Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Prawnik

Prawnik, polityk, aktor

27 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 3 minuty

Syn przedwojennego sędziego, ojciec dwójki dzieci, również prawników. Jego żona, która jest socjologiem, pracowała w katedrze kryminologii. Przez wielu nazywany przedstawicielem klasycznej rodziny prawniczej. Mimo to jako minister sprawiedliwości dążył do otwarcia zawodów prawniczych. Tyle że stopniowego

Rodzina profesora Zbigniewa Ćwiąkalskiego ze strony ojca wywodzi się z Buczacza. Jego ojciec studiował prawo we Lwowie. Razem ze znanym tropicielem nazistów Simonem Wiesenthalem uczęszczał do jednej klasy szkoły podstawowej. Po wojnie Ćwiąkalscy w związku ze zmianą granic trafili całkiem przypadkowo do Łańcuta. - Uwielbiam swoje rodzinne miasto i zawsze chętnie tam wracam - mówi profesor.

Sam Zbigniew Ćwiąkalski w 1968 roku dostał się na Wydział Prawa i Administracji Uniwersytetu Jagiellońskiego, który ukończył w 1972 roku. - Studia prawnicze w tamtym okresie były czteroletnie, a co ciekawe jeden dzień w tygodniu chodziliśmy na zajęcia w mundurach wojskowych, wypełniając obowiązek służby wojskowej - wspomina Ćwiąkalski.

Po studiach został na uczelni. - O karierze naukowej marzyłem będąc jeszcze studentem - mówi. W 1979 roku obronił dysertację doktorską, nagrodzoną w 1980 roku drugim miejscem w bardzo prestiżowym konkursie redakcji "Państwa i Prawa". Rozprawę habilitacyjną w zakresie prawa karnego materialnego obronił w 1991 roku. - Od zawsze interesowałem się prawem karnym i medycyną, chociaż medycyna była na drugim miejscu - dodaje profesor Ćwiąkalski.

W 1972 roku przystąpił do Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, później z niej zrezygnował. W 1980 r. zaangażował się w działalność "Solidarności". - Razem z Tadeuszem Syryjczykiem napisaliśmy w stanie wojennym instrukcje. jak należy się zachowywać podczas przesłuchań, staliśmy na czujkach, ostrzegaliśmy, gdzie jest kocioł SB, ukrywaliśmy w domach represjonowanych - wspomina.

Po zwycięstwie "Solidarności", w której idee bardzo mocno wierzył, Zbigniew Ćwiąkalski zaistniał na forum politycznym. - Nigdy nie ubiegałem się o przepustkę do świata polityki. Zaproszono mnie do niego jako eksperta - mówi. W latach 1991 - 1996 doradzał ministrom edukacji narodowej, a okresie 1992 - 1993 premier Hannie Suchockiej (odpowiadał wówczas m.in. za ustawę o świadku koronnym). - Mimo licznych propozycji kandydowania w wyborach parlamentarnych, żadnej nie przyjąłem, bo nie chciałem rezygnować z kariery naukowej - twierdzi.

Ćwiąkalski od zawsze sympatyzował z liderami Platformy Obywatelskiej. Był członkiem organizowanej przez Andrzeja Olechowskiego rady programowej PO i wchodził w skład Komitetu Honorowego PO w przedterminowych wyborach parlamentarnych. Nigdy jednak nie zapisał się do partii. Powód? Uważał się za bezpartyjnego fachowca i wierzył, że łatwiej mu będzie przekonywać ludzi do swoich pomysłów, nie optując za żadną stroną polityczną. Równolegle wykonywał czynnie zawód adwokata. Był obrońcą m.in. byłego prezesa PKN Orlen Andrzeja Modrzejewskiego, który został prawomocnie uniewinniony. Reprezentował także Donalda Tuska i Hannę Gronkiewicz-Waltz w procesie o zniesławienie wytoczonym im z oskarżenia prywatnego przez byłych działaczy PO związanych z Pawłem Piskorskim. Napisał również opinię prawną dowodzącą, że nie można postawić Ryszardowi Krauze zarzutów karnych. Był ponadto obrońcą w postępowaniu przygotowawczym m.in. byłego senatora Henryka Stokłosy.

Gdy w 2007 roku dostał telefoniczne zaproszenie na spotkanie z premierem, nie spodziewał się otrzymania propozycji objęcia teki ministra sprawiedliwości w nowo formującym się rządzie. - Jako minister zawsze byłem za szerszym dostępem do zawodów prawniczych. Jednak podkreślałem, że nie może się to dziać kosztem obniżenia jakości porad prawnych -mówi.

W 2009 roku po samobójstwie Roberta Pazika, skazanego za współudział w porwaniu i zabójstwie Krzysztofa Olewnika, profesor Ćwiąkalski podał się do dymisji. - Jako minister ponosiłem polityczną odpowiedzialność za to samobójstwo. Choć była to honorowa dymisja, to jej przyjęcie przez premiera trochę mnie zaskoczyło. Z tego tytułu nie mam jednak do nikogo jakichkolwiek pretensji - stwierdza.

Pomimo wielu obowiązków profesor nigdy nie zapomina o swoich pasjach i zamiłowaniach. Jedną z nich jest aktorstwo. Już w młodzieńczych latach grywał na deskach młodzieżowego teatru. Dlatego bez wahania zgodził się zagrać w filmie Juliusza Machulskiego "Vinci", gdzie zagrał sam siebie. - Parosekundową scenę nagrywaliśmy ponad trzy godziny, poznałem wtedy, jak ciężki zawód wykonują aktorzy - dodaje z uśmiechem.

@RY1@i02/2012/109/i02.2012.109.07000030g.101.jpg@RY2@

Fot. Wojciech Górski

Mariusz Mosiołek

mariusz.mosiolek@infor.pl

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.