Donald Trump nad politycznym grobem
N ie tak to miało wyglądać. Te wybory miały być dla Donalda Trumpa punktem startowym jego trzeciej kampanii prezydenckiej. Wiecował jak za swoich najlepszych czasów: samolot ze złotymi napisami, dwugodzinne wystąpienia typu strumień świadomości, morze czapeczek i plakietek „Trump 2024”. I dopiero gdzieś mocno w tle i przemawiający krótko w jego towarzystwie kandydaci do Kongresu, którzy, by otrzymać życiodajne – jak myśleli – polityczne błogosławieństwo, zapewniali bez żadnych dowodów, że Trumpowi dwa lata temu ukradziono zwycięstwo w wyborach prezydenckich. W centrum uwagi byli Trump i jego ambicje.
Amerykanie jednak zaskoczyli i pokazali mu co najmniej żółtą kartkę. Wspierani przez byłego prezydenta kandydaci do Senatu z kluczowych wyborczo Georgii (Herschel Walker) i Pensylwanii (Mehmet Oz) przegrali z demokratycznymi rywalami. Nie powiodła się też uknuta w Mar-a-Lago próba przejęcia przez lojalistów Trumpa urzędów sekretarzy stanów odgrywających ważną rolę przy zatwierdzaniu wyników wyborów prezydenckich. Mnóstwo jego lojalistów – jak J.R. Majewski w Ohio – przepadło także w starciach o Izbę Reprezentantów. W wielu bastionach prawicy trumpiści co prawda powygrywali, ale i tak z mniejszą przewagą, niż oczekiwano. Głośne sukcesy osiągnęli za to republikanie odcinający się od byłego gospodarza Białego Domu, jak gubernatorzy Georgii Brian Kemp czy Florydy Ron DeSantis.
Takie wyniki to oddech dla amerykańskiej demokracji. Na Kapitolu powinno być jak najmniej miejsca dla radykałów kłamiących o wyborczych fałszerstwach i romansujących z teorią spiskową QAnon. W tej sprawie powinna być ponadpartyjna zgoda. Wyniki wyborów pokazują, że większość Amerykanów ma dość Trumpa i jego teorii o satelitach z Włoch, hakerach z Wenezueli, dość Rudy’ego Giulianiego z bezczelnym uśmiechem czy kuriozalnej prawniczki Sidney Powell w kardiganie w panterkę. Trumpa jako prezydenta można było lubić lub nie. Zrozumiałe, że jego dziedzictwo jest bliskie sercu wielu konserwatystów. Twarda polityka wobec migracji, przeniesienie ambasady Stanów Zjednoczonych do Jerozolimy, nominacje konserwatywnych sędziów, próby obniżania podatków – to można, choć nie trzeba, popierać. Obrona groteskowych kłamstw o wyborczych fałszerstwach i szturmu na Kongres prawie dwa lata temu to jednak o krok za daleko.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.