Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Prawnik

Dziś mile zaskakuje to, co było obowiązującą normą

2 lipca 2018
Ten tekst przeczytasz w 15 minut

Sąd, odgrodzony od świata sztabami, szybami, czytnikami elektronicznymi, o taki sam dystans oddalił się od życia

Pełnomocnicy narzekają, że kontakty z sędziami pogorszyły się w ostatnich latach. Sami sędziowie narzekają na osamotnienie i stawianie wymogów, które odgradzają ich od świata. Jak pan ocenia dzisiejsze relacje na linii adwokaci - sędziowie?

Wzajemne relacje między sędziami a adwokatami, i vice versa, pozostawiają wiele do życzenia. Daje się wręcz zaobserwować stopniowe ich pogarszanie, oddalanie. Tak być nie musi, ale jest. W pewnym sensie ten proces dotyczy ogółu, bo przecież zamiast kultury, obycia i elegancji dominują i w życiu publicznym, i w relacjach międzyludzkich podejrzliwość, nieufność, brak kurtuazji. Już sam sposób wyrażania myśli i poglądów, język, jaki nas otacza, jakiego większość z nas używa, mówi o nas wszystko i mówi niestety brzydko.

Jak było dawniej?

Przytoczę dwie historyjki, które wówczas, gdy miały miejsce, były czymś tak obcesowym, że powtarzano je sobie, ironizując o słomie w butach. Dziś jednak takie sytuacje stanowią normę zachowań. Pierwsza z nich ma miejsce w połowie lat 90. Jeden z najbardziej znanych, prawdopodobnie najlepszy w tamtych czasach adwokat jedzie na rozprawę do sądu poza Warszawą, w mieście wojewódzkim. Nie tylko z tego powodu, że pan mecenas był wzorem eleganckiego zachowania, ale też z tej przyczyny, że tak postępować nakazywały dobre zwyczaje sądowe, pierwsze kroki kieruje do gabinetu prezesa sądu, prosząc o kilkuminutową rozmowę. Zostaje przyjęty i dopełnia obowiązującego zwyczaju: "Dzień dobry pani prezes, nazywam się tak i tak; chciałbym się przedstawić, ponieważ będę miał zaszczyt po raz pierwszy występować przed tutejszym sądem". No i się zaczyna. "A co pan sobie myśli?! Że jak pan jest (tu pada nazwisko), to pana tu będzie ktokolwiek specjalnie traktował?! Niech pan sobie nawet nie wyobraża!". Itp., itd.

A druga?

Jeszcze bardziej przypomina czasy obecne. Był to zły okres, atmosferę dodatkowo zagęścił stan wojenny. Na fotelu przewodniczącego najpoważniejszego wydziału karnego sądu warszawskiego partia obsadziła jednego z sędziów cieszącego się, zasłużenie, możliwie najgorszą opinią. Ponieważ swój autorytet potrafił budować wyłącznie na strachu, najbardziej znienawidzony był przez samo środowisko sędziowskie. Trzeba tu nadmienić, że w sądzie działała bodaj najważniejsza instytucja, mianowicie przestronny bufet, bez którego nikt nie wyobrażał sobie życia i pracy (o ile wówczas nie było to tym samym). Było rzeczą najzupełniej normalną, że przy stolikach wspólnie siedzieli, gadali, polemizowali i najzwyczajniej w świecie uczyli się od siebie nawzajem adwokaci, sędziowie i również prokuratorzy. Nikt nie miał najmniejszych wątpliwości, że przecież wykonujemy to samo posłannictwo, choć obsadzeni w odmiennych rolach na sali sądowej. Nikt też nie miał najmniejszych wątpliwości, że żywa wymiana myśli nas wszystkich wzbogaca, że dzieląc się doświadczeniem nabieranym przez pryzmat nieco innej soczewki, o wiele lepiej wykonujemy swoje powinności: czy to zza stołu sędziowskiego, czy w ławie obrończej. W dzisiejszych czasach, przygnieceni podejrzliwością i chęcią oskarżania wszystkich o niecne czyny i zamiary, wielu nie będzie sobie w stanie wyobrazić, że można pić kawę przy tym samym stoliku, ze swadą gawędzić, a po kwadransie sądzić w majestacie prawa, uczciwie i sprawiedliwie orzekać, a także z oddaniem bronić.

Ale czy na czas uczestniczenia w wymierzaniu sprawiedliwości można przed salą zostawić relacje towarzyskie, a potem nie mieć wątpliwości, że dochowało się godności swego stanu?

Oczywiście. To nie jest tak, że znajomość zawsze i wszędzie rodzi kumoterstwo. Wszystko zawsze zależy od ludzi, wyłącznie od nich. Albo mają klasę i kręgosłup moralny, albo też żyją w lęku, czując się stale w cieniu podejrzenia, że nie zachowują się dostatecznie niezawiśle. Ktoś, kto myśli, że niezawisłość potrzebuje obcesowości i niedostępności, ten wystawia sobie świadectwo niepewności co do własnej niezależności.

Wróćmy do drugiej historii. Czym się skończyła?

O tych oczywistych różnicach nic nie wiedział wspomniany nowy pan prezes wydziału. Już zatem łatwo zgadnąć, jakie było jego pierwsze zarządzenie: sędziowie otrzymali surowy zakaz siadania przy stolikach z adwokatami. Ponieważ ten zakaz był wydany przez zupaka kierującego tylko jednym z wydziałów, pozostali siadywali jak dawniej, i tylko śmiano się z tych kolegów wysłanych na bufetową galeryjkę, bo tylko tam, w wyobrażeniu pana prezesa, byli naprawdę niezawiśli.

To nie jest odległa przeszłość, a mam wrażenie, jakby pan opowiadał o świecie sprzed paru tysięcy lat.

Niestety wszystko szybko się zmieniło. Dziś sąd odgrodzony od świata sztabami, szybami, czytnikami elektronicznymi o taki sam dystans oddalił się od życia. Wszyscy, którym się wydaje, że niedostępność wyalienowanego sędziego jest gwarancją niezawisłości, po prostu nie wiedzą, że jej nigdy nie zapewnią półuchylone drzwi, rozmowa z adwokatem obowiązkowo przy świadkach, kamery itd. Niezawisłość jest pochodną wewnętrznej uczciwości, a tej nie zapewnią ani żadne procedury, ani elektroniczne zamknięcia, bo ona nie jest na zewnątrz. Poczucie niezawisłości sędziowskiej, adwokackiej także mieszka w nas. Albo i nie. W tym drugim przypadku odgórny wzorzec nie pozostaje w żadnym związku z niepodatnością na kumoterstwo, tylko co najwyżej powoduje, że blatowanie się zostanie przeniesione na cmentarz albo stację benzynową, które to miejsca, jak uczy pewien przypadek, świetnie się do tego nadają. Nie jest tak, że brak kindersztuby dotyka jakoś szczególnie jedną tylko grupę zawodową. Osób bez klasy, bez wychowania, kultury i wyczucia jest mniej więcej wszędzie po równo. Cała masa wyjątków zaprzeczających tej regule nie jest jednak w stanie odwrócić tendencji. Dobre obyczaje są zastępowane przez brak obyczajów, bo taka jest konsekwencja programowego wypierania wartości i potrzeby wzorców. No i tak się porobiło, że dziś już nas nie dziwi to, co kiedyś dziwiło niepomiernie. Natomiast mile zaskakuje jako wyjątek to, co było obowiązującą normą.

Co więc zrobić, żeby kontakty pełnomocników z sędziami układały się jak dawniej?

Recepta jest oczywista: przywrócenie normalnej drogi mianowania sędziego. Notariusz, adwokat czy prokurator, który po kilkunastu latach pracy dał się poznać jako uczciwy, przyzwoity i niezależnie myślący autorytet, zostając sędzią, przecież już nie zmieni charakteru. Normalne jest, że ludzie dojrzali i świadomi swojej roli chętnie z sobą rozmawiają. Jeśli nie rozmawiają - to dopiero jest nienormalne i dość podejrzane. Po prostu: prawdziwa cnota krytyk się nie boi, więc żaden przyzwoity sędzia nie może obawiać się rozmowy z adwokatem czy prokuratorem. Nie ma po temu żadnego powodu. Ludzie doświadczeni i sprawdzeni w swoim zawodzie nie lękają się podejrzeń tych, co właśnie mają coś na sumieniu i dlatego lubią się święcie oburzać i szczuć innych pomówieniami i plotką.

A czy szerokie otwarcie dostępu do zawodu mogło mieć wpływ na odsunięcie się sędziów od adwokatów?

Przypadkowość naboru dotyczy wszystkich zawodów, nie tylko adwokatury. Aspekt predyspozycji zawodowych, badanie gotowości charakterologicznej, wreszcie wysokie morale zostały zakwestionowane jako wartościowe kryteria, a następnie odrzucone. Dziś dobrym kandydatem na sędziego, adwokata itd. jest ten, kto nieźle opanował kodeksy i orzecznictwo. A to jest mniej niż połowa ekwipunku niezbędnego do właściwego pełnienia służby społecznej, jaką jest każde z tych zajęć. Nie ma zatem miejsca na zdziwienie, że stan jest taki, jak widać. Jest on naturalną konsekwencją procesów, jakie toczą współczesną cywilizację zachodnią.

Niezawisłość sędziego jest pochodną wewnętrznej uczciwości. Nie zagwarantują jej nigdy półuchylone drzwi, rozmowa z adwokatem obowiązkowo przy świadkach czy kamery

@RY1@i02/2014/138/i02.2014.138.070000800.803.jpg@RY2@

Jerzy Naumann adwokat prowadzący własną kancelarię, autor komentarza "Zbiór zasad etyki adwokackiej i godności zawodu"

Rozmawiała Ewa Maria Radlińska

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.