Podatki stymulują gospodarkę
Gdy uderza kryzys finansowy, decydenci instynktownie sięgają nie po swoje skomplikowane modele, ale do idei stymulatora fiskalnego Johna Maynarda Keynesa. A intelektualiści spierają się, czy już czas, by pakiet stymulujący wycofać.
Być może powinniśmy odwrócić to pytanie: skoro stymulator ma być rozwiązaniem, to na czym polega problem? Można go ująć tak: zbyt wielu z nas chce zaoszczędzić pieniądze lub spłacić swoje długi. Chcemy, by inni płacili za nasze usługi, ale nie jesteśmy już tacy chętni, by płacić za ich. Arytmetyka wskazuje, że to wprowadzi gospodarkę w stan nierównowagi. Problem polega na tym, że firmy, nieufne wobec ożywienia gospodarczego, nie wykorzystują wszystkich możliwych oszczędności i nie inwestują ich w nowe projekty. Gdyby na tym polegał problem, rządowy bodziec stymulacyjny byłby rozwiązaniem.
Argumenty za stymulatorem są poważne. Oczywiście, cierpliwość rynków obligacji ma granice, a trzeba z nimi postępować ostrożnie, jeżeli chcemy, by dalej pożyczały nam pieniądze. Jednak na pakiety stymulacyjne wydano już mnóstwo pieniędzy, więc nie jest absurdem sugestia, że skoro gospodarka się odbija, to być może powinniśmy trochę przyhamować.
Mnożniki fiskalne to świetna zabawa. Jeżeli mnożnik wynosi 0,5, rządowe projekty czerpią połowę środków z aktywności sektora prywatnego, ale druga połowa wchłania zastój. Jeżeli mnożnik fiskalny wynosi 1,6, jak szacuje rada doradców gospodarczych prezydenta Obamy, mamy rządowy projekt za darmo i wzrost sektora prywatnego. A jeżeli mnożnik wynosi 2,5, jak postulował Keynes w latach 30., wydatki rządowe wciągają spowolnienie jak gąbka, powodując przy okazji szaleństwo aktywności sektora prywatnego.
Ogólna teoria Keynesa może być dziełem geniusza, ale do mnie zawsze bardziej przemawiał jego esej z 1930 roku "Możliwości ekonomiczne dla naszych wnuków". W środku Wielkiego Kryzysu Keynes przypominał: w dłuższej perspektywie trend gospodarczy jest wzrostowy. "Standard życia w krajach postępowych za sto lat będzie od czterech do ośmiu razy wyższy od dzisiejszego" - pisał. Po 80 latach obywatele USA i Europy Zachodniej są mniej więcej pięć razy bogatsi niż wtedy.
O ile więc debata o tym, jak boleśnie rządy powinny zacisnąć pasa, jest na miejscu, to mam nadzieję, że kiedy kryzys minie, będziemy pamiętać o powrocie do prognozy Keynesa. Dzięki szalonemu tempu rozwoju i tak możemy być dwa razy bogatsi niż jego pokolenie.
tłum. tk
© The Financial Times Limited 2010. All Rights Reserved
Tim Harford
publicysta "The Financial Times"
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu