Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Prawo

Prawo sportowe dopinguje biznes

2 lipca 2018
Ten tekst przeczytasz w 8 minut

WYWIAD Wykluczenia z organizacji mistrzostw świata FIFA nawet Władimir Putin by nie przeżył - mówi mec. Ludwik Żukowski

Jeszcze nie zaczęły się letnie igrzyska, a już żyjemy aferą z wykluczeniem ekipy rosyjskich lekkoatletów z powodu stosowania dopingu. Jakie będą tego skutki?

Dyskusja jest gorąca. Wyeliminowanie całej reprezentacji narodowej Rosji w lekkiej atletyce przez Międzynarodowy Komitet Olimpijski (MKOL) to jedna sprawa, ale towarzyszy temu dyskusja dotycząca jego decyzji o wydelegowaniu uprawnień o dopuszczeniu rosyjskich reprezentantów w innych dyscyplinach sportu na poszczególne międzynarodowe federacje sportowe. I już wiadomo, że niektóre z nich podjęły decyzje, że nie widzą wskazań, by dyskwalifikować wielu rosyjskich zawodników i zakazać im udziału w zmaganiach olimpijskich. Są bowiem dyscypliny, gdzie ryzyko występowania dopingu jest mniejsze niż w lekkiej atletyce, np. w żeglarstwie. W dodatku sportowcy, także rosyjscy, są podporządkowani różnym, restrykcyjnym systemom monitorowania zawodników - np. takich jak ADAMS. Systemy te zobowiązują zawodników klasy międzynarodowej do przedstawiania swego kalendarza i raportowania: w 2016 r. pierwszy miesiąc będę spędzać w Stanach, potem dwa tygodnie trenować w Hongkongu, następne trzy zajmie mi zgrupowanie w Norwegii itd. Mając taki kalendarz zawodnika, inspektorzy zajmujący się zwalczaniem dopingu będą go mogli znaleźć i poddać badaniom. Zwłaszcza że narodowe i światowe organizacje mają wszelkie parametry dotyczące jego krwi i moczu. Każde odchylenie w ich poziomie będzie powodem do dociekliwych badań. Istota walki z dopingiem polega na tym, że międzynarodowa organizacja - WADA, której centrala mieści się w Kanadzie nie jest w stanie monitorować wszystkiego, co się dzieje w poszczególnych krajach, sprawdzać, czy np. sportowcy na Syberii się nie szprycują, więc opiera się na narodowych organizacjach antydopingowych i zdarzyło się, że taka organizacja - w Rosji - zawiodła. Ale w przypadku sportowców rosyjskich nie można używać jednej miary. Setki, może tysiące, najlepszych trenowało poza Rosją, poddawało się reżimowi antydopingowych badań.

Okazało się, że laboratoria Rosji są niewiarygodne.

Ale stosowanie odpowiedzialności zbiorowej jest złem. To, co może nas cieszyć, to fakt, że dzięki skompromitowaniu się Moskwy na arenie światowego sportu bardzo wzrosły rola i siła Polskiego Instytutu Sportu oraz jego laboratorium analiz antydopingowych. Staliśmy się dla WADA regionalnym centrum. Zaczęło się od starań o organizację przez Polskę Euro 2012 i decyzji ówczesnych władz, żeby sfinansować zakup bardzo drogiego sprzętu dla tego instytutu. Dziś mamy superwyposażenie, świetny personel, certyfikaty, dzięki którym nasze analizy są uznawane przez Europol oraz przez każdy sąd karny i prokuraturę. Polska jest postrzegana jako cywilizowany kraj, wzór walki z dopingiem sportowym.

Oprócz prawa, procedur, laboratoriów w walce sportowej liczą się także inne motywy.

Takich pozasportowych kwestii jest więcej. Jeśli nie wystartuje Alberto Contador, bodaj najlepszy kolarz na świecie, inni będą mieli łatwiej. Kiedy zostanie zdyskwalifikowana najlepsza na świecie tyczkarka Jelena Isinbajewa, jej rywalkom otworzą się drzwi do nieba. Ale powiedzmy wprost: afery dopingowe nie dotyczą tylko Rosji czy Chin, zdarzają się także w świecie, który lubimy nazywać cywilizowanym. Pamięta pani historię z reprezentacją narciarską Finlandii i EPO? Liczba lekkoatletów z USA zdyskwalifikowanych za doping także jest ogromna. Komercjalizacja sportu, pieniądze, które wchodzą w grę, sprawiają, że także pokusa jest wielka.

To taki hazard: sponsor, który stawia na zawodnika, może dużo zyskać, ale też sporo stracić, jeśli ten zostanie złapany na dopingu.

Dlatego kontrakty reklamowe zawierają klauzule, z których wynika, że jeśli sportowiec wpadnie, firma nie tylko ma prawo natychmiast się wycofać, ale też uzyskać odszkodowanie za straty, jakie poniosła z tego tytułu. To są kwoty mające wiele zer, więc stanowią skuteczną blokadę. Poza tym taki zawodnik traci coś więcej niż kontrakt - przez wiele lat nie będzie zapraszany na imprezy sportowe, które są nie tylko prestiżowe, jak igrzyska, ale też dobrze premiowane, jak choćby lekkoatletyczna Diamentowa Liga. Do tego dochodzi środowiskowa infamia - jeden z czołowych lekkoatletów estońskich ujął to prosto: ja takiemu człowiekowi ręki nie podam.

Firma ryzykuje bardziej. Nagle ta gwiazda, wzór okazuje się... ćpunem.

Kiedy wybucha skandal dopingowy ze sportowcem X, prawnicy rozwiązują umowę. A potem robią wszystko, żeby ukryć z nim związek.

Regulacje dotyczące sportu wzięły się stąd, że kiedy zaczął być masowy - w XVIII w. - powstała potrzeba, aby nadać mu ramy.

Tak było. Ale co istotne - prawo sportowe jest bardzo różnorodne, co wytknie każdy kibic. Bo z jednej strony przepisy dla każdej dyscypliny mówią co innego: w boksie nie wolno uderzać poniżej pasa, w futbolu nie wolno zatrzymywać piłki ręką itd. To reguły dotyczące poszczególnych dyscyplin mające na celu to, aby wszyscy zawodnicy mieli równe szanse. Jednak to, na co chciałbym zwrócić uwagę, to ciekawy przypadek cywilizacyjno-rozwojowy. Jeśli w poszczególnych państwach prawo jest tworzone przez lokalne władze stanowione przez parlamenty krajowe, to w przypadku przepisów sportowych odbywa się to na poziomie międzynarodowym. Światowe federacje sportowe dyktują normy poszczególnym krajom. Można powiedzieć, że integracja prawa sportowego jest na wyższym poziomie niż wszystkich innych organizacji międzynarodowych razem wziętych, z Unią Europejską czy ONZ na czele.

To, co je wiąże, to dobrowolność. Żyjąc w Polsce, musimy się godzić na prawo, jakie obowiązuje. Ale nikt nikomu nie nakazuje brania udziału w rozgrywkach sportowych.

Pewnie, że nie. Ale z jakiegoś powodu poszczególne federacje sportowe, ba, całe państwa godzą się na to, żeby im podlegać. Ja jestem sędzią narciarskim, ten sport mnie najbardziej interesuje. Ale na jednym z ostatnich kongresów prawniczych dotyczących prawa sportowego wdałem się w dyskusję z ekipą holenderską. Rozmawialiśmy o sporcie i prawie sportowym jako takim. Moi koledzy z Holandii byli oburzeni tym, że FIFA przyznała Rosji prawo do organizacji mistrzostw świata w piłce nożnej. Przywoływali paragrafy w statucie FIFA, które tego zabraniają. Dowodzili, że Rosja nie spełnia warunków. Ale mieli świadomość, że jeśli nawet wystosują protest, to FIFA każe się im ugryźć w nos. Kombinowali: jak FIFA nam odmówi, to wystosujemy skargę do Trybunału Sportowego (CAS) w Lozannie. I możemy jeszcze zażądać zabezpieczenia skargi w postaci wyznaczenia zapasowego organizatora Euro 2018 na czas rozpatrywania jej przez CAAS. Nie wiem, jak skończy się ten spór, ale czy wyobraża sobie pani lepszy sposób nacisku na Rosję? Wykluczenie z możliwości organizacji mistrzostw świata FIFA to coś, czego nawet sam Władimir Putin by nie przeżył. Nie może sobie na to pozwolić. Ten przykład pokazuje, jak bardzo wdarło się to sportowe prawo w naszą rzeczywistość. I jest dowodem na to, że o wielu rzeczach, których nawet nie mamy świadomości, decyduje ktoś za nas.

Ale sport to zabawa dla zainteresowanych.

Niby tak, ale nie do końca. Zacznę z grubej rury: czy konstytucyjne prawa Rosjan, którym ktoś z Lozanny mówi, że nie mogą gdzieś przyjechać, nie są czasem deptane? Są, ale światowe federacje sportowe mają większą siłę rażenia niż poszczególne państwa czy międzynarodowe organizacje. O czym się zresztą przekonała Polska, kiedy chciała wprowadzić zarząd komisaryczny w Polskim Związku Piłki Nożnej. FIFA i UEFA były silniejsze. Ale to także efekt kwestii finansowych: jeśli państwo nie subsydiuje danej dyscypliny, nie ma niczego do powiedzenia. Wprawdzie 97 proc. dyscyplin olimpijskich jest sponsorowanych z kiesy państwowej, ale parę może się bez tego obejść. Więc stanowią, jak futbol, państwo w państwie. Popularność Adama Małysza, Justyny Kowalczyk i Kamila Stocha sprawiła na przykład, że Polski Związek Narciarski ma więcej przychodów z reklam niż z budżetu. Popularność: to jest lep, do którego lgną sponsorzy.

Także zwyczajni zjadacze chleba się na to łapią. I wciskają swoje dzieci do klubów sportowych w nadziei, że dochowają się mistrzów. A tymczasem dziecko będzie podlegało jednemu z programów wyszukiwania talentów sportowych. Będzie badane, mierzone, fotografowane, a prawo do wyników i wizerunku będzie miał klub. Ostatnio widziałem badania, według których 600 tys. rodziców zrzekło się swoich praw do wizerunków sportowych swoich dzieci...

Znowu przez pieniądze.

Sport stał się największym teatrem świata. Jest to więc walka o prawo do sławy i bycia na scenie.

@RY1@i02/2016/150/i02.2016.150.000001300.801.jpg@RY2@

SZYMON PULCYN/PAP

Ludwik Żukowski, radca prawny z Kancelarii Żukowski i Partner. Od 2005 r. działa w zespole ds. czystości w sporcie i walki z dopingiem PKOl

Rozmawiała Mira Suchodolska

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.