Ośmiornice, sitwy i jemioła. Cienie i blaski dwukadencyjności [KOMENTARZ]
W dyskusji o dwukadencyjności z jednej strony słychać populistyczne nawoływanie do rozprawy z „baronami” i „sitwą”. Z drugiej strony mamy polityków PSL, którzy za sprawą wielokadencyjności chcą jakoby przywrócić Polakom demokrację i konstytucyjną wolność wyboru władz samorządowych. Czy faktycznie ustawa z 2018 roku, wprowadzona przez PiS, jest lekiem na całe zło lokalnych „układów”?
Nie ukrywam, że i u mnie kwestia dwukadencyjności w pierwszym odruchu wywołuje silną reakcję populistyczną. Kiwałem głową, gdy publicysta Marcin Giełzak grzmiał w podcaście Dwie Lewe Ręce: „Samorząd to nie jest królestwo niebieskie na ziemi. To jest często piekło lokalnych układów i królestwo tego czy innego działacza partyjnego, (...) na którym mogą się uwłaszczyć, rozdając stanowiska, kontrakty, tworząc sobie taką feudalną włość, którą mogą wyżywić siebie, rodzinę, swoich działaczy partyjnych, kolegów i ich rodziny”. I gdy Jan Śpiewak wygłaszał tradycyjne swoje jeremiady na łamach Metropolii Bydgoskiej: „W samorządach widzimy klientelizm, układy na wzór szlacheckich koterii z XVI czy XVII wieku i gigantyczny nepotyzm. Obsadzanie spółek i urzędów swoimi ludźmi to norma. Bardzo dobrze, że wprowadzono dwukadencyjność”. I w pierwszym tempie myślę: zgoda, jazda z baronami. Po chwili jednak pojawia się myśl, że może warto zasięgnąć drugiej opinii?
Bo entuzjazm względem dwukadencyjności podparty jest często dowodami anegdotycznymi – każdy przecież słyszał o wsiach i miastach, gdzie demokracja przerodziła się w istne samodzierżawie. A przez naście lat to nawet najuczciwszych włodarzy oplecie ośmiornica układów i znajomości.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.