Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Opinie

Czy państwo kolejny raz „zdało egzamin”? Wnioski po sabotażu na torach

Donald Tusk, Marcin Kierwiński, Tomasz Siemoniak, Marek Boroń
Mika (pow. garwoliński), 17.11.2025. Premier Donald Tusk (2P), minister spraw wewnętrznych i administracji Marcin Kierwiński (P), minister - członek Rady Ministrów, koordynator służb specjalnych Tomasz Siemoniak (3P) oraz komendant Główny Policji nainsp. Marek Boroń (4P) przy zniszczonym fragmencie torowiska na trasie Dęblin-Warszawa w okolicy miejscowości Mika, 17 bm. Premier ogłosił, że doszło do aktu dywersji; eksplozja ładunku wybuchowego zniszczyła tor kolejowy. (jm) PAP/KPRM HANDOUT EDITORIAL USE ONLY NO SALESKPRM
19 listopada 2025
Ten tekst przeczytasz w 7 minut

Nie oczekuję, by pięć minut po wykryciu zdarzenia ogłaszano idealny komunikat, zsynchronizowany ze wszystkimi strukturami państwowymi. Jednak kolejny raz doświadczyliśmy tego, co zbyt dobrze już znamy: struktury państwowe na polu komunikacji zupełnie się rozjechały. To zdradza strukturalną podatność państwa na tego typu zagrożenia i stanowi lukę w naszym bezpieczeństwie.

W niedzielę 16 listopada na linii Warszawa-Lublin wysadzono tor kolejowy z użyciem wojskowego materiału wybuchowego C4. Równolegle uszkodzono sieć trakcyjną, tworząc przeszkodę na torach. Po nadwyrężonym torze przejechało kilkanaście pociągów, w tym skład IC jadący 150 km/h. W najgorszym wypadku mogło dojść do poważnego wykolejenia pociągu osobowego albo nawet katastrofy komunikacyjnej z wieloma ofiarami w ludziach. Sabotaż był przeprowadzony precyzyjnie i fachowo. Całość zdarzenia na dodatek nagrywała zainstalowana kamera. Premier Donald Tusk poinformował, że za atak odpowiada dwóch obywateli Ukrainy współpracujących z rosyjskimi służbami. Wjechali do Polski z terytorium Białorusi, przeprowadzili operację, a następnie wrócili na Białoruś.

Pomińmy to, w jaki sposób pod Warszawą znaleźli się doświadczeni dywersanci, a nie jednorazowi wykonawcy zwerbowani przez Telegram. To niech ustalają nasze służby. Ja dostrzegam inny problem – komunikację państwa ze społeczeństwem.

We wrześniu, gdy rosyjskie drony wleciały nad Polskę, pisałem w DGP, że w sferze informacyjnej królował chaos. W obiegu medialnym krążyły niespójne wersje zdarzeń, a politycy na lewo i prawo kierowali zarzuty o dezinformację, sami jednocześnie podając do publicznej wiadomości niepełne informacje lub wzajemnie sprzeczne. Jakby zapominali, że wypuszczanie kilku wersji wydarzeń umożliwia wykorzystywanie tego informacyjnie i propagandowo przez naszych nieprzyjaciół. Podkopuje to również wiarę w profesjonalizm państwa, a brak precyzji zwyczajnie szkodzi.

Tamte wydarzenia mogły zostać potraktowane jako trening z komunikacji kryzysowej i z przeciwdziałania dezinformacji. Niestety, wydaje się, że tamtej lekcji nie odrobiono. Nie wyciągnięto wniosków, nie wprowadzono poprawek.

W pierwszych godzinach po niedzielnym sabotażu na kolei znów było widać ten sam mechanizm. Kluczowe osoby i instytucje w państwie mówiły różne rzeczy, czasem sprzeczne ze sobą. Jeżeli za wersję referencyjną uznamy wystąpienie premiera w Sejmie, czyli moment, kiedy służby, prokuratura i policja składają w całość zebrany materiał, to reszta zupełnie się rozjechała. Choćby starosta powiatu garwolińskiego Iwona Kurowska, która już w niedzielę, czyli dzień przed wystąpieniem Donalda Tuska, publicznie mówiła, że z informacji przekazanych jej przez służby wynika, że mógł to być akt dywersji – sabotaż polegający na wysadzeniu fragmentu torów na kluczowej linii z Polski na Ukrainę. Wydaje się, że w odpowiedzi na pojawiające się tego typu spekulacje rzeczniczka MSWiA wkrótce potem oświadczyła, że „na ten moment brak podstaw”, by mówić o celowym działaniu osób trzecich i zaapelowała o powściągliwość. Rzecznik ministra Tomasza Siemoniaka (koordynatora służb specjalnych) zarzucił wręcz pani staroście „przechwalanie się”, stanowczo twierdząc, że nikt z ABW się z nią nie kontaktował w tej sprawie. Ostatecznie okazało się, że bliżej prawdy była jednak starosta, a nie rzecznik aparatu bezpieczeństwa.

Już w niedzielę służby musiały wiedzieć, co zaszło na torach między Warszawą a Lublinem

Dziś wydaje się oczywiste, że było to działanie nieoptymalne. Już w niedzielę służby musiały wiedzieć, co zaszło. Celowa dezinformacja lub wstrzymywanie się z komunikatami może być niekiedy uzasadnioną strategią śledczą, ale w tym przypadku, skoro informacje wydostały się do opinii publicznej i zaczęły już krążyć, to zaprzeczanie im nie miało już sensu.

Kolejnym incydentem były słowa wicepremiera Krzysztofa Gawkowskiego, który często wypowiada się o bezpieczeństwie, a w wywiadzie telewizyjnym w jednym szeregu jako potencjalny motyw wymieniał sabotaż, kradzież, „nowoczesny challenge” (chyba taki młodzieżowy z TikToka, w którym ktoś dla żartu miałby wycinać fragmenty infrastruktury kolejowej), a przede wszystkim wykluczał wybuch jako przyczynę.

Inaczej zachował się premier Donald Tusk, który w pierwszych wystąpieniach wypowiadał się bardzo ostrożnie, a dopiero później oficjalnie ujawnił, co zaszło: C4, 300-metrowy kabel detonacyjny, niewybuch, dwóch obywateli Ukrainy z doświadczeniem dywersyjnym współpracujących z rosyjskim wywiadem, wjazd z Białorusi i ucieczka na Białoruś, wprowadzenie trzeciego stopnia alarmowego CHARLIE na wybranych liniach – to był profesjonalizm.

Nie oczekuję, by pięć minut po wykryciu zdarzenia ogłaszano idealny komunikat, zsynchronizowany ze wszystkimi strukturami państwowymi. Nieuczciwie byłoby stawiać w ten sposób sprawę. Jednak kolejny raz doświadczyliśmy tego, co zbyt dobrze już znamy: struktury państwowe na polu komunikacji zupełnie się rozjechały. To zdradza strukturalną podatność państwa na tego typu zagrożenia i stanowi lukę w naszym bezpieczeństwie. Tym bardziej, że w tzw. wojnie hybrydowej pierwsza faza kryzysu jest bardzo ważna. Wtedy to kształtuje się percepcja i odbiór społeczny, wtedy właśnie rośnie lub spada zaufanie do państwa. Społeczeństwo ma prawo oczekiwać profesjonalnej polityki informacyjnej. Wyraźnego rozróżnienia między tym, co wiadomo, a czego wciąż nie potwierdzono lub nie można ujawnić. Nie jest natomiast rolą wysokich urzędników państwowych, by wypełniać przestrzeń informacyjną luźnymi hipotezami i przemyśleniami o charakterze publicystycznym.

W sytuacji kryzysowej powinno być jasne, kto mówi w imieniu państwa i na jakiej podstawie. Ktoś również powinien w czasie rzeczywistym analizować to, co dzieje się w warstwie informacyjnej. I nie chodzi jedynie o budowanie tzw. narracji na potrzeby polityczne. A jeżeli państwo nie potrafi sformułować zrozumiałego, rzeczowego i na bieżąco aktualizowanego komunikatu w specjalnie do tego utworzonym kanale informacyjnym, to rolę tę przejmie ktoś inny. Mogą to być internetowi influencerzy, ale równie dobrze wrogie służby. Raz utrwalone w tej fazie przekazy później może być bardzo trudno naprostować.

Obywatele mają prawo oczekiwać profesjonalizmu od państwa

Sprawę komplikują pojawiające się wśród niektórych ekspertów i polityków propozycje, by „wycinać” głosy wątpiące, alternatywne czy nawet jawnie prorosyjskie. Oczywiście kodeks karny jasno określa kary za sianie dezinformacji na rzecz obcego wywiadu (minimum 8 lat pozbawienia wolności). Jednak powoływanie jakichś quasi-cenzorskich instrumentów, nawet słusznie motywowane walką z dezinformacją, może w efekcie zostać uznane przez niektórych za niebezpieczne narzędzie, które w przyszłości zostanie wykorzystane w innym, niedemokratycznym celu.

Obywatele mają prawo oczekiwać profesjonalizmu od państwa. W zamian państwo może oczekiwać od obywateli ostrożności, odpowiedzialności i wsparcia. Także w sferze informacyjnej. Na tym również polega patriotyzm. W warunkach tzw. wojny hybrydowej mają sens apele o powściągliwość, niewchodzenie w role tzw. szybkich ekspertów od wszystkiego i niewzmacnianie wrogich przekazów. Ale coś za coś. Bo czy państwo ma prawo wymagać od obywateli powstrzymania się od spekulacji i ostrych zarzutów w sytuacji, gdy jego przedstawiciele dokładają się do chaosu informacyjnego?

Nie ma dziś powrotu do XIX wieku, w którym władza miała monopol na informację. To niemożliwe i takie czasy nie wrócą. Wymusza to zatem na państwie nie większą kontrolę, ale większą odpowiedzialność i roztropność. Jeśli wszyscy mamy grać w tej samej drużynie, to przykład musi iść od góry.

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.