Liźnięty problem
Rok temu, kiedy oczywiste stało się, że dwie stocznie – w Gdyni i Szczecinie – weszły w etap, który może stać się ostatnim w ich długiej historii, GP przygotowała analizę sektora stoczniowego. Zebranie informacji było wyjątkowo trudne, bo gotowych danych o branży, dla której pracowało wówczas kilka tysięcy ludzi, nie było w zasadzie żadnych. Pozyskane przez nas liczby były przytaczane w najważniejszych kręgach władzy. Powoływał się na nie minister skarbu i posłowie z sejmowej trybuny. W swojej prezentacji o stoczniowym biznesie wykorzystał je wykładowca akademicki z katedry transportu znanego uniwersytetu. To bardzo schlebia gazecie. Ale od tamtego czasu niewiele się zmieniło. Wydaje się, że żaden organ, który wiedzieć powinien, nadal nie wie, jakie konkretnie straty i problemy kryją się za upadłością dwóch stoczni. Czy ktoś policzył: pracowników, utracone zamówienia kooperantów, straty finansowe podmiotów innych niż stocznie, utracone korzyści i tak dalej? To tych firm nie uratuje, ale wiedzieć wypada. Choćby dlatego, żeby móc odpowiedzieć na pytanie, czy firmy z tego sektora nie zasługują na pomoc rządu jak kopalnie, firmy motoryzacyjne czy zbrojeniówka.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.