Dziennik Gazeta Prawana logo

Klimatyczny teatr na użytek wyborców

29 czerwca 2018

Nie wystarczy, by klimatolodzy i ministrowie ochrony środowiska zjechali do Kopenhagi, by przekonywać siebie nawzajem, że mają rację. Muszą jeszcze przekonać opinię publiczną. Proces demokratyczny bywa szalenie niewygodny, ale nie da się go uniknąć.

Klimatologiczny establishment - naukowcy, którzy zgadzają się w sprawie globalnego ocieplenia i większość rządów, przynajmniej po ich deklaracjach sądząc - zdaje się to rozumieć. To dlatego kopenhaskie spotkanie ma swój aspekt teatralny; chodzi tyleż o wysiłki, by zapobiec globalnemu ociepleniu, ile o PR.

Dowody na to, że człowiek odpowiada za globalne ocieplenie - mówią eksperci - są z roku na rok silniejsze. Jednak w USA publiczne zaufanie do ich deklaracji spada: mniej niż połowa elektoratu uważa to za udowodniony fakt. Trzeba przyznać, że USA są pod tym względem wyjątkowe. Ale i tak niewielu obywateli w innych krajach wydaje się być na tyle przekonanych, by poprzeć rozwiązania, do których wzywa wielu klimatologów.

Afera Climategate

Zdaję sobie sprawę z potrzeby klimatycznego konsensusu i wierzę, że usprawiedliwia on działania podejmowane w celu ograniczenia emisji. Jednak klimatologiczny establishment sam w sobie staje się przeszkodą do realizacji tych celów.

Przyjrzyjmy się reakcji na Climategate - skandal z e-mailami wysyłanymi z Climatic Research Unit do University of East Anglia. Korespondencja ta pokazała, że niektórzy spośród klimatologów rozmawiali o statystycznych sztuczkach mających na celu ukrywanie spadku temperatury. Zastanawiali się również, jak utrudnić dostęp do literatury osobom myślącym inaczej niż naukowy establishment.

Każdy przyzna, że korespondencja ta budzi wątpliwości - nie są to standardy, których spodziewalibyśmy się po świecie nauki. Nie jest to w ogóle żadna nauka, lecz praca wykonywana po to, by przeprowadzić w polityce gospodarczej zmiany, których koszty są olbrzymie. Widać wyraźnie, że w tak poważnej sprawie potrzebne są najwyższe standardy intelektualnej uczciwości i otwartości. Te e-maile ich nie spełniają.

Jak jednak zareagował establishment? Stwierdzeniem, że tak uprawia się naukę. Początkowo szef Międzyrządowego Panelu ds. Zmian Klimatycznych (IPCC) bronił naukowców i bagatelizował znaczenie ujawnionej korespondencji. Al Gore przyznał, że nie czytał tych e-maili (w końcu, na Boga, zostały wykradzione). Co ciekawe, utrzymywał także, że były one uspokajające.

Głupi sceptycy

Kiedy i to nie powstrzymało skandalu, klimatologiczny establishment argumentował, że nawet gdyby wykluczyć prace CRU z rozważań o globalnym ociepleniu, to innych dowodów nie brakuje. Może i tak, myśli sobie bezstronny wyborca. Ale czy inne grupy badawcze są niezależne? Przecież również autorów e-maili określano mianem wzorowych naukowców. Dlaczego ktoś miałby oczekiwać, że inni badacze także nie traktują standardów według uznania?

W tej sytuacji pozostaje oczernić wątpiących jako przeciwników samej nauki. Są oni albo głupi, albo źli. Wierzą, że ziemia jest płaska albo są "zaprzeczaczami" (na podobieństwo tych, którzy negują Holokaust). Zwolennicy klimatycznego konsensusu to kupią. Wyborcy, których trzeba przekonać, już niekoniecznie. Ludzie nie lubią, gdy nazywa się ich ignorantami lub gdy zarzuca im się złą wolę. W ten sposób raczej nie przeciągnie się ich na swoją stronę.

Niektórych zdeklarowanych sceptyków nie warto nawet przekonywać. Niektórzy są niepoważni. Można zrozumieć, że walka z nimi jest dla klimatologów frustrująca. Jednak odszczepieńcy, których jest w tej kwestii wielu, zajmują honorowe miejsce. Czasami okazuje się bowiem, że mają rację. Próba oczernienia sceptyków i zamknięcia im ust to zły sposób uprawiania nauki, a z punktu widzenia public relations działalność całkowicie przeciwskuteczna.

Kluczowy błąd polega na tym, że rządy i wielu klimatologów uznali, iż temat ten jest zbyt trudny dla wyborców. Komplikacje jedynie ich, biedaczków, zdezorientują.

Jak zauważył jeden z uczestników afery Climategate, nie rozumiemy, dlaczego globalne ocieplenie ostatnio wyhamowało; modele tego nie przewidują. Ale to nie jest informacja do publicznego rozważania. Najlepiej w ogóle o tym nie wspominać - uważają rządy i ich doradcy naukowi. Trzeba tylko cały czas piętnować tych, którzy uważają, że ziemia jest płaska. Jak powiedział rzecznik Białego Domu, "uważanie, że toczy się jakaś debata, to przejaw głupoty".

Zabawa w adwokatów

Kiedy naukowcy bawią się w adwokatów, nauka ma kłopoty. Kiedy agencje wywiadowcze naginają fakty do politycznych teorii, nie można im dłużej ufać. IPCC może służyć dobrej sprawie, ale nie jest uczciwym pośrednikiem, którego ta sprawa potrzebuje. Sam stał się polityczną agencją, wydziałem propagandy. Wszystko to opinia publiczna może zobaczyć.

W imię własnej wiarygodności naukowcy powinni utrzymywać dystans do polityki. A ci, którzy tego nie robią, nie powinni udawać bezstronnych badaczy.

Rządy powinny być uczciwe i opierać swoje działania na tym, co wiedzą. Okaże się wtedy, że opinia publiczna jest w stanie to przyjąć. Wyborcy nie są głupi.

Clive Crook

publicysta Financial Times

tłum. TK

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.