Drastyczne sposoby na przerwanie ciągu reform edukacji [KOMENTARZ]
Rodzice dwójki dzieci procesują się ze Skarbem Państwa o wypłacenie 2 mln zł odszkodowania za skutki reformy wygaszenia gimnazjów. Jeśli taka sytuacja miałaby miejsce w USA, wygraną mieliby w kieszeni. Ale jesteśmy w Polsce, gdzie dzieci, ryby i rodzice głosu nie mają w sprawie reform. A te mnożą się jak grzyby po deszczu.
Niemal przy każdej rozmowie ze Sławomirem Broniarzem, prezesem Związku Nauczycielstwa Polskiego, słyszę odwołanie do śp. ministra Mirosława Handkego, który gimnazja wprowadził. Prezes ZNP był przeciwny tamtej reformie, a później też był przeciw likwidacji gimnazjów. Jest w tym jednak sens, bo ciągłe reformy i próba zaistnienia na kartach historii przez kolejnych ministrów są silniejsze niż dobro uczniów, nie mówiąc o stresie rodziców.
Czego to nie było? Hallówki, godziny karciane, mundurki, gimnazja, sześciolatki, prace domowe...
W redakcji DGP śledziłem poczynania wszystkich ministrów edukacji, począwszy od Katarzyny Hall, która wprowadziła dodatkowe godziny dla nauczycieli, tzw. hallówki, bo zwiększyć pensum, jak widać do tej pory, żadnemu ministrowi się nie udało. Tamta zmiana była akurat z korzyścią dla uczniów, bo dodatkowy czas nauczyciele poświęcali na pracę z dziećmi. Roman Giertych wprowadził do podstawówek i gimnazjów mundurki. Krystyna Szumilas odpowiadała za reformę sześciolatków, czyli obowiązkowej nauki w szkole dla sześciolatków i zakaz nauki w przedszkolach. Jej reforma była nieprzygotowana i spotkała się z dużym sprzeciwem społecznym, a opozycja przekonywała, że rządzący chcą wypuścić młodych ludzi wcześniej na rynek pracy.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.