Dziennik Gazeta Prawana logo

Cytowanie przepisów stało się ważniejsze od umiejętności ich zastosowania

30 czerwca 2018

Od kandydatów na aplikantów wymaga się zapamiętania większej ilości danych niż od niektórych pendrive’ów. Po co tego typu sprawdziany, skoro w praktyce każdy ma dostęp do źródeł online i 24 h na dobę

Egzamin powinien mieć sens i być sprawiedliwy. A obecny sposób weryfikowania wiedzy studentów prawa czy kandydatów na aplikantów takimi cechami nie może się poszczycić. O tym, jakie są grzechy główne polskiego systemu nauczania prawników, dyskutowali paneliści zebrani na konferencji naukowej organizowanej przez Wydział Prawa, Administracji i Ekonomii Uniwersytetu Wrocławskiego.

Wykucie wystarczy

Eksperci podkreślali, że na studiach prawniczych nie wymaga się niczego ponad suchą znajomość przepisów.

- Egzaminy na wydziałach prawa są egzaminami z wiedzy, a powinny być egzaminami z umiejętności. U nas pyta się z tego, co student zapamiętał. A przecież umiejętność praktycznego wykorzystania tego, czego się na studiach nauczyło, jest ważniejsza - wskazuje prof. nadzw. Piotr Jurek z Uniwersytetu Wrocławskiego.

Jego zdaniem wykładowcy powinni wymagać od swych studentów przede wszystkim zdolności zastosowania norm prawa do określonych sytuacji.

- Przypuśćmy, że uczymy się prawa karnego i prawa cywilnego i spotykamy się z problemem dyskryminacji ze względu na poglądy czy przekonania religijne. Co byśmy doradzili? Stosowanie prawa karnego czy przepisów z zakresu ochrony dóbr osobistych? Student dobrze wyuczony powinien wiedzieć, że należy zastosować rozwiązanie z kodeksu cywilnego. Roszczenia odszkodowawcze oraz z tytułu zadośćuczynienia dają bowiem większą satysfakcję niż te z prawa karnego, które pozwalają orzec maksymalnie dwa lata kary pozbawienia wolności w zawieszeniu - wyjaśnia profesor Piotr Jurek.

I podkreśla, że właśnie ta umiejętność wyboru powinna być ćwiczona na studiach.

- A u nas egzaminy są po to, żeby akcentować przeciętność. Służą po to tylko, żeby wydobyć wiedzę. Powinno być mniej egzaminów ze znajomości faktów, instytucji, które w łatwy sposób można wyczytać z internetu - dodaje.

Test prawdę ci powie

Do tego dochodzi problem wszechobecnego wykorzystywania podczas egzaminów testów.

- Test z natury jest zły, ponieważ wyklucza sprawdzenie umiejętności. Testem można weryfikować wiadomości przydatne do prowadzenia pojazdu mechanicznego czy na kartę wędkarską, a nie wiedzę wyższą niezbędną osobie, która chce się legitymować prawniczym wykształceniem. Stąd testy powinny być na wydziałach prawa wykluczane - akcentuje profesor Jurek.

Europa dawno już poszła po rozum do głowy. Choćby u naszych sąsiadów z Czech egzaminowanie prawników tylko częściowo ma formę pisemną.

- W wielu wydziałach prawa egzaminy mają dwustopniowy charakter. Wymaga się najpierw zaliczenia przedmiotu, potem można przystąpić do egzaminu. I obowiązuje zasada, że jeśli zaliczenie ma formę pisemną, to egzamin musi być ustny, i na odwrót. Tym samym przykłada się bardzo dużą wagę do sposobu wypowiadania się i argumentacji przyszłego prawnika. Egzaminy są też otwarte dla publiczności - podkreśla adwokat Katarzyna Žák Krzyžanková z Wydziału Prawa Uniwersytetu Karola w Pradze.

Co ciekawe, na czeskich uniwersytetach zaczęto ostatnio wprowadzać także statystyczną analizę stopni udzielanych przez poszczególnych pedagogów. Miało to zapobiegać sytuacjom, które na polskich uczelniach są normą: egzaminy u jednych profesorów zdaje się łatwiej niż u innych; i to do tych pierwszych od połowy semestru ustawiają się kolejki.

- W mojej katedrze po wprowadzeniu tej metody różnice pomiędzy poszczególnymi egzaminatorami wynoszą 0,2 proc., chociaż na początku były znaczne odstępstwa - wskazuje mecenas Žák Krzyžanková.

Człowiek komputer

Problem z nieodpowiednią formą egzaminowania polskich prawników widoczny jest jeszcze wyraźniej podczas egzaminów na aplikacje.

- Egzamin na aplikację notarialną - chociaż nie tylko ten - nie ma na celu zweryfikowania dwóch najważniejszych umiejętności dla prawnika: odnajdywania przepisu i jego choćby skrajnej, ale dopuszczalnej interpretacji - wskazuje dr hab. Jacek Mazurkiewicz z Wydziału Prawa Uniwersytetu Wrocławskiego.

W jego przekonaniu egzamin wstępny na aplikację notarialną w obecnej formie jest bezsensowny.

- Żaden praktykujący prawnik nie znajduje się w położeniu, w którym nie może korzystać z tekstów ustaw, komentarzy czy potrzebnego orzecznictwa. Natomiast na egzaminie na aplikację notarialną wymaga się od kandydatów więcej pamięci niż od komputerów o niskiej pojemności: one w pewnym momencie mówią, że trzeba zwolnić twardy dysk, i nie dadzą sobie więcej wpisać - wskazuje profesor Mazurkiewicz.

Jego zdaniem w czasach, gdy dostęp do baz danych jest powszechny, nakaz uczenia się przepisów na pamięć jest nie tylko absurdalny, ale przy obecnej produkcji legislacyjnej po prostu niemożliwy do zrealizowania.

- Żaden z tytularnych profesorów prawa nie jest w stanie opanować pamięciowo chociażby piątej części materiału wymaganego od kandydata na aplikanta notarialnego: kodeksu postępowania cywilnego, ordynacji podatkowej, ustawy o finansach publicznych, kodeksu spółek handlowych, kodeksu cywilnego, ustawy o systemie ubezpieczeń społecznych czy ustawy o planowaniu i zagospodarowaniu przestrzennym i wielu innych - wylicza ekspert.

W tym roku wykaz aktów prawnych na egzamin wstępny na aplikację adwokacką i radcowską zawierał 50 tytułów, a na aplikację notarialną 53.

- Nie wszystkie z nich wpisują się w problematykę najistotniejszą z punktu widzenia danego zawodu. Nie dam się przekonać, że ustawa o stosunku Państwa do Kościoła Katolickiego w Rzeczypospolitej Polskiej ma znaczenie dla wykonywania obowiązków notariusza. Nie sądzę, aby pytania dotyczące wewnętrznego funkcjonowania poszczególnych instytucji Unii Europejskiej miały związek z którymkolwiek zawodem prawniczym - wtóruje Mateusz Popielas z wrocławskiej uczelni.

I zwraca uwagę, że egzamin skonstruowany jest tak, aby pewna liczba newralgicznych dla losów kandydata pytań dotyczyła aktów prawnych niszowych z punktu widzenia praktyki prawniczej.

- Pytania egzaminacyjne dla kandydatów na aplikację notarialną są bardzo szczegółowe, a ich pomysłodawcy wykorzystują terminy pułapki - zwraca uwagę profesor Mazurkiewicz.

Twierdzi, że egzaminu, który w jednym roku zdaje 4,5 proc. chętnych, a w następnym roku 54,6 proc. osób (tak było podczas egzaminu wstępnego na aplikację notarialną w 2006 i 2007 r.), nie można uznać za sprawiedliwy.

- Kryteria nie miały nic wspólnego ze sprawdzeniem merytorycznych kwalifikacji, lecz z kwestiami ministerialnej czy samorządowej polityki. Wydaje się przecież nieprawdopodobne, aby przy zachowaniu podobnego poziomu trudności pytań liczba zdających tak radykalnie wzrosła - wskazuje Mazurkiewicz.

I podkreśla, że każdy niesprawiedliwy egzamin jest złem wyrządzonym człowiekowi. A niesprawiedliwy egzamin przygotowany pod nadzorem ministra sprawiedliwości powinien być osobistym dramatem również dla niego.

@RY1@i02/2012/246/i02.2012.246.18300090c.802.jpg@RY2@

Zdawalność na aplikację

Anna Krzyżanowska

anna.krzyzanowska@infor.pl

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.