Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Opinie

Wrzask zamiast debaty o uczelniach

29 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 22 minuty

Może i nie zabrałbym głosu w zgiełku czynionym przez Gazetę Wyborczą w kwestiach związanych z poziomem szkolnictwa wyższego - zgiełku, bo nawet przy dobrych chęciach nie widzę w nim wiele dyskusji, czyli przedstawiania alternatywnych, racjonalnych argumentów.

Ale kampania w tej sprawie przypomina PiS-owskie próby osiągnięcia celu "na huk", z pomówieniami pod adresem środowiska akademickiego, przy jednoczesnym pomijaniu rzeczywistych problemów wymagających wiedzy w ich rozpoznaniu oraz rozwagi w formułowaniu środków poprawy. Ponieważ jestem publicystą reaktywnym, więc właśnie ta "pisoizacja" dyskusji oderwała mnie od tego, co piszę obecnie, aby zwrócić uwagę na trzy kwestie, kompletnie pominięte w zgiełku czynionym wokół szkolnictwa wyższego.

Jest rzeczywiście wiele problemów ze stanem wiedzy i umiejętnością formułowania hipotez przez studentów. Odczuwam to boleśnie sam, gdy po bardzo długiej liście uwag i sugestii zmian odsyłam do poprawki kolejną wersję pracy magisterskiej moich studentów. Obok zauważalnych niedostatków wynikających z nie najlepszego spadku po szkole średniej i wyższej, które kumulują się przez lata, jest jednak kwestia, której najwyraźniej nikt nie chce zauważyć. Mianowicie pewna oczywistość matematyczna.

Mając pięć razy tyle studentów, ile za czasów "pryla" (językowo łatwiejsza wersja PRL-u), nie powinno być wątpliwości, że średni poziom 10 proc. najlepszych maturzystów będzie, bo musi być w danym społeczeństwie wyższy niż średni poziom 50 proc. maturzystów, którzy wybrali się na studia. Wbrew wyobrażeniom plotącego koszałki-opałki XIX-wiecznego brodacza z Trewiru, ilość rzeczywiście przechodzi w jakość - tyle że z konieczności w niższą.

Tak więc ceną masowości będzie zawsze obniżenie jakości. Dotyczy to również kształcenia w szkolnictwie wyższym. Przeciwko obniżaniu się jakości z innych przyczyn - niewątpliwie istniejącym, mało kto temu przeczy - należy szukać remediów. Budzi natomiast irytację niezauważanie tego, że standaryzowane biadolenie na temat poziomu studentów jest w dużej mierze nostalgią za studiami dla garstki najlepszych. Ta niezdolność postrzegania rzeczywistości niewątpliwie zaważyć musi negatywnie na proponowanych środkach zaradczych.

Skoro obniżenie poziomu z powyżej zasygnalizowanej, oczywistej, przyczyny jest nieuchronne, więc też środki zaradcze mogą obejmować ulubioną metodę zwolenników glajchszaltowania wszystkiego w imię ukochanej przez nich "równości". Jak to kiedyś parodiował Janek Pietrzak Pod Egidą: "Ujednolicać, kontrolować, karać, kupić gilotynę od Francuzów, ciąć te łby jak leci. To władza lubi, władza wie, że rządzi".

Od wielu już lat w tym kierunku zmierzamy. Powołuje się komisje, ustala minima programowe, opisuje, co powinno znaleźć się w każdym wykładanym przedmiocie, określa liczbę profesorów i doktorów na kierunek studiów czy wydział itd., itp. I co? I nic. Jest tak właśnie, jak jest, i wszyscy od ministra po świeżo upieczonego asystenta na uczelni podtrzymują fikcję, że dyplom ze szkoły wyższej tego i owego w jakimś Rozkraczewie Górnym jest tyle samo wart, ile dyplom najlepszej uczelni państwowej czy prywatnej.

Alternatywą jest podejście zdecentralizowane, jakie obserwujemy w Stanach Zjednoczonych. Tam nikt nie udaje, że dyplom z koledżu w Jakmutam jest tyle samo wart, ile dyplom z Princeton lub Chicago. I gdy ocenia się szanse na rynku pracy, to nikogo nie zaskakują ogromne różnice w wynagrodzeniu i nikt nie domaga się równych płac wyjściowych dla nowo przyjętych absolwentów z Jakmutam i ze Stanfordu.

W dotychczasowym zgiełku wyodrębniłem głosy tych, którzy widzą remedium na obniżający się poziom w zaakceptowaniu masowości na szczeblu licencjatu i elitarności na szczeblu magisterium. Nie tędy droga! Studia licencjackie powinny dawać ich absolwentom coś konkretnego. O ile decentralizacja w stylu amerykańskim jest jak najbardziej potrzebna, o tyle, jeśli idzie o treść studiów, to uważam model niemiecki za lepszy. Tam Grundstudium (licencjat) daje konkretny zawód, a jeśli chce się rozszerzać horyzonty, wchodzić w obszary graniczne z innymi dziedzinami wiedzy, pogłębiać wiedzę podstawową wyniesioną ze studiów pierwszego stopnia, wybiera się studia magisterskie.

Czyta się i słyszy o tym, że liczne uczelnie są jedynie fabrykami dyplomów niezdobywanych solidną pracą. I winę za to zrzuca się najczęściej na idących na łatwiznę nauczycieli akademickich. A jeśli nie lubi się (albo nie rozumie) mechanizmu rynkowego, to stwierdza się, że nie działa on w polskim szkolnictwie wyższym. No, bo mamy wiele uczelni i mimo upływu lat wcale nie jest tak, że na rynku ostały się tylko te lepsze - to znaczy te, które produkują kompetentnych, sporo umiejących absolwentów. Otóż jest to nieporozumienie. Rynek działa dobrze, jeśli struktura bodźców dopasowana jest do oczekiwanych celów. Tymczasem u nas rynek, a właściwie dwa rynki, działają całkiem dobrze.

Z jednej strony mamy więc jako tako funkcjonujący rynek uczelni, do których trafiają w większości studenci, którzy chcą się czegoś nauczyć (czy to, czego chcą się nauczyć, jest dobrym wyborem - o tym w ostatniej części tej polemiki). Mają oni jednak problemy wynikające z nie najlepszego bagażu przeszłości: tego, co wynieśli ze szkoły podstawowej i średniej, a także tego, z czym stykają się na studiach. Jeśli chcemy podnosić poziom studentów i poziom studiów, to propozycje poprawy mają sens tylko w odniesieniu do tej właśnie części rynku szkolnictwa wyższego. Czyli do tych, którzy chcą zdobyć wiedzę.

Niestety, u nas funkcjonuje i drugi - faktycznie odrębny - rynek. To znaczy rynek studentów, którzy nie chcą się przemęczać i interesuje ich głównie papierek, czyli dyplom ukończenia studiów wyższych. I ten rynek funkcjonuje lepiej niż dobrze, gdyż nie działają tutaj bariery nie najlepszego bagażu wniesionego ze szkoły średniej (i często z domu...). Struktura bodźców jest tutaj idealnie dopasowana. Popytowi na papierek odpowiada podaż dających papierki uczelni.

Wszelkie nawoływania do podnoszenia poziomu wymagań - od studentów, ale także od wykładowców - nie odniosą żadnego skutku w odniesieniu do uczestników tego drugiego rynku. Studenci na rynku papierków wiedzą, czego chcą, i rynek to właśnie, czyli wyłącznie dyplom, im daje. Nie mam recepty na pozbycie się tej kategorii studentów i uczelni. Ale na pewno do niczego nie zaprowadzą kontrole ani też szlachetne w intencjach, lecz naiwne merytorycznie apele, które nie zauważają istnienia dwóch rynków, każdego o innych celach.

Od drugiej połowy lat 70. obserwuję, ucząc za granicą, najpierw w USA, a potem w Europie Zachodniej, trend cywilizacyjny, o którego skutkach - niedoborze studentów na kierunkach matematyczno-przyrodniczych i technicznych - pisze się na Zachodzie wiele. Natomiast nie bardzo rozumie się przyczyny. Otóż wśród studentów obserwuję przesunięcie dokonywanych wyborów kierunku studiów: od kierunków zapewniających dobrze płatną pracę, ale wymagających dużego zaangażowania się w proces studiowania, do kierunków, które może nie stwarzają takich perspektyw awansu materialnego, ale dających więcej możliwości cie szenia się samy m i s tudiami.

Spróbuję to wyjaśnić w kategoriach użytych przez noblistę z ekonomii Gary’ego Beckera. Becker napisał w jednej ze swoich prac, że w zamożnych krajach dziecko przekształciło się z dobra inwestycyjnego w dobro konsumpcyjne. W epoce biedy w obecnie bogatych krajach oraz w krajach biednych dziś dziecko było lub jest zabezpieczeniem na starość dla swoich rodziców. To liczne dzieci miały zapewnić rodzicom możliwość przeżycia w okresie poprodukcyjnym. Natomiast, wraz ze wzrostem zamożności dziecko stało się dobrem konsumpcyjnym. Jego rozwój intelektualny, potrzeby samorealizacji, sukcesy na studiach i w pracy zawodowej dają rodzicom satysfakcję, nagrodę za lata poświęceń.

Podobnie jest z wyborem rodzaju studiów. Same studia w miarę wzrostu zamożności przestają być dobrem inwestycyjnym, kapitałem dającym pewność znalezienia pracy - i to pracy dobrze płatnej. W zamożnym społeczeństwie pojawia się skłonność do traktowania studiów jako dobra konsumpcyjneg o. Studia mają przede wszystkim być interesujące tu i teraz. Oczywiście bardziej interesujące jest studiowanie nauk politycznych, stosunków międzynarodowych czy literaturoznawstwa niż fizyki czy chemii. Można, bez przysiadania fałdów, dyskutować o tym, czy Słowacki "wielkim poetą był", a nawet - bez czytania czegokolwiek - czy George Bush był złym prezydentem.

A że potem mogą być kłopoty ze znalezieniem pracy? W zamożnym kraju zawsze się gdzieś można zaczepić, bo w końcu - realistycznie rzecz biorąc - ilu absolwentów stosunków międzynarodowych trafi do dyplomacji czy unijnej lub innej międzynarodowej biurokracji? A do byle jakiej pensyjki resztę dorzuci wszechobecny w zamożnych krajach "socjal", czyli życie na koszt innych.

Obserwowałem ten proces, ucząc w USA z przerwami, w latach 1977 - 1981, a następnie w latach 90. w Niemczech. W USA słyszałem labiedzenie, że na trudnych kierunkach ubywa Amerykanów, a przybywa cudzoziemców (głównie z Azji: najpierw Koreańczyków i Chińczyków z Tajwanu, Hongkongu i Singapuru, później z Chin komunistycznych). W Niemczech słyszałem tylko labiedzenie, bo Niemcy są krajem emigracji netto studentów i absolwentów. Pokłosiem tego są w ostatnich latach ulgi imigracyjne dla specjalistów nauk technicznych: informatyków i innych.

Otóż w miarę wzrostu zamożności Polaków i do nas dochodzi ów trend cywilizacyjny. Jest on mniej widoczny, bo przemieszany z preferencjami dla studiowania w celu zdobycia papierka, ale tym silniejszy! W końcu "papierkowicze" raczej pójdą na kierunki łatwiejsze niż na trudniejsze.

Musimy sobie z tym jakoś dawać radę, gdyż nie jesteśmy Stanami Zjednoczonymi i do nas zdolni studenci ani tym bardziej zdolni absolwenci z Azji raczej nie przyjadą. A niemieckie ulgi imigracyjne dla specjalistów z nauk technicznych oznaczają dodatkowy bodziec, aby po studiach szukać dobrej pracy w Niemczech także i dla Polaków.

Z trzech niedostrzeganych kwestii, które podniosłem w tej polemice, wydaje się, że w tej ostatniej już jesteśmy na tropie rozwiązań: "Dał nam przykład Wrocław, jak zwyciężać mamy". Otóż trzeba stworzyć - co za intelektualna niespodzianka dla wielu pięknoduchów! - system bodźców, które silnie zachęcałyby do studiowania na studiach trudniejszych, lecz potrzebnych gospodarce. Udział przemysłu w PKB maleje, ale jeszcze bardziej zmienia się struktura kwalifikacji zatrudnionych: następują przesunięcia w zatrudnieniu od bezpośredniego wykonawstwa do wykwalifikowanych fachowców. Zresztą szybko rosnący sektor usług też ma segmenty o silnym popycie na takie właśnie kwalifikacje.

Moim celem nie było przedstawienie recepty na niedomagania polskiego szkolnictwa wyższego. Chciałem tylko zwrócić uwagę na te elementy stanu faktycznego i tendencji zmian, które - moim zdaniem - w ogóle nie pojawiły się w medialnym zgiełku. A bez dostrzeżenia trzech powyższych zjawisk jakakolwiek dyskusja będzie nie tylko jałowa, ale może zaowocować błędnymi rozstrzygnięciami.

@RY1@i02/2009/240/i02.2009.240.000.0014.001.jpg@RY2@

Winiecki: ilość przechodzi w jakość. Tyle że niższą

Marcin Łobaczewski

Jan Winiecki

ekonomista, były doradca prezydenta Lecha Wałęsy i premiera Jana Krzysztofa Bieleckiego

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.