Nie chciał być bohaterem
Jan Lityński opowiada o swojej nieprostej przyjaźni ze zmarłym Markiem Edelmanem, byłym przywódcą powstania w getcie
Wszędzie gdzie się pojawił, znajdował się w centrum zainteresowania. Taki miał dar. Jego obecność dawała poczucie bezpieczeństwa.
Pierwsza biografka Marka Edelmana Hanna Krall napisała o nim, że nie odczuwał strachu i głodu - tych zmór ludzkiego człowieczeństwa - i to dawało mu przewagę nad innymi. Nie wierzę w to. Myślę, że to poczucie odpowiedzialności za innych pozwalało mu na skuteczne ukrywanie i strachu, i głodu.
Marek swoje kolejne społeczne wcielenia traktował jak kontynuację Bundu, organizacji, w której się wychował. W latach 30. Bund był jego domem, tam powstała jego wizja solidarności.
Z Polską związał swój los
Dla żydowskiego chłopca w międzywojennej Polsce rysowało się kilka dróg. Mógł stać się posłusznym członkiem gminy żydowskiej. Mógł zostać komunistą, odrzuciwszy swe pochodzenie. Komunizmem Marek gardził za wprowadzanie drylu zamiast solidarności. Mógł wreszcie zostać syjonistą i uznać, że Żydzi powinni wrócić z wygnania i stworzyć własną ojczyznę. Marek czuł się jednak Polakiem i z Polską wiązał swój los. Dramatyczny spór Edelmana z Antkiem Cukiermanem był sporem o kondycję żydowskiego losu. Jest paradoksem, że syjonista Cukierman miał "dobry aryjski" wygląd polskiego szlachcica z pięknymi wąsami i w przeciwieństwie do Marka po okupacyjnej Warszawie mógł się poruszać bez problemów.
Po okupacji Marek z żoną Aliną zdecydowali się pozostać w kraju. Wiązało się to z konfliktem z Cukiermanem i Cywią Lubetkin, którzy uważali, że zadaniem ocalałych Żydów jest budowa ojczyzny w Palestynie. Marek został, by, jak sam określał, stać się strażnikiem grobów. Lecz nie tylko. Był jednym z tych, którzy spowodowali, że Bund nie został wchłonięty przez PZPR.
Na ogół wybór zawodu lekarza opisuje się jako konsekwencje widoku śmierci. Marek jako lekarz był cudotwórcą. Miał dar widzenia całego człowieka, by z objawów dla innych lekarzy niezauważalnych odkrywać przyczynę choroby. Miał dar obrony życia, toczył swój spór z Panem Bogiem.
Bez wielkich słów
W roku 1975 w numerach wrocławskiej "Odry" ukazywały się odcinki "Zdążyć przed Panem Bogiem" - wywiadu, który przeprowadziła z nim Hanna Krall. Nasuwało się porównanie z twórczością Tadeusza Borowskiego. Jednak rozwiązanie problemu u Edelmana jest odmienne niż u Borowskiego. Borowski ukazuje człowieka złagrowanego - ofiarę, która przejmuje punkt widzenia oprawców, ratuje życie sprytem, odrzuceniem wartości. U Edelmana jest też odrzucenie wielkich słów. Nie uważa ani siebie, ani nikogo ze swych współtowarzyszy za bohaterów. Pozornie pozbawiony emocji język ukazuje jednak to, co było dla Edelmana istotą - godność, przyjaźń, miłość i solidarność z prześladowanymi. W getcie Edelman wyciągał z transportu ludzi skazanych na śmierć. Wybranych w tragicznym akcie konieczności. Dla większości oznaczało to tylko krótkotrwałe przedłużenie życia. "Mieli tam u niej sześć tygodni - może zresztą nawet całe trzy miesiące - wielkiej miłości. Dopóki ich ktoś nie wydał" - opowiadał Joannie Szczęsnej. I te kilka tygodni uważał za optymistyczne zwycięstwo życia.
W roku 1968 odmówił emigracji. Alina wyjechała do Francji. Pozostawanie w Polsce stałoby się wiecznym zagrożeniem dla ich dzieci.
W latach 70. Edelman poznał Jacka Kuronia i Gajkę Kuroń. Zdawało się, że są skazani na konflikt. Stało się odwrotnie. Marek i Jacek zostali przyjaciółmi.
Rozmówcą był Marek trudnym, przyjacielem nieprostym. Ostry w ocenie ludzi, często niesprawiedliwy. Umiał jednak słuchać i dawał się przekonać. Często okazywało się, że jego bezkompromisowe sądy znajdują pokrycie w rzeczywistości. Złościła go hipokryzja i gniewała bezczynność w obliczu zła.
Dzielił się chlebem i whisky
Podczas wręczania mu francuskiej Legii Honorowej wygłosił mowę, w której opisywał grzechy francuskiej polityki w stosunku do Polski. Otrzymując doktorat honoris causa Uniwersytetu Jagiellońskiego, mówił o przyjaciołach: Mazowieckim, Michniku, Milewicz. Potrafił się dzielić zarówno kromką chleba, papierosem, kieliszkiem whisky, jak i sukcesami.
Był tym, który odprowadzał na śmierć Gajkę, do ostatniej chwili dając jej nadzieję. Przed kilku laty, 19 kwietnia, pod pomnikiem getta, pchał wózek schorowanego Jacka Kuronia. W tym roku sam na wózku czcił pamięć pomordowanych. Odchodził wśród przyjaciół w domu Pauli i Mirka Sawickich, którzy w ostatnim czasie stworzyli mu dom.
@RY1@i02/2009/194/i02.2009.194.000.015a.001.jpg@RY2@
Kuba Kamiński/Fotorzepa
Marek Edelman
Jan Lityński
polityk, były działacz opozycji
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu