Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Opinie

Potrzebna obrona przed sądem, nie w ustawie

24 lutego 2009
Ten tekst przeczytasz w 6 minut

Znacznie więcej pożytku upatruję w rzetelnej analizie obowiązującego prawa i szukaniu w nim instrumentów, które poszkodowani w wyniku terminowych kontraktów sprzedaży i kupna walut mogliby wykorzystać niż w próbach skonstruowania ustawy łamiącej swobodę kontraktowania. W dodatku z mocą wsteczną. Mamy przecież wystarczająco wiele użytecznych mechanizmów zapisanych chociażby w kodeksie cywilnym, by nie sięgać po wątpliwe nowe. Jeśli natomiast chodzi o Dyrektywę MiFID (przeważnie przywoływany jest art. 19 tej Dyrektywy Parlamentu Europejskiego i Rady z 21 kwietnia 2004 r. w sprawie rynków finansowych, opublikowanej w Dzienniku Urzędowym UE L 145, mówiący o konieczności lojalnego informowania klienta przez instytucję finansową o skutkach transakcji), to niestety nie została ona jeszcze wprowadzona do polskiego porządku prawnego. Szkoda, bo byłaby to najbardziej efektywna podstawa kwestionowania skutków przynajmniej niektórych umów niszczących przedsiębiorców. Dyrektywa jest bowiem lepiej skrojona na miarę przypadków, o które toczy się walka, niż klauzula rebus sic stantibus. Zawiera ją przepis art. 3571 k.c., który mówi, że sąd może - po rozważeniu interesów stron, zgodnie z zasadami współżycia społecznego - oznaczyć sposób wykonania zobowiązania, wysokość świadczenia lub nawet rozwiązać umowę. Warunkiem jest jednak nadzwyczajna zmiana stosunków, która powoduje, że świadczenie jednej ze stron groziłoby jej np. rażącą stratą. Poza tym, by można było stosować tę zasadę, trzeba udowodnić, że strony nie mogły przewidzieć feralnego obrotu spraw.

Obawiam się więc, że kontrakty opcyjne polskich przedsiębiorców z ostatnich lat niełatwo dadzą się wtłoczyć w takie ramy. Niemniej uważam, że Dyrektywa MiFID i bez implementacji ma pewne znaczenie. Przypuszczam, że gdyby sąd orzekał w sporze związanym z umową opcyjną, to spojrzałby na sytuację także przez pryzmat tego aktu, choć oczywiście - nie stanowiąc obowiązującego w Polsce prawa - nie może on być powoływany bezpośrednio jako podstawa jakiejkolwiek interwencji.

Bez względu jednak na wszelkie niedogodności nie możemy sobie pozwolić na żaden ustawodawczy humbug, ponieważ nie da się wykluczyć, że Skarb Państwa musiałby za to słono zapłacić. Banki bowiem, o czym się często zapomina, w gruncie rzeczy są pośrednikami. Same też zawarły umowy - m.in. z instytucjami finansowymi, które są ich właścicielami. I w razie prób unieważnienia umów opcyjnych z przedsiębiorcami pojawią się skutki dla tych dalszych stosunków prawnych, niejako na wyższym piętrze. Dlatego też polskie file zagranicznych banków, które działały na zlecenie spółek-matek, zawierając kontrakty opcyjnie z klientami, nie mogą dopuścić bez walki, by ustawa rozwiązała lub unieważniła wszystkie te umowy. Przyczyna jest prosta - musiałyby wówczas wykazać niemałe straty (nawet jeśli streszczałyby się one się na wstępnym etapie do lucrum cessans, czyli do przewidywanych, lecz nieuzyskanych korzyści). Zaczęłyby się przygotowywać do wystąpień przeciwko Polsce przed międzynarodowymi trybunałami arbitrażowymi. Pozwy uzasadniłyby banki spadkiem wartości swoich aktywów. Nie mam niestety wątpliwości, że zagraniczni inwestorzy domagaliby się pokrycia tych niedoborów przez państwo polskie, gdyby unieważnienie z mocy prawa kontraktów opcyjnych przeniosło się na ich bilans skonsolidowany. Dlatego jedynym akceptowalnym ratunkiem dla przedsiębiorców są negocjacje i ewentualne wyroki sądowe w indywidualnych sprawach. Nie ma jednak powodu zapisywania tego w specustawie. Wszak renegocjować umowy można zawsze. Więc cóż to za nowa łaska? Jeżeli jednak nowa ustawa ustanowiłaby obowiązek ustalania powtórnie warunków sprzedaży i kupna walut, to nietrudno sobie wyobrazić, jaka byłaby efektywność takiego rozwiązania. Żaden przymus nie powinien tu mieć miejsca.

Przedsiębiorcy, którzy czują się oszukani lub niedoinformowani przez bank, powinni, nie czekając na nowe rozwiązania, podejmować próby ugodowe. W sytuacjach drastycznych, w razie niedojścia do porozumienia, mogą wejść w spór przed sądem. Natomiast wejście w życie ustaw w takiej postaci, jak przygotowało je Ministerstwo Gospodarki, spowodowałoby, że Polska stałaby się przedmiotem ataków inwestorów zagranicznych z sektora bankowego. Co gorsza już sama groźba wprowadzenia w życie takiej ustawy zadzwoniłaby na alarm w różnych centrach bankowości na świecie. Tamtejsi prawnicy zaczęliby przygotowywać projekty pozwów przeciwko Polsce. Tyle że - na szczęście - cały proces legislacyjny jest jeszcze przed nami.

a5364791-8d8a-4253-8d96-0f48f005f4f4-38896735.jpg
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.