Tępe narzędzia do walki z dyskryminacją?
Przed kilkoma laty w Berlinie istniała knajpa z jeszcze kajzerowskimi tradycjami. Słynęła z pożywnej, nieco ciężkawej kuchni, w której królowały bogate potrawy wieloskładnikowe - analiza ich składu stanowiła dodatkową atrakcję. Restauracja ta nosiła dumną nazwę "Zur letzten Instanz", czyli "Pod Ostatnią Instancją", jako że mieściła się w pobliżu kilku sądów
Ta właśnie nazwa wydała mi się stosowna dla prawniczego felietonu. Po pierwsze dlatego, że gdy pisuje się o orzecznictwie, zazwyczaj dotyczy to właśnie sądów instancji najwyższych. A po drugie orzeczenia sądowe przypominają potrawę, do której przygotowania użyto wielu różnych ingrediencji, które trudno rozpoznać w ostatecznym efekcie i które nie zawsze wskazano w recepturze - przepraszam - w uzasadnieniu. I już nie wspomnę, że ani w recepturze, ani w uzasadnieniu próżno szukać objaśnień co do metody kucharzenia. Tymczasem bez wiedzy na ten temat trudno czasem zrozumieć sens, znaczenie i oddziaływanie wyroku, które wszak rozciąga się nie tylko na strony uczestniczące w postępowaniu.
Cóż bowiem - aby zacząć od kwestii podstawowej - z lektury nawet obszernego uzasadnienia, gdy nie wiadomo, czy sam wyrok jest - żeby tak rzec - mainstreamowy, czy też mamy tu do czynienia z sytuacją, gdzie znamienny szczegół stanu faktycznego spowodował, że sąd uznał tę sytuację za odbiegającą od głównego nurtu, wymagającą innego podejścia i innej interpretacji. W każdym z tych przypadków wyrok inaczej wpływa na kształtowanie praktyki i zachowań adwokatów, sędziów, stron obrotu prawnego. Najlepsze światowe sądy na ogół się starają, aby każde nowe orzeczenie gdzieś umieścić w nurcie dotychczasowego orzecznictwa: w jego środku lub na obrzeżach. I stosowną o tym informację starają się umieścić na samym początku uzasadnienia. Wtedy łatwiej jest adwokatom, radcom, stronom, samym sądom wreszcie (i tym najwyższym, i tym niższych instancji, na które orzecznictwo sądów wyższych promieniuje) wymodelować własne działania. Niestety tradycja panująca w Polsce i dominujący styl pisania uzasadnień takiej oceny nie ułatwiają. W konsekwencji trudno jest u nas ustalić standard orzeczniczy. wyznaczający na przyszłość pewność praktyki. W konsekwencji zamiast powoływania się na standard, w orzeczeniu (albo w piśmie procesowym) powołuje się dogodnie dla autora zebrane (a raczej wybrane, bo podchodzące pod założoną tezę) judykaty, wymieszane historycznie i nieuporządkowane pod względem relacji "reguła" - "wyjątek". Dotyczy to także powoływania się na Strasburg i Luksemburg, na Sąd Najwyższy czy Trybunał Konstytucyjny. Z takich powołań nie ma żadnego pożytku, poza zapisanym papierem, i wartość argumentacyjna takiego zabiegu nie jest taka, jak to się ich autorom wydaje. Szkoda, bo w ten sposób traci się szansę na podniesienie poziomu pewności prawa na rynku orzeczniczym i w obrocie prawnym w ogólności, a także na podniesienie wiedzy i samowiedzy o możliwościach interpretacyjnych tkwiących w prawie.
Bez wykształcenia standardu, co orzeczenie, to pojedyncza decyzja konkretnego składu. Standard to wzorzec wynikający z uogólnienia i uporządkowania praktyki stosowania prawa, coś pomiędzy konkretnym wyrokiem a abstrakcyjnie istniejącym przepisem. Bo może być na przykład prawo, które ma bardzo piękne potencjalne możliwości, ale na skutek powtarzalnej, stałej, źle ukształtowanej praktyki, standard ochrony przyznawanej przez to prawo jest znacznie niższy, niż to, co w tym prawie jednak tkwi.
Weźmy przykład. Zarówno europejska konwencja praw człowieka (art. 14), jak i liczne unijne przepisy dotyczące zakazu dyskryminacji w różnych sferach życia i z różnych przyczyn, doprowadziły do wykształcenia się standardu (na poziomie europejskim) dotyczącego sądowej oceny zjawiska dyskryminacji (kwalifikowane naruszenie równości prawa). Otóż sądy nie powinny w takim wypadku oczekiwać na inicjatywę stron, na sformułowanie przez stronę stosownego wniosku czy zarzutu, lecz rozpatrując jakąś sprawę w granicach swych kompetencji, winny wyłapywać sytuacje dyskryminacyjne.
Panujący w polskim myśleniu prawniczym i praktyce sądowej sposób rozumienia zasady legalizmu, kontradyktoryjności i skargowości utrudniają jednak w praktyce polskich sądów i trybunałów osiągnięcie takiego właśnie standardu traktowania dyskryminacji, wyrobionego na tle praktyki europejskiej.
Polska konstytucja zawiera artykuł 32 ust. 1 i bynajmniej nie gwarantuje materialnoprawnej równości czy jednakowości tego, co obowiązujące prawo przyznaje poszczególnym grupom ludzi daje. Natomiast nakazuje jednakowe traktowanie podmiotów w obrębie tego prawa. Jedynie w dwóch artykułach (art. 25 dotyczącym kościołów) i art. 33 (mówiącym o relacji praw kobiet i mężczyzn) konstytucja w odniesieniu do podmiotów tam wskazanych gwarantuje materialnoprawną równość praw (równouprawnienie). W ustępie drugim tego przepisu jest zawarty zakaz dyskryminacji z uwagi na jakiekolwiek cechy - a więc zakaz arbitralnie (to jest z przyczyn nieuzasadnionych, niedających się konstytucyjnie racjonalnie usprawiedliwić) nierównego traktowania - z jakichkolwiek przyczyn. To jest otwarty katalog, dotyczący wszelkich sfer życia i wszelkich czynników dyskryminujących, dotyczący zarówno zachowania ustawodawcy (a więc treści stanowionego prawa), jak i administracji czy sądownictwa (a wiec sfery stosowania prawa).
Co więcej, zakaz dyskryminacji zobowiązuje władzę nie tylko do powstrzymania się od własnych działań dyskryminujących wobec jednostki, ale także do pilnowania (nadzór, kontrola, działania organizatorskie, stosowna wykładnia prawa), aby dyskryminacji nie stosowano także horyzontalnie, np. w zakresie stosunku pracodawca - pracownik. Albo aby identyczne zachowania, skądinąd same w sobie niedyskryminacyjne, skierowane do osób znajdujących się w różnych sytuacjach faktycznych - nie powodowały bardziej dotkliwych skutków wobec pewnej grupy. Np. identyczne pobłażliwe zachowanie aparatu ścigania, policji wobec zjawiska przemocy rodzinnej godzi w kobiety, stanowiąc ich dyskryminację. I tak np. w sprawie Opuz przeciw Turcji (Strasburg 2009) państwo uznano za winne dyskryminacji kobiet. Brak skutecznej reakcji policji, organów ścigania na rodzinne maltretowanie prowadzący do zabójstwa uznano za tolerowanie praktyki skierowanej z reguły przeciw kobietom. (Podobny zarzut dałoby się pewnie u nas skonstruować wobec policji, prokuratury czy sądu, na tle kilku głośnych spraw, gdzie zwolniony z więzienia
sprawca, uprzednio karany za przemoc, pojawił się u swej nieostrzeżonej ofiary i ją zabił).
Dlaczego na tle obowiązujących w Polsce przepisów jakoś nie może się u nas ukształtować przyzwoity standard? Problem tkwi w tradycji prawniczego myślenia. Jak wiadomo, uważa się u nas (nad czym zresztą zawsze ubolewałam), że sądy nie powinny bezpośrednio stosować konstytucji. Tak więc nawet w kwestiach dyskryminacyjnych poszukują one wzorca nie w konstytucji, lecz w ustawach zwykłych. Tymczasem zarzut nierównego traktowania pojawia się zazwyczaj nie w samej osnowie pozwu, wniosku czy skargi, ale w ich tle. Idzie tu o stan faktyczny (!), okoliczności stosowania przepisów mówiących o czymś zupełnie innym niż równość czy dyskryminacja. Sądy zaś nie mają śmiałości, aby sięgnąć po instrument konstytucyjny, choćby w związku z innymi przepisami i choćby po to, aby dać interpretację tych innych przepisów. Z kolei przepisy stanowiące rzekomo implementację unijnego prawa antydyskryminacyjno-równościowego (ustawa z 3 grudnia 2010 r., ustawa o wdrożeniu niektórych przepisów Unii Europejskiej w zakresie równego traktowania), pisane pod presją terminu grożącego koniecznością płacenia sankcji za brak implementacji, są bardzo niewydarzonym instrumentem walki z dyskryminacją. Ustawa nie wdraża nawet wszystkich sygnalizowanych w tytule niektórych przepisów, nawet tych, które powinny być tym wdrożeniem objęte. Jej niejasności i fasadowość (choćby w zakresie odszkodowań) czynią z niej narzędzie pozorne. Zwłaszcza dla sądów, których brak doświadczenia w zwalczaniu dyskryminacji, wymagałby szczególnie przyjaznego w obsłudze narzędzia. Klasyczna loi-spectacle, jak to nazywają Francuzi, tworząca złudę załatwienia problemu.
Trybunał Konstytucyjny ma zaś wielki, ciągle daleki od wykorzystania potencjał oddziaływania na prawo i jego stosowanie przez sądy w kwestiach równościowych i antydyskryminacyjnych. Jakże by się tu przydało jasne, precyzyjnie sformułowane stanowisko w kwestii rozgraniczenia obu ustępów art. 32 i stosunku tego przepisu do art. 25 i 33! Bo konia z rzędem temu, kto wskaże w tym zakresie trybunalski standard. Tu trybunałowi trochę przeszkadza sposób rozumienia własnej zasady skargowości. Trybunał uznaje mianowicie, że wiąże nie tylko przedmiot zaskarżenia (co oczywiste), ale i konstytucyjny wzorzec, wskazany we wniosku lub skardze. Tyle że wtedy to, co wynika z wyroków TK o równości, nie tyle odzwierciedla poglądy samego Trybunału na tę kwestię, ile jest echem tego, co myślały strony powołujące wzorzec. A gdy to jeszcze źle, wcale albo niedostatecznie uzasadniły? Wtedy mimo efektywnego istnienia dyskryminacji, nie zostanie ona oficjalnie konstytucyjnie potępiona, a postępowanie - umorzone.
Gdzieś w orzecznictwie konstytucyjnym, i to nawet w pełnych składach, pojawia się inna myśl ograniczająca równościowe promieniowanie konstytucji. Czasem bowiem konstytucyjny zakaz dyskryminacji ogranicza się do nierównego traktowania z uwagi na prawa i wolności tylko uregulowane w konstytucji, a nie w ustawach zwykłych. Natomiast w innych wypadkach (dyskryminacja pojawiająca się w ustawie zwykłej) powołania na art. 32 nie uważało się za podstawę wystarczającą orzeczenia niekonstytucyjności. Ale jeżeli tekst konstytucji buduje otwarty katalog przyczyn, z powodu których występuje naganna dyskryminacja, a orzecznictwo jako nierówność przyjmuje nierówne traktowanie tylko w odniesieniu do praw i wolności uregulowanych w samej konstytucji, no to mamy standard ukształtowany poniżej poziomu wynikającego z tekstu prawa. I wreszcie taka drobna, prozaiczna przyczyna utrudniająca sądom, prawnikom, adwokatom zdobycie wiedzy na temat tego, jak Trybunał Konstytucyjny rozumie standard równości. Sprawozdania z działalności TK. Gdy poszukać w nich wiedzy o stosowaniu art. 32 konstytucji, natrafimy na powtarzające się od lat stwierdzenia o równym traktowaniu równego i - w najlepszym razie - o braku konieczności równości w nierówności. Natomiast o co w sprawie chodziło, jaką nierówność wobec kogo i ze względu na co zarzucano, a także co trybunał aprobował, a co odrzucił - tego się już nie dowiemy. Tymczasem problem dyskryminacji i równości zawsze jest problemem sytuacyjnym. Dlatego abstrahowanie od tej okoliczności w relacjonowaniu wyroku decyduje o braku zbudowania czytelnego standardu w tych akurat sprawach. Nie wspominając już także, że szkodzi zrozumieniu i legitymizacji orzecznictwa trybunału.
@RY1@i02/2012/022/i02.2012.022.070000600.803.jpg@RY2@
AP
Najlepsze światowe sądy na ogół starają się każde nowe orzeczenie umieścić w nurcie dotychczasowego orzecznictwa
@RY1@i02/2012/022/i02.2012.022.070000600.804.jpg@RY2@
prof. Ewa Łętowska, rzecznik praw obywatelskich w latach 1987 - 1992, sędzia Naczelnego Sądu Administracyjnego w latach 1999 - 2002 i Trybunału Konstytucyjnego w latach 2002 - 2011
prof. Ewa Łętowska
rzecznik praw obywatelskich w latach 1987 - 1992, sędzia Naczelnego Sądu Administracyjnego w latach 1999 - 2002 i Trybunału Konstytucyjnego w latach 2002 - 2011
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu