Krzyż wcale nie potrzebuje reklamy
Dyskusja na temat wyroku Europejskiego Trybunału Praw Człowieka dotycząca obecności krzyży we włoskiej szkole rozlała się po całej Europie.
Powinno nas to cieszyć, że ludzie chcą się o coś spierać, gdyby jednak nie gorączka debaty, która zaczyna odbierać jej uczestnikom jasność widzenia.
I tak, ograniczając się do naszego podwórka, prezydent Kaczyński grzmi, że krzyży nie usuniemy i basta, choć uzasadnienie prawne ich obecności w polskich klasach jest jeszcze cieńsze niż we Włoszech. Były rzecznik praw obywatelskich prof. Andrzej Zoll dość subtelnie, ale jednoznacznie daje do zrozumienia, że krzyż jest symbolem grupy wiodącej czy niegdyś panującej i przypomnieniem dla mniejszości, gdzie jest jej miejsce. Duchowieństwo sandomierskie, mieszając wyrok trybunału z własnym konfliktem z lokalną lewicową władzą, stara się za jego pomocą zalegalizować samowolę budowlaną. Prawicowi publicyści wylewają swoją żółć - i wykorzystują okazję, by dołożyć raz kolejny gejom. I wreszcie środowiska katolickie domagają się umieszczenia krzyża w godle narodowym i herbach miast. Cóż to ma wspólnego z istotą sporu - trudno powiedzieć.
Przyjrzyjmy się dokładniej samemu orzeczeniu. Rację mają ci jego oponenci, którzy twierdzą, że mimo jednomyślności sędziów jest ono prawniczo orzeczeniem słabym. Soile Lautsi, 52-letnia obywatelka Włoch narodowości fińskiej, która pozwała państwo włoskie, jest ateistką. Nie kryje tego, ba, to jej swoiste "wyznanie wiary". Twierdzi, że obecność krzyża nie pozwala jej na neutralne światopoglądowo wychowanie dziecka. Trybunał zgodził się z jej rozumowaniem. Nakazał usunięcie krzyża. Kazał też wypłacić odszkodowanie za szkody moralne, choć mógł poprzestać na zwyczajowym stwierdzeniu, że samo uznanie naruszenia konwencji o ochronie praw człowieka i podstawowych wolności jest wystarczającym zadośćuczynieniem.
Sęk w tym, że obywatelka Włoch nie wykazała, w jaki sposób obecność krzyża w klasie takie wychowanie dzieci jej uniemożliwia. Jeżeli bowiem jest tylko osobą niewierzącą, to wówczas krucyfiks jest dla niej tylko i wyłącznie dwoma deskami z drewna, zbitymi gwoździem, na których znajduje się rzeźba mężczyzny. Mieszkając w Europie, nie sposób się na ową rzeźbę nie natknąć - zwiedzając choćby stare centra europejskich miast czy muzea. Jeśli więc samo istnienie krzyża jest tak fundamentalną przeszkodą dla normalnego życia, to doprawdy prędzej wielbłąd przejdzie przez ucho igielne, niż da się w krajach Starego Kontynentu wychować dziecko w duchu neutralności.
Istnieje też prawdopodobieństwo, że Lautsi nie jest zwykłą ateistką. Domaga się usunięcia krzyża z pobudek równie fundamentalnie aksjologicznych jak ci, którzy chcą krzyże na ścianach wieszać. Wtedy walczy ona nie tyle o neutralność światopoglądową przestrzeni publicznej, ile o afirmację pustki jako wartości przewodniej w tejże przestrzeni. Tu nie idzie nawet o francuskie pojęcie "laicite" (gdzie chodzi o zapewnienie wszystkim równych praw, niezależnie od wyznania), ale o dominację jednego poglądu nad innymi. Przestrzeń publiczna, która wolna byłaby od aksjologii, to marzenie ściętej głowy.
A jeśli tak, to Włoszka domaga się czegoś analogicznego, co w swym komentarzu do sprawy postuluje prof. Zoll - mianowicie by symbole religijne (lub ich absolutny brak) był przypomnieniem innym, kto ma władzę. Jeśli taka jest motywacja Włoszki, a wszystko zdaje się za taką interpretacją przemawiać, to wówczas orzeczenie trybunału jest dyskusyjne. Na jakiej bowiem podstawie aksjologia pani Lautsi ma dominować nad aksjologią chrześcijańską?
Aspekt prawny to tylko jedna strona tej sprawy, która - co już widać - będzie miała niebagatelny wpływ na kształt życia społecznego w Europie. Równie intrygujący są aspekty religijny i kulturowy. Obrońcy krzyża twierdzą, że jest on częścią tradycji kulturowej zachodniej cywilizacji. Takie postawienie sprawy nie wytrzymuje krytyki. Jeśli krzyż był i jest nadal wieszany, to nie jako znak kulturowy, ale jako symbol religijny. Redukowanie krucyfiksu do znaku kulturowego Zachodu, takiego jak "Mona Lisa" czy "Dama z łasiczką", raczej powinno niepokoić chrześcijan, niż wzbudzać ich zachwyt.
Krzyż jest - i powinien - pozostać symbolem religijnym. I nie ma znaczenia, czy wisi on w klasie, czy jest noszony przez ludzi na szyi. Dlatego to sami chrześcijanie powinni zadać sobie pytanie, czy najlepszym miejscem dla krzyża jest szkolna sala. Ta sama, gdzie uczniowie znęcają się nad nauczycielem, zakładając mu na głowę kosz na śmieci. Albo gdzie gimnazjaliści nagrywają film, jak ich koledzy molestują koleżankę.
Przy tej okazji trzeba też postawić pytanie o sensowność powieszenia krzyża w polskim Sejmie, gdzie posłowie prezentują wszystkie możliwe postawy, ale z pewnością nie te, do których praktykowania zachęcał Jezus Chrystus. Czy krzyż w takich publicznych miejscach nie ulega w najlepszym przypadku banalizacji, a w najgorszym - profanacji? Niechrześcijański jest także pomysł, by teraz na złość trybunałowi wieszać krzyże gdzie popadnie albo umieszczać krzyż w godle Polski.
Co więcej, jeśli chcielibyśmy pozostać wierni nauczaniu Jezusa, powinniśmy spełnić wolę Lautsi i tych, którzy podzielają jej przekonania. Czy nie jest to akt słabości i kapitulacji? Nie, jest to raczej przejaw wierności autentycznie chrześcijańskiej spuściźnie - szacunku dla wolności i sumienia każdej istoty ludzkiej. Nie powinniśmy więc wchodzić na barykady.
@RY1@i02/2009/226/i02.2009.226.000.014a.001.jpg@RY2@
Szkoła podstawowa we Włoszech. Krzyż jeszcze wisi na ścianie
AP
prawnik, publicysta protestancki; studiuje na Yale Divinity School
teolog, publicysta; ostatnio wydał "Kobiety uczą Kościół" (2007)
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu