Ukraińcy cztery lata na wielkiej wojnie. A jednak się nie dali
Ostatnie dni relatywnego pokoju spędziłem w Kijowie na rozmowach z ekspertami i politykami. Relatywnego, bo rosyjska agresja na Ukrainę zaczęła się w lutym 2014 r. i jeszcze do wybuchu „wielkiej wojny” kosztowała życie 14 tys. osób. Większość rozmówców spodziewała się wtedy eskalacji – wspomina w DGP Michał Potocki.
Uważano, że Kreml spróbuje zająć resztę Donbasu i nielegalnie włączyć go do Rosji. Zagrożone miały być Kramatorsk, Mariupol i ówczesny Siewierodonieck. Uderzenia na Kijów od strony Białorusi nie spodziewał się właściwie nikt. Choć może powinien. Amerykanie, bazując na informacjach swoich służb, alarmowali od wielu tygodni, że atak na stolicę zostanie poprowadzony przez lotnisko w podkijowskim Hostomlu. O takim wariancie mówił szef wywiadu wojskowego HUR Kyryło Budanow. Ale władze polityczne zwlekały z decyzjami. Prezydent Wołodymyr Zełenski uspokajał, że wojny nie będzie, a w maju zamiast na front jego rodacy jak zawsze pojadą grillować szaszłyki na daczach. Utwierdzali prezydenta w tym przekonaniu Francuzi i Niemcy.
Nie wprowadzono w porę stanu nadzwyczajnego, pozwalającego na mobilizację, a głównodowodzący generał Wałerij Załużny musiał ukrywać przed politykami niektóre działania. Nawet Budanow, który wiedział i widział więcej niż inni, działał po omacku. Z książki Maksyma Butczenki „Ostriw HUR. Tajemnyci, operaciji, wijna” („Wyspa HUR. Tajemnice, operacje, wojna”) przebija obraz odważnego dowódcy, który jednak po pierwszej próbie rosyjskiego desantu na Hostomel na gwałt musi organizować oddziały mające wesprzeć tych, którzy tam stacjonowali. Notabene tuż przed 24 lutego część sił stamtąd wycofano i przekierowano do obwodu ługańskiego. Butczenko sugeruje element zdrady.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.