Europa nie może czekać z reformami, aż pojawi się nowy George Bush
Sprawy rzeczywiście wyglądają dosyć marnie. W tym roku dochód Europy ma – jak się przewiduje – spaść aż o 4 proc. W większości krajów bezrobocie sięgnie wkrótce poziomu dwucyfrowego, a Hiszpania i Łotwa są na drodze do przekroczenia 20 proc. System bankowy Europy nadal jest chorowity, mimo że rządy wielu krajów posuwają się bardzo daleko, żeby ukryć nieszczęścia dotykające ich banki.
Ale załamanie – jakiekolwiek by nie było – kiedyś się skończy. Nadal co prawda istnieje realne ryzyko uderzenia w górę lodową: mogłoby się to chyba zacząć od niewypłacalności w krajach bałtyckich, prowadząc do rozprzestrzenienia się paniki na Austrię i niektóre kraje nordyckie. Kompletne załamanie wydaje się jednak w obecnym momencie wyraźnie mniej prawdopodobne niż stopniowa stabilizacja, a po niej – nikłe ożywienie, któremu towarzyszyć będzie szybujące w górę zadłużenie oraz utrzymujące się uporczywie wysokie bezrobocie.
Nie jest to przyjemny obraz. Niektórzy komentatorzy rzucili się na europejskich polityków za to, że nie przyłączają się do stosowanej przez ich partnerów z USA agresywnej polityki budżetowej i pieniężnej. Jakaż bowiem – pytają – może być inna przyczyna tego, że Europa odczuwa recesję głębiej niż Stany Zjednoczone, choć to one były epicentrum globalnej katastrofy finansowej?
Ci krytycy zdają się jednak zakładać, że Europa wyjdzie z kryzysu w stanie dużo gorszym niż USA – a na takie oceny jest jeszcze za wcześnie. Przewlekła recesja wywołana kryzysem finansowym – czyli taka, jakiej właśnie doświadczamy – to nie jest kwestia jednego roku. Reakcji na nią także nie można oceniać za pomocą krótkookresowych kryteriów. Pytanie o to, co stanie się za pięć lat, jest równie ważne jak o to, co będzie się działo w ciągu następnych sześciu miesięcy – a opinie co do tych efektów są nadal mocno podzielone.
Amerykańska hiperagresywna reakcja fiskalna oznacza szybszy wzrost zadłużenia rządu, a hiperekspansywna polityka pieniężna – że trudno będzie zrealizować tzw. strategię wyjścia, której cel stanowi zgarnięcie z rynku nadmiernej płynności. Wydatki rządowe w USA wzrosły w krótkim okresie z 18 do 28 proc. dochodu kraju, a Rezerwa Federalna potroiła w tym czasie swój bilans. Bardziej umiarkowane podejście Europy powoduje wprawdzie zwiększenie zagrożeń krótkoterminowych, ale w długim okresie może się opłacić, zwłaszcza jeśli na świecie wzrosną stopy procentowe, co sprawi, że radzenie sobie z nadmiernym zadłużeniem będzie znacznie bardziej dokuczliwe.
Naprawdę istotne pytanie dotyczy nie tego, czy Europa wystarczająco energicznie stosuje keynesowskie stymulatory, ale tego, czy – gdy już kryzys wygaśnie – będzie zdolna do wznowienia swoich reformatorskich wysiłków. Jeśli Europa będzie nadal dążyć do tego, żeby jej rynki pracy były bardziej elastyczne, żeby regulacje rynków finansowych miały bardziej paneuropejski charakter i jeśli pozostanie otwarta na handel, to po fali kryzysu ponownie mogą się w niej ujawnić tendencje wzrostowe. Jeśli jednak kraje europejskie będą patrzeć przede wszystkim do wewnątrz – czyli Niemcy nakłaniać będą swoich konsumentów do kupowania niemieckich samochodów, francuski rząd będzie zmuszał firmy samochodowe do utrzymywania nieefektywnych fabryk itp. – to można spodziewać się całej dekady stagnacji.
Trzeba przyznać, że jeśli chodzi o reformy polityki gospodarczej, to w ostatnim roku Europa nie ma powodów do dumy. Europejskim przywódcom nigdy nie było łatwo forsować reformy podczas recesji. Nie ułatwiło ich również wotum nieufności wobec rządu czeskiego akurat w okresie, gdy kraj ten sprawował półroczne przewodnictwo w Unii Europejskiej – co spowodowało oddanie pola nieudolnej Komisji Europejskiej. Perspektywa nadchodzących wyborów w Niemczech i obawy o to, czy wyborcy w Irlandii zaakceptują Traktat z Lizbony (który zapewniłby przyjęcie bardzo potrzebnej Europie nowej konstytucji) przyczyniły się do utraty reformatorskiego rozpędu.
Europa ma jednak wiele silnych stron, takich jak umocnione rządy demokratyczne i solidne instytucje prawne, które są często niedoceniane – podobnie jak jej długofalowe przewagi konkurencyjne w zglobalizowanej gospodarce. Obecna recesja stanowi dla nich wyzwanie; europejscy przywódcy mieli jednak rację, unikając zarażenia się krótkoterminowymi posunięciami w duchu keynesowskim, zwłaszcza że są one szkodliwe z punktu wiedzenia stojących przed Europą długofalowych wyzwań.
Jeśli reformy zostaną wznowione, nie ma żadnych powodów, żeby Europa nie doświadczyła wzrostu dochodu per capita na takim samym poziomie jak w USA. Co więcej, ze względu na pojawiające się coraz silniejsze obawy o zrównoważenie amerykańskiej polityki fiskalnej, euro ma ogromną szansę na odegranie znacznie większej roli jako waluta rezerwowa.
Aż ciarki przechodzą, gdy pomyśleć, co może się zdarzyć, gdyby Europa nie wydźwignęła się z obecnego załamania. Z pewnością straciłaby ona wówczas swoją funkcję jako przeciwwaga USA w światowej polityce gospodarczej. Europejczykom może to dziś nie przeszkadzać (w Europie widzi się więcej niż w USA koszulek z wizerunkiem Obamy), nie byliby jednak zadowoleni, gdyby w USA obajwił się George Bush III. Na szczęście Europejczycy nie będą aż tak długo zwlekać ze zmianami.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.