Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Opinie

Trzeba szybko powstrzymać otyłość

3 lipca 2018
Ten tekst przeczytasz w 3 minuty

Kilka lat temu opublikowałem w "FT" felieton "Jak stracić wagę? Wszyscy to wiemy". Współczesne życie z siedzącym trybem pracy i wszechobecną ofertą żywnościową tuczy nas po kryjomu.

Jednak wszyscy wiemy, co z tym zrobić: jeść mniej i ćwiczyć więcej. Proste, prawda?

Niestety nie, co pokazuje książka Davida Kesslera, pediatry i byłego komisarza amerykańskiego Urzędu ds. Żywności i Leków. W "Koniec z przejadaniem" Kessler nie pozwala nikomu z nas uciec przed odpowiedzialnością. Autor, sam niegdyś przesadzający z jedzeniem, podrzuca nam kilka pomocnych pomysłów na zbicie wagi. Jednak powodem, dla którego schudniecie pozostaje takim wyzwaniem, jest fakt, że dzisiejsza żywność domaga się, byśmy jedli jej coraz więcej. Kessler nie uważa, by koncerny spożywcze koniecznie rozumiały neurologiczne przyczyny przejadania się. Po prostu eksperymentują tak długo, aż nie odkryją, co smakuje nam najbardziej. W 1994 roku Amerykańskie Stowarzyszenie Medyczne informowało o "dramatycznym wzroście" ludzkiej wagi. Od tego czasu branża spożywcza stworzyła najbardziej atrakcyjną kombinację tłuszczu, cukru i soli. Właściwe połączenie tych trzech pierwiastków daje "wartość hedonistyczną", co oznacza, że przynosi intensywną przyjemność. - Czy projektujecie jedzenie specjalnie w tym celu? - pyta Kessler menedżera z branży spożywczej. - Absolutnie tak - pada odpowiedź. Taka mieszanka przemawia nie tylko do naszych smaków. Stymuluje również reakcję chemiczną w mózgu, pisze Kessler, podobną do wywoływanej przez morfinę i heroinę.

Nie do końca mnie to przekonuje. Heroinista dokona włamania, żeby zdobyć pieniądze na następną działkę. Są ludzie, którzy kradną, by kupić jedzenie, ale zazwyczaj robią to dlatego, że są głodni, a nie dlatego, że desperacko potrzebują piątego opakowania czekoladowych herbatników. Jednak kompulsywna siła dzisiejszego jedzenia każe nam się nad nim przez chwilę zastanowić.

Niektórzy argumentują, że jeżeli ludzie są grubi, to jest to tylko i wyłącznie ich sprawa. Ograniczanie tłustego jedzenia w szkołach nie ma związku z tym, że dorośli powinni mieć wolność dogadzania sobie. W przeciwieństwie do pijaków ludzie otyli nie zamieniają w sobotnią noc centrów miast w strefę zamkniętą. W odróżnieniu od palaczy nie narażają innych na działanie produkowanych przez siebie czynników rakotwórczych. Cierpią jednak na zawały, nadciśnienie, mają wysoki cholesterol i cukrzycę. Coraz częściej też wychowują otyłe dzieci.

Ludzie muszą brać odpowiedzialność za siebie i rodziny, ale muszą też wiedzieć, co jest w ich jedzeniu.

W 2008 roku Nowy Jork nałożył na wszystkie sieciowe restauracje w mieście obowiązek podawania liczby kalorii przy posiłkach w menu. Analiza kawiarni Starbucksa przeprowadzona przez Uniwersytet Stanforda pokazała, że kiedy klienci znali liczbę kalorii, kupowali zdrowsze jedzenie. Średnia liczba kalorii na konsumenta spadła o sześć procent. Wśród tych, którzy wcześniej kupowali artykuły najbardziej kaloryczne, spadek wyniósł 26 procent. Reforma zdrowotna prezydenta Obamy nałoży na wszystkie amerykańskie sieci restauracji obowiązek informowania o kaloriach.

A co z jedzeniem, które kupujemy? Przeanalizowałem swoje zakupy w supermarkecie. Większość informacji potrzebnych do dokonania sensownego wyboru jest dostępna: zawartość soli, cukru, tłuszczu. Potrzeba tylko dobrego wzroku (druk może być mały) i kilku minut na dokonanie obliczeń.

Problem w tym, że ich poprawne przeprowadzenie może znacznie wydłużyć zakupy. Jest łatwiejsza droga, przyjęta przez część brytyjskich sieci handlowe, którą można nazwać "światłami drogowymi". Nalepki pokazują, ile tłuszczu, soli i cukru znajduje się produkcie, przy czym czerwone kółko oznacza wysoki poziom, żółte średni a zielone niski.

W marcu komisja Parlamentu Europejskiego odrzuciła propozycję wprowadzenia tego rozwiązania w całej UE. W liście do "FT" Konfederacja Producentów Żywności i Napojów napisała, że "skomplikowana kompozycja odżywcza jedzenia i jego miejsce w diecie nie mogą być zredukowane do prostego koloru". Można powiedzieć, że odrobina roztopionego sera na kanapce jeszcze nikomu nie zaszkodziła. Jeżeli branża spożywcza chce szczegółowiej informować o wartościach odżywczych, nikt jej tego nie broni. Jednak światła drogowe to pożyteczne rozwiązanie dla tych, którzy w pośpiechu opróżniają sklepowe półki, by nakarmić rodzinę. Biorąc pod uwagę skalę kryzysu otyłości, wydaje się to proporcjonalnym rozwiązaniem.

tłum. TK

© The Financial Times Limited 2010. All Rights Reserved

Michael Skapinker

publicysta "Financial Timesa"

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.