Siatkarze nie musieli liczyć na cud
Gdyby polski futbol był tak poukładany organizacyjnie jak siatkówka, to trener Leo Beenhakker nadal prowadziłby kadrę, a my cieszylibyśmy się z awansu do mundialu. Mistrzostwo Europy siatkarzy to żaden przypadek. W przeciwieństwie do naszych innych dyscyplin, w których od czasu do czasu odnosimy sukcesy, w tym przypadku nie ma mowy o szczęśliwym zbiegu okoliczności. Jest to wynik działań systemowych. Wszyscy, od działaczy poprzez trenerów, zawodników i kibiców, pchają wózek w tę samą stronę. Współpraca jest wręcz modelowa. Mamy rozsądnie prowadzone szkolenie, dobrze zorganizowane ośrodki treningowe, profesjonalną ligę z klubami systematycznie grającymi w prestiżowej Lidze Mistrzów i strategicznego sponsora, który potrafi być elastyczny i w zależności od potrzeb mobilizować zawodników dodatkowo. Okazuje się, że dla najlepszych w tej dyscyplinie Polska może być prawdziwą ziemią obiecaną. To do nas przyjeżdżają zarabiać gwiazdy z całego świata, to o pracy nad Wisłą marzy wielu najbardziej uznanych trenerów.
Tak jak w przypadku piłkarzy nie ma możliwości, aby poskoczyli powyżej pewnego poziomu właśnie w związku z organizacyjną ruiną, tak siatkarze z powodu odwrotnej sytuacji są skazani na sukces. Prędzej czy później musiało to nastąpić. Trzy lata temu sięgnęli po wicemistrzostwo świata, teraz mistrzostwo Europy, za chwilę zawalczą o olimpijskie złoto. To chyba jedyny przypadek w polskim sporcie, w którym nie musimy liczyć wyłącznie na cud.
@RY1@i02/2009/180/i02.2009.180.000.002c.101.jpg@RY2@
Cezary Kowalski
Cezary Kowalski
cezary.kowalski@dziennik.pl
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu