Prawo komunikatowe
K iedyś mówiło się prawo powielaczowe. Tak określano niedostępne powszechnie, wewnętrzne urzędowe wytyczne, które decydowały, jak działało państwo i jak stosowano prawo.
Dziś prawa powielaczowego już nie ma. W dobie internetu, mediów społecznościowych i informacji rozchodzącej się z szybkością 5G zrodziło się nowe „prawo komunikatowe”. Prawo stanowione na konferencjach prasowych. Prawo pojawiające się na stronach internetowych. Prawo będące znakiem czasu. Czasu totalnej inflacji prawa. Gdzie konsultacje społeczne to listek figowy, a na stronach temu służących coraz częściej pierwszy wpis informuje o zakończeniu tego etapu procesu legislacyjnego. Gdzie prawo do udziału w pracach legislacyjnych, nie mówię zwykłych śmiertelników, ale podmiotów ustawowo do tego uprawnionych, sprowadza się do: „nie ma miejsca”. Gdzie dłuższe niż trzyminutowe merytoryczne wystąpienie eksperta przeszkadza prowadzącemu w szybkim obradowaniu. Gdzie w ciągu jednego dnia prawo potrafi zmienić się diametralnie. Gdzie nie ma znaczenia jak i co, lecz kto i z czyjego polecenia.
Powiedzą „przesada”. Ale nie kwiaciarki, które na 1 listopada zostały z zapasem chryzantem. Nie restauratorzy, którym zamknięto lokale. Nie pracownicy Ikei. Oni najpierw usłyszeli komunikat. Przepis pojawił się w Dzienniku Ustaw późną porą, by nie napisać nocą.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.