Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Opinie

Potrzebna trzecia droga: między tradycją i awangardą

27 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 8 minut

Rozpoczynający się w środę krakowski Kongres Kultury Polskiej spełni swe zadanie, gdy doprowadzi do poważnej rozmowy między ludźmi nurtu oficjalnego a przedstawicielami niezależnego obiegu

Przedkongresowe zapowiedzi zdominowała perspektywa historyczna. Organizatorzy odwołują się - i słusznie - do słynnych obrad w warszawskim Pałacu Kultury, przerwanych 13 grudnia 1981 roku. Nie wspominają raczej - i również trudno się temu dziwić - o spotkaniu sprzed lat dziewięciu, które minęło bez większego echa. Datę też wybrano nieprzypadkowo. Mija dwudziestolecie wolnej Polski i pięciolecie naszej obecności w Unii Europejskiej. W 2011 roku obejmiemy w Unii prezydencję. Mamy więc teraz dogodny czas, aby coś podsumować i aby spojrzeć w przyszłość. Tym bardziej że obraz polskiej kultury Anno Domini 2009 jest bardziej niż kiedykolwiek różnorodny, bardziej niż kiedykolwiek wymyka się jasnym kwalifikacjom.

Można spodziewać się, że krakowski kongres może stać się areną sporu dwóch nurtów - oficjalnego, reprezentowanego przez wielkie instytucje o uznanej marce, oraz niezależnego, skupiającego oddolne, funkcjonujące bez olbrzymich nakładów inicjatywy. Tymczasem Polsce potrzebne są dziś oba te obiegi, pozostające w twórczym kontrolowanym konflikcie, ale też nawzajem się uzupełniające.

Kongres odbywa się trzy dni po zakończeniu Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni, zgodnie uznanego za najlepszy od lat. Spośród 24 konkursowych tytułów ponad połowa reprezentowała poziom przynajmniej przyzwoity, zaledwie kilka produkcji trzeba uznać za drastyczne pomyłki. Jeszcze niedawno proporcje te układały się dokładnie odwrotnie. Festiwal wygrał "Rewers" Borysa Lankosza, którego obejrzenie proponowałbym uczestnikom kongresu jako swoiste preludium do dyskusji. Rzecz dzieje się w lwiej części w okresie najbardziej mrocznego stalinizmu, a jednak młody reżyser opowiada o tym bez patosu, za to z dyskretnym śmiechem, garściami czerpiąc ze spuścizny starego polskiego kina. Całość ogląda się fantastycznie, choć przecież nie jest to seans błahy. Lankoszowi idzie bowiem o polską mitologię, jakże odległą od tej zapisanej w archiwach Instytutu Pamięci Narodowej. A przy okazji udaje mu się udowodnić, że dojrzeliśmy już do spojrzenia na naszą przeszłość bez martyrologicznej pozy, a nikt nie musi dekretować z góry jedynie słusznego tonu rozliczeń z historią. "Rewers" to kino i tradycyjne, i ożywczo świeże jednocześnie. Dowód, że da się w obrębie jednego dzieła połączyć gładko, nawet krańcowo, odmienne stylistyki.

Mogę się mylić, ale sądzę, że znaczenie debiutanckiego filmu Lankosza jest większe, niż się dziś wydaje. Mówi on bowiem, że niedawną politykę historyczną stosowaną do polskich filmów, wystaw czy telewizyjnych spektakli można wyrzucić do kosza. Jest całkiem niepotrzebna, bo wystarczy talent, wyobraźnia i wrażliwość, by o upiorach polskiej historii mówić bez podpowiedzi, do końca oryginalnie. A przy okazji zrobić to tak, by nie wdzięcząc się do widzów, ściągnąć do kin olbrzymią publiczność. Frekwencyjny sukces wydaje się murowany.

Utarło się myślenie o polskiej kulturze poprzez zbyt jednoznaczne często antynomie. Aby pozostać w kręgu kina - tutaj wystawna superprodukcja, a tam skromny film, taki jak "Rewers" na przykład. Tam pieniądze od wielu instytucji i sponsorów, a tam niemalże grosze, bo więcej nie trzeba. A jednak polskiej kultury nie da się dziś oglądać wyłącznie w czerni i bieli.

Swój przyjazd do Krakowa zapowiedzieli Bogna Świątkowska z Fundacji Bęc Zmiana i Łukasz Gorczyca z warszawskiej Galerii Raster. Reprezentują te firmy z nurtu niezależnego, którym się powiodło - dzięki swej propozycji artystycznej dostosowanej do potrzeb dynamicznego rynku znaleźli na nim stałe miejsce. Ich obecność na kongresie może mieć wymiar symboliczny. Świadczyłaby, że oręż wypadnie z ręki wszystkim tym, którzy chcieliby widzieć krakowskie spotkanie jako miejsce akademickiej stricte dyskusji wiekowych tuzów i autorytetów, niezmieniającej na przyszłość literalnie nic. W ich rozumieniu kongres to tylko medialna zagrywka ministra Bogdana Zdrojewskiego i okazja, by ci, co i tak cieszą się wyjątkowo dobrym samopoczuciem, przez najbliższe dni mieli je jeszcze lepsze. Kultura niezależna bowiem i tak stoi na straconej pozycji.

Wydaje się jednak, że owi malkontenci są w błędzie. Ze wstępnych planów wynika bowiem, że nurt nieoficjalny pojawi się na Kongresie całkiem licznie. Plany nowego sposobu finansowania kultury (w tym słynny nowy plan Jerzego Hausnera) wskazują też, że może nas czekać w niedługiej przyszłości niesprecyzowane dotąd zrównanie, choćby w dostępie do pieniędzy na realizację projektów. Niewykluczone więc, że większe powody do obaw mogą mieć wielkie instytucje, dotychczas swą niezagrożoną pozycję mające niejako z "rozdzielnika".

Myślę o tym podziale z obawami, bo głęboko wierzę, że dzisiejsza wielobarwność polskiej kultury jest jej największym atutem. Inaczej mówiąc, doceniam Teatr Narodowy, ale cieszę się międzynarodowymi sukcesami Krzysztofa Warlikowskiego. Chcę rozkwitu Opery Narodowej, ale nie lekceważę działalności niszowej aż do spodu Komuny Otwock. Lub jeszcze inaczej - z nadzieją czekam na ofertę Muzeum Narodowego pod nowym kierownictwem Piotra Piotrowskiego, ale ciekawią mnie niewielkie galerie, by wymienić tylko warszawską Czarną. Nie ma żadnego konfliktu, by podzieliły rynek między siebie, znajdując proporcjonalne do swoich potrzeb miejsce.

Kongres zdominują zapewne rozmowy o pieniądzach. Kierunek decentralizacji zarządzania kulturą proponowany przez ministra Zdrojewskiego wydaje się słuszny, ale można dostrzec w nim pułapkę. Niedobrze stałoby się, gdyby kultura w Polsce stała się tylko polem dla sprawnych menedżerów, bo oni mogą zapewnić pieniądze na niemal każdy projekt. Lepiej, żeby to jakość, a nie tylko siła przebicia autora czy organizatora, decydowała o końcowym sukcesie przedsięwzięcia. Także tu - jak przy opozycji między obiegiem instytucjonalnym i niezależnym - potrzebna jest trzecia droga, oznaczająca supremację prawdziwych artystów. Są dziedziny, i sztuka do nich należy, gdzie rynek nie zawsze ma rację.

Na koniec: oczekuję od kongresu głosu w sprawie publicznych mediów. Niedawna awantura wokół radiowej "Dwójki" wskazuje, że od polityków trzeba oczekiwać reakcji, a nie umycia rąk. Kto może tego zażądać, jeśli nie ludzie kultury?

@RY1@i02/2009/185/i02.2009.185.000.016a.101.jpg@RY2@

Stefan Okołowicz

Tomasz Tyndyk i Maja Ostaszewska w "Aniołach w Ameryce" Krzysztofa Warlikowskiego. Spektakle tego artysty to polski towar eksportowy

Jacek Wakar

jacek.wakar@infor.pl

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.