Rozbuchana kognicja, która sędziów zmienia w biurokratów
Sądy pozostaną niewydolne tak długo, jak długo nie zmieni się zakres spraw, którymi są obarczone
Reformowanie sądownictwa w Polsce przypomina chór, który śpiewa "chodźmy, chodźmy" i nieruchomo stoi na scenie - dobrych kilkanaście lat temu podsumowywał ówczesny rzecznik praw obywatelskich prof. Adam Zieliński. Dyskusja wokół niezbędnego ograniczenia kognicji sądów i sędziów (zakresu rozpoznawanych spraw) to kolejny przykład, jak trudno przychodzi przekucie trafnej diagnozy w konkretne zmiany w wymiarze sprawiedliwości.
Według danych Ministerstwa Sprawiedliwości w 2013 r. do sądów rejonowych wpłynęło ponad 14 milionów spraw. To aż siedem razy więcej niż w 1990 r. Liczba sędziów wzrosła w tym czasie dwukrotnie. Pojawili się referendarze sądowi, którzy zdjęli z sędziów ciężar prowadzenia spraw rejestrowych czy wydawania nakazów zapłaty. W dalszym ciągu jednak grubo ponad połowa wpływających spraw trafia do referatów sędziów.
Wszystko na barkach sędziów
Systematyczne rozszerzanie katalogu spraw podlegających rozstrzyganiu przez sądy i sędziów to w dużej mierze reakcja na PRL-owskie rządy bezprawia. Po przemianach ustrojowych przyjęło się (słusznie), że najlepszą gwarancją ochrony praw i wolności obywatela są niezawisłe sądy. Idąc tym tropem, zaczęto stopniowo zwiększać zakres ich kompetencji, przyznając im np. wyłączne prawo stosowania środka zapobiegawczego w postaci tymczasowego aresztowania. Sądy przejęły także sprawy zlikwidowanego arbitrażu gospodarczego. Notariat pozbawiono roli zarządzającego księgami wieczystymi i przerzucono sprawy rejestracji nieruchomości na barki sądów. Taki wybór nie był oczywisty. W wielu krajach zarządzanie rejestrami nieruchomości należy do wyspecjalizowanych organów administracji publicznej.
Najbardziej brzemienna w skutki okazała się jednak likwidacja niesławnych kolegiów do spraw wykroczeń i przeniesienie rozstrzyganych przez nie spraw do właściwości wydziałów grodzkich sądów rejonowych. Kolegia były reliktem państwa niedemokratycznego, ale obciążenie sędziów orzekaniem w błahych sprawach wykroczeniowych to przechylenie wahadła w kierunku prowadzącym niechybnie do absurdu.
Rozbuchana kognicja oznacza także niszczenie najcenniejszego kapitału polskiego wymiaru sprawiedliwości, czyli sędziów i etosu tej grupy zawodowej. Sędziego zmienia w biurokratę odhaczającego kolejne drobne sprawy, które niewiele mają wspólnego z wymierzaniem sprawiedliwości. Czy po to inwestujemy kilkanaście milionów złotych rocznie w szkolenie przyszłych sędziów, aby powierzać im następnie rozstrzyganie w imieniu Rzeczypospolitej Polskiej o tym, czy w sobotnią noc obywatel Kowalski pił piwo w miejskim parku? Jaki zestaw wartości kształtuje się u młodego sędziego, który taśmowo przerabia takie sprawy? Jak się czuje Orzeł Biały z godła RP, który firmuje wymierzanie sprawiedliwości w takich sprawach?
Marnotrawstwo pieniędzy
Cały problem można z łatwością sprowadzić do absurdu, ale przekłada się on na realną i odczuwalną frustrację sędziów. Z punktu widzenia państwa mamy zaś do czynienia ze zwyczajnym marnotrawstwem środków publicznych. Najbardziej kosztowne zasoby w postaci czasu pracy sędziów wykorzystujemy na zajmowanie się sprawami, do których załatwienia nie jest potrzebne kilkuletnie kształcenie się na aplikacji.
Do sądów rejonowych wpłynęło w 2013 r. prawie 600 tysięcy spraw wykroczeniowych, więcej niż w wielu państwach europejskich wynosi całkowity wpływ spraw. Postulatem minimum jest przekazanie referendarzom sądowym rozstrzygania w trybie nakazowym, kończących się wydaniem tzw. nakazu karnego. Z takimi propozycjami nieśmiało wychodzi resort sprawiedliwości, ale wciąż nie może się nawet przebić przez etap rządowych uzgodnień. Być może ministerstwo obawia się podnoszonych już zarzutów niekonstytucyjności takiego rozwiązania. Pomijając jednak w tym miejscu bardziej obszerną argumentację, takie zastrzeżenia są nieuzasadnione. Wydawane przez referendarzy nakazy w dalszym ciągu bowiem będą zaskarżalne.
Odrębny problem to wyprowadzenie niektórych spraw z postępowania wykroczeniowego do postępowania administracyjnego. Taki pomysł pojawił się już jakiś czas temu w odniesieniu do wykroczeń drogowych rejestrowanych przez fotoradary. W innych państwach Unii Europejskiej ich rozstrzyganie w trybie administracyjnym to rozwiązanie naturalne, przy okazji odciążające sądy. W Polsce lobby "szybkich i wściekłych kierowców" skutecznie jednak odstrasza władzę od poddania tych spraw bardziej efektywnej procedurze.
W sprawach cywilnych od dawna przewija się postulat powierzenia notariuszom niektórych czynności w niespornych sprawach spadkowych rozpoznawanych w postępowaniu nieprocesowym. Takie są założenia ministerialnego projektu nowelizacji kodeksu postępowania cywilnego, który jednak również nie może nabrać realnych kształtów.
Dodajmy też, że sędziowie w Polsce zajmują się także organizacją wyborów (jako komisarze wyborczy), co na świecie nie jest rozwiązaniem powszechnym. Co więcej, ponad setka sędziów przebywa na delegacji w Ministerstwie Sprawiedliwości, a na postulaty, by zwrócić ich wymiarowi sprawiedliwości, odpowiada najczęściej głucha cisza. Resort sprawiedliwości tłumaczy też, że są oni potrzebni do pełnienia nadzoru administracyjnego nad sądami, zapominając, że sędziowie delegowani zajmują się także wieloma innymi sprawami.
Jak w służbie zdrowia
Bez ograniczenia kognicji polski wymiar sprawiedliwości będzie działał według tego samego schematu co system ochrony zdrowia. Niezależnie od tego, ile dosypiemy do niego pieniędzy, i tak będzie się zatykał. Doświadczenia lubelskiego e-sądu pokazały także, że informatyzacja również nie jest cudowną receptą na udrożnienie sądów. Możliwość dochodzenia roszczeń w tak łatwy sposób wygenerowała po prostu większy popyt na usługi e-sądu, tak jak brak kolejek zachęca do chodzenia do lekarza.
Na zbyt rozległy zakres spraw przekazanych do rozpoznawania sądom narzekał już w połowie lat 90. ubiegłego wieku ówczesny minister sprawiedliwości Jerzy Jaskiernia. Lecz przez lata nie działo się wiele poza systematycznym puchnięciem systemu prawa materialnego i procesowego, co przekładało się na cierpienia nie tylko studentów prawa i aplikantów, ale także sędziów. Poprzedniego ministra sprawiedliwości Jarosława Gowina należy docenić za to, że nauczył się obcego mu wcześniej słowa "kognicja". I nawet się tym słowem niejednokrotnie posłużył. Jego następca Marek Biernacki na początku kwietnia powołał wewnątrzministerialny zespół do spraw ograniczenia kognicji.
A zatem świadomość wyzwania jest. Dziwi jednak, że do zmierzenia się z tak fundamentalnym problemem nie zaproszono ekspertów zewnętrznych czy przedstawicieli środowisk prawniczych. Tym bardziej że ze względów konstytucyjnych operacja ograniczenia kognicji może być jeszcze trudniejszym wyzwaniem niż majstrowanie przy zakresie nadzoru administracyjnego ministra sprawiedliwości nad sądami.
Ze względów konstytucyjnych operacja ograniczenia kognicji może być jeszcze trudniejszym wyzwaniem niż majstrowanie przy zakresie nadzoru administracyjnego ministra sprawiedliwości nad sądami
@RY1@i02/2014/080/i02.2014.080.07000020a.803.jpg@RY2@
materiały prasowe
Dawid Sześciło adiunkt w Zakładzie Nauki Administracji na Wydziale Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego
Dawid Sześciło
adiunkt w Zakładzie Nauki Administracji na Wydziale Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu