestor będzie musiał pamiętać też o planie postępowania z miejscem powstałym po zakończeniu uprawy GMO.
Jednak największym problemem jest wymóg uzyskania zgody w postaci pisemnych oświadczeń właścicieli gruntów i pasiek położonych w promieniu 3 km od granicy działki, na której planowana jest uprawa GMO.
Liberum veto jednego rolnika
Dla zainteresowanych uprawą GMO ten ostatni wymóg formalny może być największą przeszkodą. Zawieść ich może bowiem czynnik ludzki. A to dlatego, że do wyznaczenia strefy niezbędne będzie w praktyce uzyskanie oświadczenia wszystkich bez wyjątku sąsiadów w promieniu 3 km od granicy gruntu rolnego, na którym planowana jest uprawa GMO. Co więcej: muszą oni potwierdzić na piśmie, że nie wyrażają sprzeciwu, by w ich okolicy pleniły się odmiany zmodyfikowane. A to - jak uważa dr hab. Krzysztof Spalik, przewodniczący Komitetu Biologii Środowiskowej i Ewolucyjnej PAN - może być nie lada wyzwaniem.
Profesor wylicza, że koło o średnicy 3 km obejmuje obszar ok. 2,8 tys. ha. Przy średniej wielkości gospodarstwa rolnego w Polsce (ok. 10,5 ha w 2016 r. wg danych Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa) oznacza to, że trzeba będzie uzyskać pisemne zgody od ok. 270 właścicieli. A im większy będzie obszar planowanej strefy upraw, tym większa będzie powierzchnia strefy ochronnej. Trzykilometrowa odległość liczona będzie bowiem od granic działki. - Jest to wymóg niezwykle trudny do zrealizowania, który skutecznie zablokuje powstawanie takich stref - twierdzi ekspert.
WAŻNE
Trybunał Sprawiedliwości UE 2 października 2014 r. orzekł, że Polska nie przestrzega unijnych przepisów dotyczących prowadzenia rejestrów lokalizacji upraw GMO.
Również dr hab. Agnieszka Korwin-Kossakowska z Instytutu Genetyki i Hodowli Zwierząt Polskiej Akademii Nauk uważa, że proponowane warunki są zaporowe. Bo chociaż art. 49a ust. 2 projektowanej ustawy teoretycznie dopuszcza możliwość prowadzenia upraw GMO, to restrykcyjne wymogi w praktyce taką możliwość przekreślają. - Znając realia naszego kraju, wydaje się, że uzyskanie takiego pozwolenia będzie bardzo trudne, gdyż zbyt wiele warunków musi być spełnionych, włącznie ze zgodą sąsiadów - podkreśla Agnieszka Korwin-Kossakowska .
Anna Paluch, posłanka PiS z województwa małopolskiego, samorządowiec, przyznaje, że taka konstrukcja ustawy, by stworzyć zaporowe warunki, była celowym zabiegiem. - Na terenach południowej i wschodniej Polski, gdzie rozdrobnienie gospodarstw jest jeszcze większe niż średnio kraju, na posadzenie GMO w jednym kilkuhektarowym gospodarstwie trzeba byłoby jednomyślnej zgody około 300 sąsiadów. Taka jednomyślność i zgromadzenie takiej liczby dokumentów jest niemożliwe. W Polsce północnej, gdzie więcej jest gospodarstw wielkoobszarowych, też nie wydaje się to prawdopodobne. Nie mamy aż tak wielkich gospodarstw, żeby komuś opłacało się taką strefę wydzielić - przyznaje posłanka.
Najwięksi sobie poradzą
Nie przekonuje to jednak przeciwników GMO. Chociażby przedstawiciele Rady Dialogu Społecznego zgłaszali w trakcie konsultacji obawy, że 3 km to wcale nie tak dużo, by przeciwdziałać zanieczyszczeniu pól sąsiednich rolników. "Można sobie wyobrazić, że w dużych gospodarstwach towarowych, głównie w zachodniej i północnej Polsce, nie będzie trudno wymusić na mieszkańcach podpisania stosownej zgody różnymi, powszechnie znanymi metodami" - przekonuje Rada Dialogu Społecznego. I wskazuje, że powierzchnia największych gospodarstw niekiedy stanowi znaczną część obszaru całej gminy.
W efekcie może dojść do sytuacji, gdy najmniejsi rolnicy na możliwości tworzenia stref nie skorzystają, ale właściciele dużych nieruchomości - już tak.
A faktem jest, że liczba wielkopowierzchniowych gospodarstw systematycznie rośnie, kosztem najmniejszych działek. Główny Urząd Statystyczny podaje, że w 2015 r. w Polsce było ponad 1,4 mln gospodarstw rolnych. I choć zdecydowana większość z nich (75 proc.) nie przekraczała wielkości 10 ha, to owe 75 proc. gospodarstw odpowiadało za jedynie 28 proc. powierzchni wykorzystywanych użytków rolnych. Zmiany w strukturze gospodarstw rolnych są widoczne, bo następuje stopniowa redukcja gospodarstw mniejszych (1-2 ha użytków rolnych) przy jednoczesnym wzroście większych działek.
Jak wyliczył GUS, gospodarstw z powierzchnią użytków rolnych powyżej 1000 ha w 2015 r. było 270. Zajmowały 3,7 proc. ogólnej powierzchni 1,4 mln ha rolniczych gruntów. Co oznacza, że średnio miały po niecałe 2000 ha. Do wyjątków należy Spółdzielcza Agrofirma Witkowo, która gospodaruje na 12 000 ha. Kolejne 790 farm zajmowało obszar od 500 do 1000 ha użytków rolnych (łącznie 3,7 proc. powierzchni ogólnej).
Co ciekawe jednak - mimo że wielkość gospodarstw systematycznie rośnie - to akurat liczba tych największych obszarowo topnieje. Dla porównania: w 2013 r. powierzchnię powyżej 1000 ha miało jeszcze 306 gospodarstw (łącznie zajmowały 4,4 proc. kraju); w 2014 r. ich liczba spadła do 287 (3,9 proc. powierzchni).
OPINIA EKSPERTA
Kręta ścieżka do upraw, a na niej jeszcze sąsiedzi
@RY1@i02/2017/086/i02.2017.086.183000200.803.jpg@RY2@
Sabina Kornacka-Wieteska associate w Praktyce Life Sciences kancelarii Domański Zakrzewski Palinka
Czy w praktyce łatwo będzie rozpocząć uprawy GMO - dowiemy się z biegiem czasu. Niemniej jednak już teraz widać, że ścieżka uzyskania zezwolenia jest niezwykle kręta. Tym bardziej że - jak wynika z brzmienia przepisów - przy wydaniu zezwolenia minister środowiska będzie też brał pod uwagę m.in. proporcjonalność oraz niedyskryminujący charakter przyjętych rozstrzygnięć, a są to zwroty niedookreślone.
Co prawda, na pierwszy rzut oka się wydaje, że nawet przy braku zgody sąsiadów minister środowiska może w drodze decyzji administracyjnej wydać zezwolenie na utworzenie strefy prowadzenia uprawy GMO. Z art. 49a ust. 17 projektowanej ustawy nie wynika bowiem wprost, jakoby sam brak zgody jednego z sąsiadów skutkował bezwzględną odmową wydania zezwolenia na uprawę GMO. Należy jednak wskazać, że opinia sąsiadów brana jest pod uwagę przez ministra rolnictwa. Z przepisów wynika zaś, że akceptuje on albo odmawia akceptacji zaproponowanych warunków i sposobu prowadzenia danej uprawy GMO, kierując się w szczególności zapewnieniem sąsiadującym uprawom ochrony przed zanieczyszczeniem GMO oraz możliwością wykonania niezbędnych zabiegów agrotechnicznych na wskazanym gruncie rolnym.
Zmusić pszczołę, by nie latała za daleko
Zgodę na prowadzenie upraw GMO w swoim sąsiedztwie będą musieli też wyrazić pszczelarze lub związki pszczelarzy, których pasieki są położone w odległości 3 km od strefy upraw GMO. A - według ewidencji Inspekcji Weterynaryjnej - w 2016 r. hodowców pszczół zarejestrowanych było w naszym kraju niemało, bo ponad 66,5 tys.
Resort przekonuje, że zachowanie 3 km odległości jest niezbędne, by nie dopuścić do przenoszenia pyłków zmodyfikowanych roślin przez krążące po okolicy owady. A z rejestrów powiatowych inspektoratów weterynarii wynika, że w październiku 2016 r. rodzin pszczelich było w Polsce ok. 1,5 mln.
Dlaczego zachowanie odległości jest tak ważne? Znane są przypadki, gdy nawet śladowa ilość zmodyfikowanej rośliny wystarczyła, by po niedługim czasie zanieczyszczona była cała uprawa nie-GMO. I niekoniecznie potrzebne są do tego owady. Jak pokazują doświadczenia z innych krajów, wędrowanie zmodyfikowanego materiału genetycznego jest praktycznie nieuniknione, chociażby z powodu wiatru.
RAMKA 1
Pyłki rodzą problemy
Sprawa, która swój finał miała przed Trybunałem Sprawiedliwości UE, może wydawać się absurdalna, zwłaszcza że do sporu sądowego doszło przez... kilka pszczół. Owady przeniosły pyłki ze zmodyfikowanym DNA z oddalonych nawet o kilka kilometrów pól, na których rosła kukurydza MON810. Spowodowało to, że wykryto obecność GMO w miodzie, który produkowali właściciele pasiek nieopodal uprawy kukurydzy.
Poszkodowani pszczelarze pozwali właściciela pól i zażądali podjęcia środków, które zapobiegałyby wchodzeniu ich pszczół w styczność z pyłkiem kukurydzy. Walczyli też o stwierdzenie niezgodności z prawem uprawy kukurydzy MON810 oraz ustalenie, że ich produkty pszczelarskie zostały w istotny sposób zanieczyszczone.
Sąd krajowy pierwszej instancji uwzględnił ich pozew. Uznał, że produkty pszczelarskie - o ile zawierają możliwe do stwierdzenia składniki pyłków kukurydzy linii MON810 - są w istotny sposób zmienione. W konsekwencji stały się środkami spożywczymi, które nie mają zezwolenia wymaganego na podstawie rozporządzenia (WE) nr 1829/2003 w sprawie zmodyfikowanej żywności i paszy, i z tego powodu nie mogą być wprowadzane do obrotu.
Ostatecznie sprawa została rozstrzygnięta przez Trybunał Sprawiedliwości UE w wyroku z 6 września 2011 r. (sygn. akt C-442/09). TSUE stwierdził, co prawda, że pyłek zawierający DNA i genetycznie zmodyfikowane proteiny nie może być jeszcze uznawany za organizm genetycznie zmodyfikowane. Orzekł jednak, że produkty, tj. miód i uzupełniające preparaty odżywcze zawierające takie substancje (pyłki), stanowią już żywność zawierającą składniki wyprodukowane z GMO w rozumieniu art. 3 ust. 1 lit. c rozporządzenia nr 1829/2003.
Zdania są podzielone, czy 3 km to dużo, czy mało - i to zarówno dla pszczół, jak i wiatru. Resort środowiska uważa, że wystarczająco, by nie doszło do nieopatrznego incydentu z przypadkowym przeniesieniem DNA zmodyfikowanej rośliny. Wylicza, że w naszych warunkach klimatycznych pszczoły krążą w promieniu 1,5 km od ula, co odpowiada powierzchni ok. 706 ha. Dalej pszczołom po prostu nie opłaca się lecieć, bo na takim obszarze zazwyczaj starcza nektaru dla wszystkich. I - jak przekonuje ministerstwo - owady rzadko wybierają się w podróż na odległość powyżej 3 km od ula. Zdarza się to wyłącznie, gdy w najbliższej okolicy brakuje im pożywienia dla całej rodziny. W takiej podbramkowej sytuacji pszczoła potrafi odfrunąć i na 6-7 km od domu, ale z takiej odległości nie już przyniesie nektaru, pyłku lub spadzi - wyjaśnia ministerstwo.
Pyłek zawierający DNA i genetycznie zmodyfikowane proteiny nie może być uznany za organizm genetycznie zmodyfikowany, ale np. miód zawierający takie substancje stanowi już żywność zawierającą składniki wyprodukowane z GMO w rozumieniu art. 3 ust. 1 lit. c rozporządzenia nr 1829/2003
z uzasadnienia do wyroku TSUE z 6 września 2011 r. (sygn. akt C-442/09)
Argumentację resortu podziela Agnieszka Korwin-Kossakowska z Polskiej Akademii Nauk. Potwierdza, że pszczoły potrafią pokonać dystans nawet do 6 km, ale pyłek są w stanie przynieść najwyżej z odległości 2 km. Ekspertka uważa więc, że dystans 3 km jest w pełni wystarczający. - Nawet jeżeli doszłoby do przeniesienia się pyłku, co przy wprowadzanych ograniczeniach jest wątpliwe, to co najwyżej mogłyby pojawić się jakieś pojedyncze rośliny z nasion GMO. To z kolei dawałoby znikomy procent w ogólnym areale danego pola. A poza tym trzeba też pamiętać, że nie wszystkie pyłki są wystarczająco lekkie, by mógł je przenosić wiatr - twierdzi Agnieszka Korwin-Kossakowska z PAN.
- Nie widzę przeszkód, by podczas prac podkomisji rozważyć powiększenie strefy - mówi posłanka Anna Paluch.
Niepotrzebne wytrychy...
Nie uspokaja to jednak ekologów i wielu rolników. Przekonują, że współistnienie rolnictwa wolnego od GMO z tym stosującym GMO jest niemożliwe. I zwracają uwagę, że jest to niepokojące, nie tylko w związku z potencjalnym zagrożeniem zachwiania bioróżnorodności.
Rygorystyczny wymóg uzyskania zgody mieszkańców w promieniu 3 km od działki można bowiem łatwo obejść - twierdzą. Teoretycznie wystarczyłoby podzielić jedno duże gospodarstwo na mniejsze działki i uprawiać GMO w samym środku. Całymi terenami wciąż zarządzałby ten sam podmiot i nie musiałby on już pytać o zgodę właścicieli innych działek, bo... to on byłby ich właścicielem.
Mimo że wielu rolników i ekologów bije na alarm, że rząd wprowadza GMO tylnymi drzwiami, to w rzeczywistości jedynie wkłada on klucz do zamka, ale ani go nie przekręca, ani nie naciska jeszcze klamki. Poza tym - za tymi drzwiami - i tak obecnie nie ma nic. W świetle obowiązującego prawa nawet spełnienie wszystkich karkołomnych wymogów i uzyskanie zezwolenia nie pozwoli jeszcze zacząć upraw GMO.
Powód? Jest prosty: nie ma odmiany, która byłaby w Polsce dopuszczona do siania. Spośród 60 zmodyfikowanych roślin, których nasiona można legalnie kupić na terenie UE, tylko nasiona jednej z nich - czyli kukurydzy MON810 - można w ogóle wysiać (tylko ta odmiana została zakredytowana przez Komisję Europejską jako roślina, której uprawa na terenie UE jest co do zasady dozwolona). To jednak jeszcze nic nie oznacza, bo państwa członkowskie mogą decydować, czy chcą dopuścić ją na swoim terytorium. A Polska - podobnie jak 18 innych krajów - zdecydowała, że nie, i zakazała upraw MON810.
W tym kontekście warto spojrzeć na art. 49b projektowanej ustawy. Stanowi on, że wniosek o wydanie zezwolenia nie będzie w ogóle rozpatrywany, jeżeli będzie dotyczył roślin, których uprawa została zakazana. A jak wykazaliśmy powyżej, w tej chwili zakazane są wszystkie - czyli nawet ta jedna, którą UE w ogóle dopuściła do uprawy.
...czy przewrotna gra ministerstwa
Dlaczego więc ministerstwo zdecydowało się dopuścić możliwość tworzenia stref, skoro nie nakazuje nam tego ani KE, ani TSUE?
Spekulacje są dwie. Pierwsza, że teraz rząd jedynie przygotowuje grunt pod przyszłe nowelizacje innych ustaw, które również pośrednio regulują kwestię GMO, np. ustawy o nasiennictwie (t.j. Dz.U. 2017 poz. 633).
Jak bowiem zwraca uwagę Joanna Miś-Skrzypczak z Fundacji GreenPeace, ta właśnie ustawa - i wprowadzone na jej podstawie rozporządzenia np. w sprawie zakazu stosowania materiału siewnego odmian kukurydzy MON 810 (Dz.U. z 2013 r. poz. 39) - tymczasowo chronią nasz kraj przed uprawami roślin GMO. Nie jest jednak wykluczone, że obowiązujące obecnie zakazy zostaną w przyszłości uchylone, kiedy zmieni się władza. I - jak zwracają uwagę eksperci - może się to stać niepostrzeżenie, chociażby na mocy nowelizacji, której projekt zgłoszą bezpośrednio posłowie, a nie resort rolnictwa. Tym sposobem - przy szybkim procedowaniu projektu i ominięciu konsultacji publicznych - możliwe będzie zniesienie zakazu niejako po cichu, bez wywoływania medialnej kontrowersji.
Rząd zapewnia jednak, że właśnie taką możliwość chciałby wykluczyć. Minister Jan Szyszko podkreślał na posiedzeniu połączonych komisji środowiska i rolnictwa, że on sam na pewno nie wyrazi zgody na żadne uprawy GMO. Ale - jak zaznaczył - mógłby to już zrobić kto inny, gdy np. zmieni się władza. Resort chciałby więc, aby możliwość siania zmodyfikowanych roślin nie była zależna tylko od jednego człowieka, ale wymagała skomplikowanej procedury i m.in. konsultacji z mieszkańcami terenów przy potencjalnych plantacjach. To - zdaniem ministra Szyszki - zapewni większą kontrolę nad GMO i zabezpieczy Polskę na przyszłość.
od 10 tys. do 30 tys. zł takie kary za każdy nielegalny hektar uprawy GMO mogą spaść na rolnika
Druga hipoteza ma już wymiar polityczny. Dopuszczając bowiem możliwość prowadzenia stref, rząd de facto wytrąca z rąk unijnych decydentów argument, że zakazujemy GMO. A tego wprost zrobić nie możemy - przekonywał podczas prac w komisjach środowiska i rolnictwa Andrzej Szweda-Lewandowski, podsekretarz stanu w Ministerstwie Środowiska. Tłumaczył też, że Polska obecnie musi występować do Komisji Europejskiej z wnioskiem o zakaz wysiewania GMO na swoim terenie za każdym razem, gdy KE chce dopuścić do uprawy nową odmianę. A zawsze istnieje ryzyko, że Bruksela nie zgodzi się na taki zakaz mimo wniosku Polski.
KE nie kryje, że chciałaby, aby upraw GMO było w Europie więcej, choć zgody większości państw członkowskich w tej sprawie nie ma. Świadczy o tym przyjęta 11 marca 2015 r. przez Parlament Europejski - głosami większości państw niechętnych GMO - dyrektywa (UE) 2015/412 w sprawie zmiany dyrektywy 2001/18/WE w zakresie umożliwienia państwom członkowskim ograniczenia lub zakazu uprawy organizmów zmodyfikowanych (Dz.Urz. UE z 2015 r. L 68, s. 1). Dała ona większą elastyczność w decydowaniu o uprawie GMO na szczeblu krajowym. Walka o tę możliwość trwała jednak pięć lat, bo w Radzie Unii Europejskiej zorganizowała się mniejszość, która blokowała zmiany.
Na czym polega owa większa elastyczność? Obecnie państwa członkowskie mogą zakazać upraw na części lub całym swoim terytorium, jeżeli przemawiają za tym cele polityki ochrony środowiska, zagospodarowania przestrzennego, skutki społeczno-gospodarcze, dążenie do unikania obecności GMO w innych produktach itp. Ponadto mogą one wystąpić do KE o ograniczenie zasięgu geograficznego nowych odmian już na etapie ich zatwierdzania lub odnawiania zezwolenia (tzw. autoryzacja).
Do tej pory państwa członkowskie mogły ograniczyć uprawy - które KE dopuściła do wysiania jako bezpieczne (obecnie jedynie kukurydza MON810) - na swoim terenie, powołując się na tzw. klauzulę ochronną z art. 23 dyrektywy 2001/18/WE. Musiały jednak przedstawić Europejskiemu Urzędowi ds. Bezpieczeństwa Żywności (ESFA) nowe badania, z których wynikałoby, że uprawa danej odmiany jest szkodliwa. Z tym natomiast był kłopot, o czym przekonała się chociażby Austria. W 2004 i 2007 r. przedłożyła wyniki badań dotyczących toksycznego działania jednego z białek, które wytwarza ta roślina. ESFA zakwestionował jednak przedstawione argumenty naukowe, co z kolei zainicjowało spór z KE, która uznała, że Austria nie miała prawa zakazywać upraw MON810.
Z tej perspektywy restrykcyjne wymogi przy tworzeniu potencjalnych stref upraw GMO w Polsce mogą być więc niejako podwójnym zabezpieczeniem. Bo jeżeli KE mimo sprzeciwu państw członkowskich jednak dopuści uprawy nowych roślin, to w praktyce minister środowiska będzie mógł odmówić utworzenia strefy, argumentując, że wnioskodawca nie spełnił wyśrubowanych ustawowych kryteriów. Tym sposobem rząd osiągnie dwa cele: teoretycznie uchroni Polaków od GMO, jak obiecywał, a także uniknie potencjalnych sporów z Komisją Europejską.
Bo choć 11 marca 2015 r. Parlament Europejski - głosami większości państw członkowskich niechętnych GMO - przyjął dyrektywę (UE) 2015/412 w sprawie zmiany dyrektywy 2001/18/WE w zakresie umożliwienia państwom członkowskim ograniczenia lub zakazu uprawy organizmów zmodyfikowanych (Dz.Urz. UE z 2015 r. L 68, s. 1), która dała państwom członkowskim większą elastyczność w decydowaniu o uprawie GMO, to Komisja Europejska wciąż nie kryje, że chciałaby, aby upraw GMO było w Europie więcej.
RAMKA 2
Jak UE uzależniła się od importu pasz z Ameryki
Ostry skręt w kierunku stosowania pasz zawierających GMO miał miejsce już w 2003 r. Był to skutek paniki, która rozgorzała po wybuchu epidemii BSE, czyli choroby szalonych krów. Komisja Europejska uznała wtedy, że masowy pomór bydła wziął się z powszechnego stosowania mączki mięsno-kostnej. Co kryje się pod tą nazwą? Wysokobiałkowy produkt powstały ze spalania odpadów i pozostałości innych zwierząt hodowlanych. KE stwierdziła, że to właśnie wraz z zakażoną mączką z chorych krów przenosił się śmiertelny wirus. Bruksela postanowiła więc prewencyjnie zakazać stosowania tego surowca jako składnika paszy.
Doprowadziło to jednak do sytuacji, w której hodowcy na gwałt potrzebowali substytutu wysokobiałkowego pożywienia dla swoich trzód. Uznano wtedy, że deficyt substancji odżywczych najlepiej zastąpi śruta sojowa, która jest wysokokaloryczna, i ma zawartość białka w granicach 46-48 proc. Problem w tym, że roślina ta lubi ciepło i nie rośnie bujnie w umiarkowanym klimacie Starego Kontynencie. Obficie rozkwita natomiast w obu Amerykach.
Kraje członkowskie zaczęły więc masowo kupować surowiec z tych rejonów. Dobrą koniunkturę na soję dodatkowo nakręcał też wzrost produkcji mięsa w UE. Jak podaje Komisja Europejska, tylko w ubiegłym roku państwa członkowskie wyeksportowały do krajów trzecich ponad 1,5 mln ton mięsa, żywca, podrobów i przetworów drobiu. To o 7,3 proc. więcej niż rok wcześniej. Doprowadziło to do sytuacji, w której Europa jest już drugim - po Chinach - największym importerem soi na świecie.
Wraz z GMO przyfruną też sankcje
Nieskrępowane granicami upraw rozprzestrzenianie się GMO może nieść za sobą konsekwencje również czysto finansowe. A to dlatego, że ministerstwo przewiduje surowe kary dla rolników, u których - przy braku zezwolenia na uprawę - wykryte zostanie GMO.
Sankcje mają być nakładane przez inspektorów wojewódzkiej inspekcji ochrony środowiska i będą wynosić od 10 tys. do 30 tys. zł za każdy rozpoczęty hektar nielegalnej uprawy zmodyfikowanych roślin. Rolników niepokoi również stanowisko resortu, który podkreśla, że nawet śladowa ilość GMO może kwalifikować do wymierzenia kary.
- W takim przypadku mogą wystąpić problemy nieświadomej uprawy GMO, gdy np. zaplącze się ziarno w worku u sprzedającego w magazynie przy przesypywaniu - zwraca uwagę Wiktor Szmulewicz, prezes KRIR.
Wielka wojna o soję
Zmodyfikowana żywność ma ostatecznie zniknąć nie tylko z talerzy Polaków - za dwa lata nie zasmakują w niej również zwierzęta hodowlane. A to - zdaniem rolników i producentów - wywróci rynek żywności do góry nogami
Od 2019 r. polscy rolnicy nie podadzą już swoim zwierzętom jakiejkolwiek paszy, która zawiera GMO. To będzie skutek wejścia w życie nowelizacji ustawy o paszach, przyjętej przez Sejm 4 listopada 2016 r. (Dz.U. z 2016 r. poz. 2034), którą prezydent Andrzej Duda podpisał 7 grudnia ubiegłego roku.
Rządzący zmobilizowali siły, by podjąć walkę na froncie, gdzie GMO utrzymuje się w najlepsze. Mowa o paszach dla zwierząt hodowlanych, które w przeważającej większości karmione są obecnie zmodyfikowanymi genetycznie roślinami. Przede wszystkim wysokokaloryczną i bogatą w białko śrutą sojową GMO.
Jak podaje Instytut Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej (IERiGŻ) w sezonie 2016/2017 przypłynie jej do nas ponad 2,4 mln ton, głównie z Argentyny, Brazylii i Stanów Zjednoczonych. To najwięksi eksporterzy tego surowca na świecie, którzy od swoich dostaw uzależnili całą UE. Państwa wspólnoty importują bowiem blisko 35 mln ton śruty sojowej, z czego - według różnych szacunków -2 -2,5 mln ton trafia do polskich rolników. Zdecydowana większość to soja genetycznie modyfikowana, bo jak wynika z danych IERIGŻ już dwa lata temu ponad 3/4 światowych upraw soi stanowiły odmiany GMO
RAMKA 3
Pola pełne zbóż, a karmić zwierząt nie ma czym
Już od 2007 r. Agencja Rynku Rolnego wspiera rolników, którzy rozwijają uprawy roślin strączkowych. Jednak mimo że w 2015 r. dopłacała 130 zł do 1 ha uprawy, to inwestować w rośliny mające zastąpić soję chciało niewielu: groch, bobik, łubin i rzepak zajmowały 5 proc. wszystkich upraw dofinansowanych przez agencję.
Zwłaszcza w rzepaku rząd pokłada duże nadzieje. Problem w tym, że choć zbieramy go ok. 2,7 mln ton w 2015 r., to duża część zbiorów wcale nie trafia z powrotem na polską wieś, tylko jedzie do Niemiec. Jak wynika z danych Fundacji Programów Pomocy dla Rolnictwa FAPA, w 2015 r. wyeksportowaliśmy w sumie ok. 967 tys. ton, czyli o 19 proc. więcej niż przed rokiem. Samo Ministerstwo Rolnictwa przyznaje, że zaniechanie eksportu śruty rzepakowej nie rozwiąże jeszcze problemu. Konieczne byłoby zwiększenie krajowej produkcji roślin strączkowych do 0,8-1 mln ton. Resort zamierza sypnąć groszem, by te plany się ziściły. Podaje, że całkowita kwota przeznaczona na realizację płatności do roślin wysokobiałkowych za 2015 r. wynosiła ok. 287 mln zł.
Problem w tym, że mimo milionów, które rząd już zainwestował w rozwój tego sektora agrobiznesu, efekty wciąż są mizerne. I choć - jak zaznacza Wiesław Dzwonkowski z IERiGŻ - zużycie takich roślin w żywieniu zwierząt wzrosło w ciągu ostatnich 15 lat prawie trzykrotnie (z ok. 174 do 485 tys. ton w 2015 r.) - to wciąż jest ono niewielkie. Jak bowiem wynika z opracowania IERiGŻ, udział roślin strączkowych pastewnych w bilansie pasz białkowych nadal oscyluje w przedziale 9-12 proc.
Problemem jest też niska zawartość białka w zamiennikach soi. Przykładowo groch zawiera go ok. 22 proc., bobik - 34 proc., poekstrakcyjna śruta rzepakowa - 35 proc. (soja zaś 46-48 proc.). Jak wyliczają eksperci, gdybyśmy chcieli zastosować śrutę rzepakową jako zamiennik sojowej, to aby zaspokoić potrzeby żywieniowe zwierząt, potrzebowalibyśmy nie 2 mln ton, ale aż 3 mln ton surowca rocznie.
Zmiany spóźnione o 9 lat, a i tak za wczesne
Polski rząd postawił sobie za cel, by jak najszybciej przerwać łańcuch dostaw zza oceanu i ukierunkować naszych rolników na rodzime substytuty białka w paszach. Problem w tym, że na razie nie bardzo mu to wychodzi. ramka 3
Pomysł zakazu stosowania soi nie jest nowy. Co ciekawe, Polska była pierwszym i wciąż jest jedynym krajem UE, który sprzeciwił się stosowaniu GMO w karmieniu zwierząt. Wyrwaliśmy się przed szereg jeszcze w 2006 r., kiedy posłowie PiS znowelizowali ustawę o paszach i wprowadzili zakaz wytwarzania, wprowadzania do obrotu i stosowania w żywieniu zwierząt m.in. śruty sojowej zawierającej GMO.
Szkopuł w tym, że - choć bardzo restrykcyjne przepisy miały obowiązywać pierwotnie już od 2008 r. - to w rzeczywistości nigdy nie weszły w życie. Termin wykluczenia produktów GMO z łańcucha żywieniowego zwierząt był bowiem przesuwany już trzykrotnie. Najpierw z 2008 na 2012 r., później na 2017 r. Ale zakaz wciąż nie obowiązuje, bo - uwaga! - został ponownie przesunięty na mocy nowelizacji ustawy o paszach (Dz.U z 2016 r. poz. 1228 ze zm.) z grudnia ubiegłego roku.
Branża rolnicza jednak wcale nie odetchnęła z ulgą, bo liczyła, że ten okres wyrugowania pasz przesunięty będzie znów o kilka lat, do 2021 r. Na początku prac nad nowelizacją resort planował bowiem dać rolnikom cztery lata na przygotowanie się do zmian. Ostatecznie rząd postanowił wyrugować GMO z pasz o dwa lata wcześniej.
Za mało czasu na przygotowania
Ten nagły zwrot stanowiska rządu był dla wielu rolników nie lada zaskoczeniem. I - jak przekonują - nie wróży nic dobrego dla całego sektora.
Wykluczenie GMO z pasz będzie nie lada wyzwaniem, bo - jak podaje GUS - w 2015 r. sprzedaż pasz przemysłowych wyniosła ogółem ok. 9,4 mln ton, z czego 6 mln ton stanowiły pasze dla drobiu (65 proc. sprzedaży pasz ogółem). A skład większości z nich opiera się na zmodyfikowanej soi.
O konieczności przestawienia rodzimej produkcji mówiła też wiceminister rolnictwa Ewa Lech. Podkreślała, że choć propozycja przedłużenia moratorium o kolejne cztery lata wzbudza kontrowersje wśród przeciwników GMO, to takie przesunięcie terminu jest niezbędne, bo na polskim rynku brakuje odpowiednich zamienników dla pasz zwierających GMO.
Przedstawiciele branży podkreślają, że Polska nie jest gotowa wyrugować z diety zwierząt soi modyfikowanej genetycznie. Skoro przez ostatnią dekadę nie udało się nam uporać z tym problemem, to jaka jest szansa, że uda się w ciągu kolejnych kilku lat? - pytają retorycznie. I nie dają wiary zapewnieniom resortu rolnictwa, że już w najbliższych latach uda się nam znacząco poprawić wielkość i jakość produkcji pasz krajowych bez GMO.
WAŻNE
Polska jest jedynym krajem w UE, który jeszcze w 2006 r. zakazał stosowania GMO w paszach. Przepisy te nie obowiązują jednak aż do dziś, bo już trzy razy przesuwano termin, kiedy miały wejść w życie.
- Założenia stosowania innych źródeł białka są dobre, ale w praktyce wygląda to już dużo gorzej. W tej chwili polscy rolnicy nie mają realnej alternatywy dla śruty sojowej. Brakuje nasion i sprawdzonych odmian, które byłyby w stanie zaspokoić potrzeby żywieniowe zwierząt - przekonuje Wiktor Szmulewicz, prezes Krajowej Rady Izb Rolniczych.
Zgadza się z nim Adam Tański, prezydent Izby Zbożowo-Paszowej. - Całkowite lub nawet połowiczne zastąpienie białka sojowego w paszach krajowym białkiem z roślin strączkowych nie jest możliwe z uwagi na niższą zawartość białka, jego gorszą strukturę, mniej aminokwasów, a także zawartość substancji antyżywieniowych, które są niebezpieczne zwłaszcza dla młodych zwierząt - zwraca uwagę. I dodaje, że z bilansu białka paszowego w Polsce wynika, że prawie 3/4 pochodzi z importu, a nasiona roślin strączkowych dostarczają tylko ok. 7 proc. tego białka.
- W Polsce i w Europie jest ogromna nierównowaga pomiędzy produkcją roślinną i zwierzęcą - zwraca uwagę Adam Tański. I dodaje, że deficyt białka roślinnego przy tak dużym spożyciu produktów zwierzęcych występuję w całej UE. - Tylko że w żadnym kraju unijnym nie wyłączono z łańcucha żywieniowego białka pochodzącego ze śrut soi zmodyfikowanej genetycznie. Zresztą nigdzie na świecie nie zdecydowano się na tak radykalny krok. Jest to bowiem najtańsze wysokowartościowe źródło białka o wysokich walorach zdrowotnych i żywieniowych - przekonuje prezydent Izby Zbożowo-Paszowej.
Stracą rodzimi producenci...
Eksperci ostrzegają, że zmiany najdotkliwiej odczują producenci drobiu i trzody chlewnej. Bo to właśnie przy hodowli tych zwierząt używa się głównie śruty sojowej. A skoro zakaz GMO uderzy w finanse producentów, to po kieszeni nieuchronnie dostaną też finalni konsumenci - zwracają uwagę.
Cios może być tym bardziej dotkliwy, że od kilku lat branża drobiarska notuje co roku wzrosty o 7-8 proc. Zagwarantowało nam to pozycję lidera w Europie pod względem produkcji wyrobów mięsnych już w 2014 r., kiedy przegoniliśmy dwie największe rolnicze potęgi starego kontynentu, czyli Francję i Niemcy.
Potwierdzają to dane GUS. Wynika z nich, że sektor drobiarski ma się coraz lepiej, bo każdego roku eksportujemy więcej mięsa (udział sprzedaży zagranicznej zbliżył się w 2015 r. do 50 proc.) i coraz częściej też mamy kurczaki na polskich stołach (statystyczny Polak spożył w 2013 r. prawie 33 kg drobiu, a w 1990 r. tylko 11 kg). Dwa lata temu wysłaliśmy za granicę ogółem 839 tys. ton mięsa drobiowego i podrobów. Zasiliło to portfele polskich producentów o niebagatelną sumę ponad 1,6 mld euro. I był to wzrost dochodów o 1/5 w stosunku do poprzedniego roku. Za polskie wyroby najchętniej płacili mieszkańcy Niemiec, Wielkiej Brytanii, Czech, Francji i Holandii.
GUS nie ma przy tym wątpliwości, że rosnący eksport polskiego drobiu wynika przede wszystkim z utrzymującej się konkurencyjności cenowej i jakościowej towaru na rynkach unijnych. A nasza przewaga - wynikająca z ceny - może się załamać na skutek zakazu stosowania pasz z GMO - alarmuje branża.
@RY1@i02/2017/086/i02.2017.086.183000200.101(c).jpg@RY2@
Najważniejsze zmiany w prawie dotyczące GMO w Polsce
Niepokojący obraz wyłania się też z analiz Instytutu Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej, który podaje, że całkowite wyeliminowanie z pasz dla zwierząt modyfikowanej genetycznie śruty sojowej, zwiększyłoby koszty żywienia o ok. 10 proc. Czarny scenariusz potwierdzają też dane Instytutu Ekonomiki Rolnictwa i Uniwersytetu Jagiellońskiego. Wynika z nich, że śruta nie-GMO jest teraz droższa o ok. 20 proc. od śruty zmodyfikowanej.
Zdaniem Adama Tańskiego wzrost kosztów może być jednak jeszcze większy. Zadziała bowiem mechanizm popytu i podaży. - Trzeba pamiętać, że śruty sojowej, która nie jest zmodyfikowana genetycznie, jest na rynku tylko kilka procent. A w przypadku, gdy tak duży importer jak Polska musi jej bardzo dużo kupić, to nie może to nie wpłynąć na cenę jej sprzedaży - przekonuje Tański.
...a GMO i tak do nas trafi
Restrykcyjne działania, mające wymusić w Polsce eliminację białka roślinnego, będą całkowicie nieskuteczne, jeżeli nie będą im towarzyszyć równoległe działania na poziomie Komisji Europejskiej. - W końcu mamy otwarte granice, a wykluczenie możliwości importu produktów z innych krajów, które stosują GMO przy karmieniu zwierząt jest niezgodne z prawem unijnym - mówi twierdzi Adam Tański. I wyjaśnia, że doprowadzi to do sytuacji, w której to Polacy zaczną masowo importować, zamiast importować drób. Ten hodowany za granicą, karmiony niezakazaną tam śrutą sojową będzie po prostu tańszy.
@RY1@i02/2017/086/i02.2017.086.183000200.805.jpg@RY2@
Jakub Pawłowski
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu