Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo

Kłopoty i szanse przedmurza Europy

26 czerwca 2018

Tak się jakoś dzieje, że od tysięcy lat ciągną na Zachód ludzie czarnoocy i czarne mający włosy.

Wyłaniają się z mglistych bezkresów Azji, czasami siejąc przemoc, czasami tylko niepokojąc tubylców, jak każdy przybłęda. Obawa przed tymi ludźmi oraz pamięć nieszczęść, które wywołały w Europie pradawne wędrówki ludów, głęboko wryły się w naszą wyobraźnię. Nietzsche twierdził, że najpierwotniejsze wyobrażenia naszych przodków o dobru i złu ukształtowały się właśnie w takiej konfiguracji: czarni, czyli źli - płowi, jaśni, czyli dobrzy. Zaiste, któż przedstawiałby Aleksandra czy Jezusa jako brunetów (jakkolwiek mało jest prawdopodobne, aby nimi nie byli), któż malowałby w średniowieczu rycerza - pogromcę Saracenów - z czarnymi oczami i oliwkową cerą? Atawistyczny strach przed ludźmi o wyglądzie Azjaty przetrwał do naszych czasów, a jego strasznym paroksyzmem okazał się nazistowski rasizm.

A jednak, tak jakoś niepostrzeżenie, napływowi oni stali się nami. Dziś to my, mieszkańcy Europy, jesteśmy czarni, niemal tak samo jak Ingusze i Czeczeńcy, a płowych bestii więcej chyba mieszka na azjatyckiej Syberii niż we wszystkich krajach nordyckich razem wziętych. Mimo to wielkie czarne oczy w szczupłej, śniadej twarzy przybysza budzą w nas nieodmiennie niepokój. Czy nas nie okradną? Nie oszukają? Czy nam nie zabiorą naszej przestrzeni, nie zagarną dla siebie kawałka naszego świata? Europa wciąż się boi wędrówek ludów. Tymczasem dziś na przedmurzu kto? No właśnie my, Polacy. To u nas zatrzymują się ludzie z Azji, szukający bezpieczeństwa i dobrobytu na Zachodzie. Ludzie to jak ludzie - różni. Jednych z kraju wygnały prześladowania, innych tylko pragnienie lepszego życia, choćby nawet cudzym kosztem. Zdarzą się tu bohaterowie walki o wolność, zdarzą się i bandyci. Tylko blondynek jak na lekarstwo.

Europa ich nie chce. Ma już dość rozmaitych przybyszów, którzy nie bardzo rozumieją, gdzie się znaleźli, i nie bardzo zrozumieć to pragną. Żyją po swojemu, mało interesując się miejscowym obyczajem i wymogami liberalnej demokracji. Po prostu z niej korzystają, lecz na ogół jej nie wspierają. Rozczarowane tym społeczeństwa Zachodu co i rusz zaostrzają kryteria azylu dla cudzoziemców, a zwłaszcza podnoszą wymagania niezbędne do uzyskania statusu uchodźcy.

Kryteria te obowiązują w całej Unii, a więc i w Polsce. Chcąc nie chcąc, musimy trzymać u siebie tysiące nieproszonych gości, których nie wolno nam wypuścić do krajów zachodnich, czego pragną oni najbardziej na świecie. Ich złość spada na nas. Uważają, że to my ich więzimy, trzymamy o kromce chleba w koszarowych warunkach, a tam, na Zachodzie, czekają ich pewnie wolność, wysokie zasiłki, mieszkania, jak czekały na niezliczonych innych, którzy mieli szczęście znaleźć się na Zachodzie wcześniej. Cóż, tak było. Jakże wielu Polaków skorzystało ze szczodrości mieszkańców bogatej Europy, przekonanych o tym, że udzielanie azylu ludziom z biednych i autorytarnie rządzonych krajów jest piękną i słuszną rzeczą. Jednak szczodrość ma zawsze swoje granice. Nasi nieproszeni goście, czekający na status uchodźcy, właśnie doświadczyli tego na własnej skórze. Jeszcze bodaj nie wiedzą, że Zachód ich nie chce. Myślą, że to tylko my nie chcemy ich tam wypuścić. Wkrótce jednak zrozumieją, jak się sprawy mają. Bo niby dlaczego mielibyśmy ich trzymać na siłę? Przecież dla Polaków też byłoby lepiej, gdyby sobie pojechali do Strasburga i nie wrócili...

Wielki filozof francuski Jacques Derrida wielokrotnie upominał polityków w kwestii cudzoziemców. Mówił, że gdy w progu zjawia się gość, nawet gość nieproszony, nawet gość trudny i niechciany, mamy przyjąć go jak brata lub siostrę. Gościnność jest bezwarunkowa, jak każdy akt miłości. Gościnność nie pyta. Nie pyta zwłaszcza o dokumenty i o koszty. Jest czymś więcej niż wspaniałomyślnością. Ugoszczenie gościa nie jest tym samym co obdarowanie go, lecz czymś więcej. Jest ustąpieniem mu swojego domu. Gdy mówię: "Czuj się jak u siebie w domu", to popełniam niechcący grzech niegościnności. To z powodu słowa "jak". Powinienem powiedzieć: "To jest twój dom".

Moralna metafizyka Derridy i innych uduchowionych myślicieli lewicy jest trochę oderwana od rzeczywistości, jakkolwiek trudno by było z nią polemizować i nie wyjść na gbura. Możemy z niej jednak wyciągnąć praktyczne wnioski bez popadania w egzaltację. A zresztą nie trzeba było mędrca z Paryża, by Polak wiedział, że gość w dom, Bóg w dom.

Pokażmy na miarę, na którą stać biurokratyczne struktury, że jesteśmy społeczeństwem gościnnym. Weźmy na siebie tysiące darmozjadów i bohaterów, ofiary i przestępców. Weźmy na siebie, weźmy do siebie ludzi, w gruncie rzeczy takich samych jak my, i pozwólmy im żyć z nami. Nie oglądajmy się na Niemców i Francuzów, których szczodrość być może się już wyczerpała. Dziś przyszedł czas na nas. Wypuśćmy ludzi z rosyjskimi czy afgańskimi paszportami z obozów, zalegalizujmy ich pobyt, wydawajmy na nich pięć, dziesięć razy więcej pieniędzy, niż dotychczas wydajemy. Przestańmy się ich bać i brzydzić.

Nie musimy ich kochać, jeśli nie umiemy, ale uznajmy ich człowieczeństwo i weźmy za nich odpowiedzialność, nawet jeśli wielu z nich chce nas naciągnąć, a o wdzięczności ani myśli. Niechaj najgorsi spośród nich (ani najgorsi spośród nas) nie dyktują nam, jak mamy postępować z gośćmi. Otwórzmy więc drzwi. Pozwólmy emigrantom pracować, uczmy ich dzieci, łapmy ich przestępców, leczmy ich chorych, chowajmy ich zmarłych. Niech jak dawniej, w Krakowie, Warszawie, Łodzi rozbrzmiewają różne języki, niech w czarnych oczach odbija się i Wawel, i łan, i wierzba. Niech Pruszków targa się za łby z Czeczeńcami. Niech o Tuskach i Kaczyńskich przyszłych dekad rozprawiają publicyści piszący bukwą i arabskim wężykiem. Niech przybysze stają się Polakami lub nie - wedle woli. Nasza polskość od tego nie zależy. Gościnni są dobrzy. A dobrzy są wielcy. Niech żyje wielka Polska - metropolia z mocy gościnności, a nie podboju!

*Jan Hartman, filozof, publicysta, laureat tegorocznej nagrody Grand Press

@RY1@i02/2009/248/i02.2009.248.000.014a.001.jpg@RY2@

Zatrzymanie Czeczenów jadących na manifestację do Strasburga na nowo zwróciło uwagę na problem uchodźców

Paweł Jeziorniak/Reporter

@RY1@i02/2009/248/i02.2009.248.000.014a.002.jpg@RY2@

Jan Hartman

Paweł Ulatowski

filozof, publicysta

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.