Toga zszargana. Jak odzyskać zufanie
Autorytet Temidy został poważnie nadszarpnięty przez aferę gdańską - tak uważają zarówno sędziowie, jak i politycy. Na tym jednak zgoda się kończy. Ci pierwsi bowiem zrzucają winę na złe przepisy, które pozwalają naciskać na sędziów, natomiast drudzy twierdzą, że to efekt zbyt słabego nadzoru nad środowiskiem sędziowskim
Z badań przeprowadzonych w dniach 19 - 21 września przez TNS Polska na zlecenie TVP 2 wynika, że co piąty Polak zdecydowanie nie ufa wymiarowi sprawiedliwości, a 33 proc. przepytanych odpowiedziało, że "raczej nie ufa". Z kolei z innego badania - przeprowadzonego przez Indicatora dla Krajowej Rady Sądownictwa - wynika, że ponad 67 proc. ankietowanych czerpie swoją wiedzę o wymiarze sprawiedliwości z codziennych wiadomości w TV. Niestety w mediach nie ma ostatnio tygodnia bez materiału choćby pośrednio nawiązującego do afery z taśmami (byłego już) prezesa Sądu Okręgowego w Gdańsku Ryszarda Milewskiego. Emocje umiejętnie podgrzewają także politycy, którzy na walce z "sędziowską sitwą" chcą ugrać swoje.
Ale oprócz obniżenia autorytetu sędziów, afera gdańska spowodowała, że ze zdwojoną siłą wróciła dyskusja na temat potrzeby odpolitycznienia wymiaru sprawiedliwości. Oliwy do ognia dolał minister sprawiedliwości Jarosław Gowin. Oburzony służalczością sędziego, szef resortu nie miał bowiem żadnych skrupułów, by sięgnąć po akta sądowe w sprawie Amber Gold, czym naraził się na zarzut ingerowania w niezawisłość sędziowską i niezależność sądów. Po ujawnieniu sprawy przez Dziennik Gazetę Prawną szef resortu podał podstawę prawną, która mu pozwaliła na tego typu działania. Środowiska tłumaczenie Jarosława Gowina jednak nie przekonało. Co więcej, stwierdziło ono, że zachowanie ministra jest koronnym dowodem na to, że obecne regulacje prawa o ustroju sądów powszechnych nie gwarantują przestrzegania konstytucyjnej zasady, zgodnie z którą sądy są władzą odrębną i niezależną od innych władz. Dobitnie wyraziła to w swojej uchwale Krajowa Rada Sądownictwa - krytykując działania szefa resortu, stwierdziła, iż "dostrzega konieczność jak najpilniejszego podjęcia działań - także legislacyjnych - zmierzających do zmian ustrojowych, których skutkiem powinna być zmiana zasad sprawowania nadzoru administracyjnego nad sądami i umocnienie niezależności władzy sądowniczej".
Zresztą dyskusja na temat tego, czy należy odebrać ministrowi sprawiedliwości, który przecież jest politykiem, nadzór nad działalnością administracyjną sądów, toczy się od dłuższego czasu. Zwolennikiem takiego rozwiązania jest m.in. Stanisław Dąbrowski, I prezes Sądu Najwyższego. Jego zdaniem problem ten jeszcze zwiększy się od przyszłego roku, gdy wejdą w życie przepisy o menedżerskim sposobie zarządzania sądami.
- Tu już nie chodzi o nadzór, ale o bezpośrednie zarządzanie sądami. Zgodnie z art. 173 konstytucji sądy są władzą odrębną i niezależną od innych władz. A bezpośrednie zarządzanie sądami z całą pewnością przekreśla tę niezależność - mówi Stanisław Dąbrowski.
Nowe regulacje bowiem pozostawiają dużą niezależność dyrektorom sądów. Tak naprawdę zwierzchnikiem służbowym dyrektora nie będzie prezes sądu, lecz minister sprawiedliwości, który nie będzie musiał odwoływać go ze stanowiska, nawet jeżeli będzie o to wnioskował prezes.
Za zniesieniem nadzoru ministra sprawiedliwości i przekazaniem go w ręce I prezesa SN jest również Irena Kamińska, prezes Stowarzyszenia Sędziów Themis oraz sędzia NSA. I właśnie sądownictwo administracyjne wskazuje ona jako optymalny model sądownictwa. Tam bowiem nadzór nad działalnością administracyjną sprawuje prezes Naczelnego Sądu Administracyjnego, a politycy nie mają w tej kwestii nic do powiedzenia.
Oczywiście politycy sugerują zupełnie coś odwrotnego. Ich zdaniem afera taśmowa to właśnie dowód na to, że nadzór nad sędziami jest zbyt mały. Trudno przesądzać, kto ponosi odpowiedzialność. Jedno jednak jest pewne: w sprawie tak ważnej jak autorytet sędziów i całego sądownictwa potrzeba rzeczowej, spokojnej dyskusji, a nie medialnego szumu i grania na emocjach wyborców. Bo przecież brak zaufania do wymiaru sprawiedliwości może łatwo przerodzić się w brak zaufania do całego państwa.
@RY1@i02/2012/192/i02.2012.192.07000040a.101.jpg@RY2@
fot. materiały prasowe
dr Adam Bodnar, wiceprezes zarządu Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka oraz adiunkt w Zakładzie Praw Człowieka Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego
Sądownictwo od lat jest dość zamkniętym środowiskiem zawodowym. Przyczyny tego są dość dobrze znane - system nominacji sędziowskich i przez wiele lat utrzymujący się stan praktycznej niedostępności urzędu sędziego dla przedstawicieli innych zawodów prawniczych. Brak intelektualnego i środowiskowego przewietrzenia miał swoje dobre i złe strony dla sądownictwa. Dobre, gdyż w w latach 80. czy nawet 90. promował niezłe przygotowanie merytoryczne i selekcję kandydatów. Złe - ponieważ nie pozwalał na dostrzeżenie zmian w otaczającym świecie i wprowadzenie innego myślenia, otwartości, doświadczeń i rzetelności zawodowej właściwej dla innych zawodów prawniczych. W dłuższej perspektywie zamknięcie środowiskowe powodowało tolerancję dla niskiej jakości pracy, brak wewnętrznej krytyki dla osób nierzetelnych, a często także pobłażanie dla naruszeń standardów etycznych. Od tego tylko krok do obniżania standardów, także w kontekście awansów.
W Polsce status sędziego nie zależy od merytorycznej jakości wykonanej pracy, lecz od zajmowanej pozycji w strukturze sądowniczej. Od tego też zależy poziom wynagrodzenia. W konsekwencji naturalną tendencją staje się chęć awansowania, bo związany z tym jest status materialny i większe docenienie ze strony kolegów sędziów oraz społeczeństwa. A awans można uzyskać na różne sposoby. Wielu sędziów zawdzięcza go własnym zdolnościom i tytanicznej pracy. Jednak awans często zależy od dobrych statystyk, a to z kolei może wykluczać sędziów myślących niestereotypowo, niepokornych czy krytykujących kolegów. Czasami awans może zależeć od układów środowiskowych, zaprzyjaźnienia z przewodniczącym wydziału, prezesem sądu czy sędziami na poziomie okręgu. Istotny jest także awans w postaci delegacji do Ministerstwa Sprawiedliwości, bo przekłada się wyraźnie na finanse. Kiedyś jeden z sędziów delegowanych do MS bez żenady mi opowiadał, że ministrowi polecił go jeden z lokalnych senatorów. Znane są także przypadki, kiedy sędziowie delegowani do Ministerstwa Sprawiedliwości uzyskiwali awanse z sędziów sądów okręgowych na sędziów sądów apelacyjnych, a w czasie delegacji bynajmniej nie zajmowali się orzekaniem. Delegacje to oczywiście nie wszystko. Przez lata proces nominacji prezesów sądów odbywał się pod pewnym wpływem Ministerstwa Sprawiedliwości. Z kolei dyrektorzy departamentów czy podsekretarze stanu zasiadający w Ministerstwie Sprawiedliwości też nie stronili od uprawiania polityki. Efektem była nadreprezentacja określonych środowisk lokalnych w różnych strukturach związanych z ministerstwem czy decyzje lokalizacyjne dotyczące niektórych instytucji służących sądownictwu. Od czasu przyjęcia nowelizacji prawa o ustroju sądów powszechnych wyraźnie można zaobserwować sojusz lokalnych polityków z sądami w obronie małych sądów. Trudno sobie wyobrazić, aby następowało to tylko i wyłącznie z inicjatywy samych polityków, zatroskanych o "sąd bliski obywatelowi".
Ten swoisty romans sądownictwa z władzą wykonawczą (na poziomie centralnym i lokalnym) trwa zatem od lat w najlepsze. I psuje etos sędziego jako osoby niezależnej od władzy. Nie jest to skala masowa, ale jednak zauważalna. Jednocześnie wsparcia nie uzyskują inicjatywy, które zmierzałyby do wzmocnienia sędziów i rozruszania zmurszałej hierarchicznej struktury, jak np. inicjatywa zrównania statusu sędziego poprzez wprowadzenie instytucji sędziego sądu powszechnego (a więc o jednakowym statusie, ale zasiadającego dzięki doświadczeniu w różnych sądach). W ten sposób być może ograniczony zostałby powszechny pęd do awansu, a status sędziów liniowych uległby wzmocnieniu. Środowisko sędziowskie przez lata nie domagało się również likwidacji delegacji sędziów do MS. Dopiero w ostatnim czasie ten temat stał się głośny, ale nie spowodował radykalnej zmiany polityki MS.
W tym wszystkim zastanawiająca jest rola organów konstytucyjnych, w tym Krajowej Rady Sądownictwa. W sprawie Amber Gold i jej następstwach musieliśmy dość długo oczekiwać na głos tej instytucji. Jest to organ kolegialny i zanim się zbierze, a wcześniej przygotuje i podejmie uchwałę, to mija sporo czasu. W efekcie reakcja KRS na wydarzenia dotyczące sądownictwa może być wręcz niewidoczna albo przykryta przez inne wydarzenia medialne. W ten sposób KRS może siłą rzeczy oddawać pole i we współczesnej rzeczywistości medialnej jej stanowisko prawie nie ma znaczenia dla debaty. Sędziowie, którzy nie słyszą tydzień po tygodniu, na czym polega niezawisłość i niezależność, mogą mieć poczucie osamotnienia. Z kolei obywatele mogą mieć problem ze zrozumieniem, na czym polega konstytucyjna rola KRS. Co gorsza, słabość medialna KRS jest bezwzględnie rozgrywana przez ministra sprawiedliwości, który w jednej z ostatnich wypowiedzi wręcz poniżył ten organ konstytucyjny. Była to wypowiedź niestety wpisująca się w najgorsze tradycje lat 2005 - 2007.
Coraz mniej także głosów ze strony autorytetów dla środowiska sędziowskiego. Na tym wygrywają stowarzyszenia sędziowskie, dbające przede wszystkim o interes swoich członków, który nie zawsze jest tożsamy z interesem publicznym. Wygrywają na tym także nieformalne struktury w postaci forów internetowych. Tylko że na tym nie zyskuje autorytet wymiaru sprawiedliwości, którego pierwszym i najważniejszym strażnikiem powinien być KRS.
KRS od lat postuluje, że nadzór administracyjny nad sądownictwem powinien przypadać I prezesowi Sądu Najwyższego. Wielokrotnie argumentowała, że w Polsce potrzebne jest nowe prawo o ustroju sądów powszechnych, gdyż dotychczasowa ustawa się nie sprawdziła i była zbyt wiele razy nowelizowana. Krytykuje kolejne propozycje nowelizacji zgłaszane przez ministra sprawiedliwości. Trudno odmówić racji. Krytyka jednak nie wystarczy. Od organu konstytucyjnego należałoby już dawno się spodziewać przygotowania kompleksowej reformy wraz z projektem odpowiedniej ustawy, a następnie przekonania prezydenta do jej wniesienia do Sejmu. Podobnie zresztą jak z rozwiązaniami dotyczącymi pracowników sądów, asystentów sędziów czy referendarzy. Na krytyce jednak się kończy, a alternatywnych propozycji nie widać. Być może należy się zastanowić nad przeformułowaniem funkcjonowania KRS i wymagać od jej członków, aby byli na stale oddelegowani do KRS, a nie musieli łączyć orzekanie z jednoczesnym pełnieniem funkcji w tym organie.
Mam nadzieję, że sprawa Amber Gold i wszystko to co się po niej stało, będzie zapłonem do refleksji nad stanem wymiaru sprawiedliwości. To nie jest tylko przypadek jednego prezesa sądu, to nie jest przypadek jednego środowiska lokalnego. Sądownictwo potrzebuje wzmocnienia. KRS powinna wziąć na siebie ciężar moralnego i koncepcyjnego przywództwa, a tym samym działać na rzecz pełnego urzeczywistnienia wartości konstytucyjnych. Obywatele RP nie zasługują na to, aby pierwszym ekspertem od sądownictwa i jego reformatorem był polityk, dla którego liczy się bliżej niedookreślony duch prawa, a nie jego litera.
W Polsce status sędziego nie zależy od merytorycznej jakości wykonanej pracy, lecz od zajmowanej pozycji w strukturze sądowniczej
@RY1@i02/2012/192/i02.2012.192.07000040a.102.jpg@RY2@
fot. Wojciech Górski
Rafał Puchalski, wiceprzewodniczący Stowarzyszenia Sędziów Polskich Iustitia
Z wielkim ubolewaniem należy stwierdzić, że sprawa sędziego Milewskiego to prawdopodobnie jedno z największych w ostatnich latach wydarzeń, które podważa autorytet sędziów.
Czym jest autorytet sędziego? Wydaje się, że jest to zbiór cech konkretnego sędziego, które stanowią gwarancję dla obywatela rzetelnego, szybkiego i pozbawionego jakichkolwiek wpływów czynników zewnętrznych, orzekania w sprawie. To również charyzma, asertywność oraz szacunek dla uczestnika postępowania.
Nie wolno jednak zapomnieć, że autorytet sędziów w znacznym stopniu kształtują również czynniki zewnętrzne, m.in. takie jak medialny wizerunek sędziów, publicznie wygłaszane przez polityków opinie na temat pracy sędziów, sfera nadzoru administracyjnego.
Brak zaufania społeczeństwa do sędziów niewątpliwie generuje wzrost krytycznych ocen dotyczących postępowań sądowych oraz wątpliwości odnośnie rzetelności zapadających orzeczeń.
Wybierając zaszczytny zawód sędziego, pamiętałem słowa mojego promotora, że "dobry sędzia to sędzia niepokorny". W tym wydaje się, że tkwi sens wykonywania tego zawodu. Sędzia, który w imię własnych partykularnych korzyści porzuca swoją niezależność od organów władzy politycznej, powinien natychmiast złożyć urząd.
Nie sposób oczywiście zapomnieć o nadmiernych zakusach polityków do podporządkowania sobie sądownictwa. Jest dla mnie oczywiste, że społeczeństwo, które zdecydowaną większość swojej wiedzy o pracy sędziów czerpie z informacji medialnych, ma prawo uznać, że skoro prezes sądu jako bezpośredni zwierzchnik sędziów danego sądu w dosyć specyficzny sposób rozmawia z przedstawicielem rządu, to z uwagi na brak wiedzy odnośnie do zakresu zwierzchnictwa prezesa, może obawiać się o rzetelność procesu. W powiązaniu z powstałą falą krytyki polityków pod adresem sądów, którzy wprawdzie w znacznej większości nie mają bladego pojęcia o sądownictwie, o czym świadczy chociażby zaliczanie prokuratury do wymiaru sprawiedliwości, obraz sędziów ulega znacznemu zniekształceniu.
Trudno jest kwestionować prawo mediów, polityków do komentowania zapadających orzeczeń, nie można jednak traktować sądów instrumentalnie w sposób dążący jedynie do uzyskania wymiernego efektu politycznego.
Odnosząc się do sprawy sędziego Milewskiego, nie jest prosto udzielić odpowiedzi na pytanie, kto zawinił. Nie sposób zaprzeczyć, że sędzia wykazał się brakiem wspomnianych wyżej cech osobowych. Jednocześnie, częściowo ma rację, twierdząc, że padł "ofiarą". Osobiście uważam jednak, że stał się on ofiarą całego systemu. Systemu, w którym prezes decyzją polityka jest w pewnym stopniu urzędnikiem, a nie sędzią.
Brak rozgraniczenia sfery administracyjnej od orzeczniczej pozwala na mylne wyobrażenie w społeczeństwie, że prezes sądu ma wpływ na treść orzeczeń. To politycy są winni takiej schizofrenicznej sytuacji, w której z jednej strony deklarują chęć wzmocnienia niezależności sądów i niezawisłości sędziów, a z drugiej tworzą taki system, który podporządkowuje coraz większy zakres działalności sędziów politykom.
Przykładem tutaj może być sposób wyboru prezesów sądów apelacyjnych i okręgowych. To minister - polityk - decyzje, kto nim zostaje. Niewiążąca opinia nie ma znaczenia dla wyboru, a tym samym jest oczywiste, iż wybrany prezes w pewien sposób może czuć się "zobowiązany". Podobnie nie jestem w stanie zrozumieć, w jaki sposób system ocen okresowych ma poprawić wizerunek sędziów. Jest on dokonywany przez wizytatorów wybieranych przez prezesa sądu apelacyjnego. Mam poważne obawy, czy w przyszłości nie może on stać się jednym ze środków wywierania nacisku na sędziego.
Odbudowa autorytetu sędziów wymaga długofalowego działania. Na wstępie trzeba podkreślić, że samo środowisko powinno piętnować naganne zachowania sędziów i upubliczniać swoje decyzje. W każdej grupie zawodowej zdarzają się jednostki niegodne, a brak reakcji środowiska powoduje, że sędziowie są postrzegani przez ten pryzmat.
Drugim koniecznym elementem jest poprawa medialnego wizerunku sędziów. Należy stworzyć system profesjonalnej polityki medialnej w celu budowania prawdziwego i uczciwego wizerunku sądów i sędziów w mediach. Dzisiejsi rzecznicy prasowi są zbyt ukierunkowani na zdawanie suchych relacji. Powinno nastąpić zdecydowana reorganizacja w tym zakresie.
Kolejnym aspektem musi być stworzenie systemu oddzielającego sądy od polityki. Widziałbym tutaj wyodrębnienie budżetowe na wzór rozwiązań np. sądów administracyjnych, powierzenie I prezesowi Sądu Najwyższego nadzoru administracyjnego nad sądami powszechnymi przy jednoczesnym np. składaniu corocznych sprawozdań Sejmowi. Absolutnym jednak minimum jest powierzenie sędziom prawa do wyboru dwóch kandydatów na prezesów i przedstawianie ich ministrowi sprawiedliwości.
Należy stworzyć z udziałem sędziów model ich kariery zawodowej zapewniający jasne, czytelne i obiektywne kryteria awansu. Bezsporne pozostaje, że na autorytet sędziów mają wpływ wieloletnie procesy. Jedynym rozwiązaniem, permanentnie ignorowanym i pomijanym przez polityków, jest ograniczenie zakresu kognicji sądów oraz uproszczenie procedur sądowych.
Na koniec należy również wskazać, że na autorytet w opinii społecznej wpływa również status majątkowy. Jeżeli państwo nie jest w stanie wykonać swoich obowiązków względem sędziów, powinno znieść zakaz uzyskiwania dodatkowych dochodów.
@RY1@i02/2012/192/i02.2012.192.07000040a.103.jpg@RY2@
fot. Marek Matusiak
Waldemar Żurek sędzia, członek Krajowej Rady Sądownictwa
Ostatnie wydarzenia związane z odwołaniem prezesa gdańskiego sądu przede wszystkim uświadomiły całemu środowisku sędziowskiemu, że musimy być przygotowani na najbardziej nawet ordynarne prowokacje. Ale uświadamiają nam także, że stopień naszej asertywności powinien być bardzo wysoki. Jako sędzia mówię wyraźnie: w toku postępowania prokuratorskiego i dyscyplinarnego taśmy z prowokacji muszą zostać zbadane i musi zostać jasno przesądzone, czy były montowane, czy są autentyczne. To jednak zagadnienie procesowe.
Przypadek sędziego Milewskiego musimy rozpatrywać jako incydent, który nie powinien się wydarzyć. Z drugiej jednak strony ta sprawa wywołała potrzebną, według mnie, dyskusję, a jej efekt może okazać się cenny nie tylko dla sądów, ale także dla społeczeństwa. Z pozytywnym zainteresowaniem czytałem także w opiniotwórczych mediach wypowiedzi, gdzie wyraźnie wskazywano na problem ustrojowych relacji na styku polityki i sądów, czy analizę istniejących przepisów pod kątem ewentualnych możliwości wpływania na konkretną sprawę. Wielu komentatorów jest zgodnych, że nadzór administracyjny sprawowany przez ministra sprawiedliwości nad sądami powszechnymi powinien zostać zniesiony. Kolejny raz należy dać przykład świetnie funkcjonującego sądownictwa administracyjnego, które takiego nadzoru nie ma, a jednak doskonale odgrywa swoją rolę. Musimy też położyć zdecydowanie większy nacisk na docieranie do społeczeństwa z pokazywaniem prawdziwej pracy sądów i sędziów oraz uświadamianiem, jak ważnym zagadnieniem dla nas wszystkich jest ścisłe przestrzeganie zasady trójpodziału władzy. Zbyt często do mediów przebija się fałszywa teza o obronie przez środowisko swoich przywilejów.
Powinniśmy szukać sojuszników wśród tych dziennikarzy, którzy rozumieją swoją misję i rozumieją, jak ważne w demokracji są niezależne i niezawisłe sądy. Dotarcie do społeczeństwa musi stać się naszym priorytetem. Znam poglądy, że sędzia ma wydawać sprawiedliwe wyroki, i one same się obronią. To niestety w dzisiejszym - totalnie przesyconym mediami świecie - zdecydowanie za mało. My nie tylko musimy być dobrzy, ale jeszcze umieć to sprzedać.
Znam kraje, w których na potrzeby pokazywania właściwego wizerunku sądu powstają specjalne filmy reklamowe, dzieciom już w przedszkolu, zanim nauczy się je pisać i czytać, tworzy się specjalne plansze obrazkowe, ucząc ich kto to jest sędzia, jak wygląda sala rozpraw i co ważnego tam się dzieje. Dowiedziałem się także, że w jednym z krajów powstała gra komputerowa dla młodzieży pokazująca kolejne segmenty pracy sądu, ucząca i bawiąca jednocześnie. Musimy zbierać takie wzorce, dostosowywać je do potrzeb i świadomości prawnej naszego społeczeństwa i wcielać w życie. Trzeba łamać niebezpieczny mit o bezkarności i dowolności. Otwarcie na społeczeństwo zbuduje zaufanie, nawet jeśli będziemy musieli przeżyć kilka wpadek dziennikarzami. Ale warto podjąć takie ryzyko. Należy wskazać także na nasz problem - czyli konserwatyzm w podejściu samych sędziów do tego zagadnienia. Na szczęście obserwuję już pozytywne zmiany, a sprawa gdańska wg mnie tylko je wspomoże. Jednocześnie nie możemy lekceważyć wszelkich przejawów niekompetentnej informacji w mediach. Czasem z nadmiaru pracy, czy efektu bicia głową w mur po prostu przegrywamy, nie prostujemy, nie walczymy o sprostowania. A kłamstwo rzucone opinii publicznej i nieodkłamane zaczyna potem żyć swoim życiem. Potem już mamy cytaty z tego kłamstwa, opowiadany jako najprawdziwsza prawda, z argumentacją, że przecież nikt tego nie sprostował. Wiem, jak mało mamy instrumentów, wiem, że podstawą naszej pracy jest to, by dobrze sądzić, ale dzisiaj to za mało. Musimy zmieniać aktywnie nasz wizerunek, nie bać się kamer, tworzyć profesjonalne biura prasowe i szkolić każdego sędziego, jak zachowywać się wobec mediów. Musimy także położyć nacisk na edukację kadry: sędziów liniowych, kadry zarządzającej czy wreszcie - co najważniejsze - kandydatów na sędziów. Na szczęście system dyscyplinarny funkcjonuje dobrze, co przejawia się tym, że wyłapuje jednostki, które nie rozumieją, co to znaczy być sędzią, i usuwa je z zawodu. Z kolei permanentne szkolenia mają nas uczyć, jak mogą zmieniać się metody usiłowania wpływania na sędziego. Oczywiście każdy z nas jest przygotowany na ordynarne i nachalne metody nacisku. Ale współczesne techniki wpływania na ludzi to już potężna dziedzina biznesu i nauki. I coraz bardziej ukryte, wysublimowane metody wpływu. I tutaj musimy być cały czas na bieżąco, tak by odpowiednio wcześnie rozpoznawać i eliminować takie zagrożenia.
Kandydatów na sędziów musimy uczyć etyki, asertywności, kultury zachowania na sali, metodyki pracy sędziego. To musi być profesjonalnie przygotowany program, z praktycznymi warsztatami, a nie jedynie czytanie ze zrozumieniem kodeksu etyki czy kilku orzeczeń SN w sprawach dyscyplinarnych. I oczywiście wybierać do tego zawodu jak najlepszych. Tylko kompleksowe działania poprawią odbiór społeczny naszej pracy i budować zaufanie Polaków do sądów i sędziów.
Każdy sędzia musi mieć kręgosłup moralny, pewnych rzeczy po prostu nie da się nauczyć
Małgorzata Kryszkiewicz
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu