Dziennik Gazeta Prawana logo

Spotkanie na środku Atlantyku

27 czerwca 2018

Republikanie oskarżają Baracka Obamę, że próbuje zmienić Amerykę w Europę. Zarzut nie jest bezzasadny.

Całościowa reforma systemu opieki zdrowotnej jest ruchem w kierunku europejskim. Choć wielu demokratów boi się o tym mówić głośno, chcą oni przybliżyć USA do europejskiej normy.

Ale której europejskiej normy? Zacznijmy od tego, że różnica pomiędzy USA i Europą jest wyolbrzymiana. W całej Europie wyborcy postrzegają opiekę zdrowotną jako swoje podstawowe prawo. Ten aspekt amerykańskiej wyjątkowości zawsze wydawał im się dziwaczny. Jednak pod innymi względami europejskie rządy - z lewa, z prawa i z kierunków pośrednich - zawsze miały wiele podziwu dla amerykańskiego kapitalizmu.

Moment na reklamowanie tego modelu nie jest najlepszy, ale to się zmieni. Wiele krajów europejskich zmierza w okolice środka Atlantyku. Przez lata ich rządy prywatyzowały i deregulowały. Cięły podatki dla biznesu. Obniżały najwyższe stawki podatku dochodowego. Wiele próbowało przenieść się dalej na zachód i nie bez pewnych sukcesów. Potrzeba czegoś więcej niż Wielkiej Recesji, by je zawrócić z tej drogi.

Stany Zjednoczone także wchodziły w morze. Kiedy komentatorzy mówią o rozmiarach rządu w USA i Europie, często porównują amerykańskie wydatki federalne ze skonsolidowanymi wydatkami rządowymi w innych krajach. Właściwe byłoby jednak uwzględnianie wydatków amerykańskich stanów i samorządów, które są ogromne i dalej rosną; luka się zawęża.

Obecne dane są zniekształcone przez potężny, ale czasowy skok amerykańskich wydatków, spójrzmy więc na rok 2007: ogólne wydatki amerykańskiego rządu wynosiły w owym roku 37 proc. PKB. W przypadku Niemiec było to 44 proc. Średnia dla strefy euro wyniosła 46 proc. Jest różnica, ale to nie oceaniczna przepaść. A Demokraci jeszcze wtedy nie rządzili.

Rozważmy skalę ambicji Obamy i fiskalne zagrożenia związane z reformą zdrowotną. Rozpoczynają się dyskusje o nowych podatkach, w tym o podatku od wartości dodanej. USA mogą się spotkać z częścią Europy zmierzającą z przeciwnego kierunku.

Możliwe, że jeżeli tak się stanie, USA będą zadowolone z rezultatów. Konwergencja w wydatkach publicznych nie jest jednak najbardziej interesującą częścią tej spekulacji. Znaczenie ma to, w kierunku której europejskiej normy USA mogą podążyć. I tu leży większe niebezpieczeństwo.

Przez lata niektóre europejskie rządy skutecznie łączyły wzrost gospodarczy z interwencjami na rzecz ograniczenia nędzy i nierówności. Warunki tej wymiany były łagodniejsze w Danii czy Holandii niż w Wielkiej Brytanii. Różnica polega na społecznej spójności i solidarności. Kierunek społeczny - w tym silne związki zawodowe - sprawdza się dobrze, kiedy wspiera go centrowy konsensus.

Ameryka nie jest krajem homogenicznym. Dzieli się na grupy interesów, afiliacje kulturowe, rasy. Jeżeli chodzi o relacje gospodarcze, pomyślcie, jak osłabione amerykańskie związki zawodowe zniszczyły przemysł motoryzacyjny w USA; zobaczcie, jak duszą szkoły. Pod tym względem USA mają więcej wspólnego z Wielką Brytanią w okolicach roku 1976 niż z Niemcami czy Skandynawią.

Ameryka jest w istocie wyjątkowa. Energia, napęd, etyka pracy Amerykanów są znane. Jednak biorąc pod uwagę ostatnie turbulencje, spolaryzowaną scenę polityczną i europejskie ambicje, radziłbym uważać.

tłum. TK

© The Financial Times Limited 2010. All Rights Reserved

Clive Crook

publicysta "Financial Timesa"

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.