Dziennik Gazeta Prawana logo

Problem z krótkowzrocznością Merkel

27 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 3 minuty

Europę znowu prześladuje kwestia niemiecka. Obudziła się stara neuroza. Problem, który od tak dawna dręczył Europejczyków, powrócił w nowym przebraniu.

Konflikt między Niemcami a ich partnerami wychodzi poza spór o obowiązki państw z wysokimi i niskimi deficytami budżetowymi. Dotyka również sojuszu francusko-niemieckiego, niegdyś ważnego motoru napędowego integracji europejskiej. Prezydent Francji Nicolas Sarkozy wciąż ma wizję Europy jako globalnego gracza - podmiotu, którego sile gospodarczej dorówna kiedyś znaczenie polityczne. Tymczasem pani kanclerz woli spokojne życie.

To właśnie Merkel najbardziej upierała się przy tym, aby przewidziany przez traktat lizboński nowy urząd prezydenta Unii Europejskiej pełniła polityczna płotka. Nowe Niemcy mają węższe - niektórzy by powiedzieli, że egoistyczne - spojrzenie na swoje interesy. Wyzbyły się brzemienia winy, które kształtowało pokolenie powojenne. Berlin nie chce już dłużej płacić za wybujałe ambicje innych. Zamiast dynamicznej unijnej polityki wobec Rosji Władimira chce utrzymywać przyjazne stosunki dwustronne z Moskwą.

Tym samym wspólna polityka energetyczna, za którą optują środkowoeuropejscy sąsiedzi Niemiec, uchodzi za groźną dla bilateralnych porozumień Berlina z Moskwą. Z tego samego powodu UE - NATO zresztą też - musi przystopować z przyjmowaniem nowych członków z dawnej strefy sowieckiej, a Turcja (tutaj Merkel znajduje sojusznika w Sarkozym) musi czekać całe wieki na obiecane jej 50 lat temu członkostwo.

Pasywny Berlin siedzi sobie wygodnie pod amerykańskim parasolem bezpieczeństwa, ale chce usunąć ze swego kraju broń jądrową USA. Ugiął się pod presją i wysłał wojska do Afganistanu, ale pod warunkami obliczonymi na pokazanie, że misja jest jednorazowym wyjątkiem. Jednocześnie inne, asertywne Niemcy mówią, że zasady strefy euro nie mogą wynosić wspólnego interesu ponad narodowy.

Jesteśmy świadkami nieuniknionej transformacji. Druga połowa XX w. była wyjątkiem i teraz Niemcy są "normalnym" krajem. Czy Europa będzie miała prawo się skarżyć, jeśli uznają, że chcą być taką większą Szwajcarią?

Osobom obdarzonym historycznym uchem karcenie Niemiec za brak ambicji brzmi dziwne. Czy partnerzy najpotężniejszego kraju na kontynencie naprawdę chcą, żeby zaczął się panoszyć? Czy nie temu chcieli położyć kres ojcowie założyciele, tworząc Wspólnotę Węgla i Stali?

Wcześniejsze próby powstrzymywania niemieckich ambicji metodami niedobrowolnymi kończyły się katastrofalnymi porażkami. Fatalny schemat został przełamany tylko dzięki podziałowi Niemiec oraz integracji europejskiej - to drugie było przejawem wyjątkowego geniuszu pokolenia amerykańskich i europejskich polityków.

Żadne zawirowanie nie naruszyło dotąd fundamentu projektu europejskiego: gotowości Niemiec do utożsamiania swoich interesów narodowych z europejskimi. Układ ten połączył niemiecką potęgę gospodarczą z francuskim przywództwem politycznym.

Kanclerz Merkel podważa ten układ polityką nie ekspansjonizmu, lecz chowania się w ciepłych pieleszach niemieckich interesów. Wiele dyskutuje się o tym, jaka Europa wyłoni się z epoki burzliwych zmian. Ważniejsze jest to samo pytanie - ale w odniesieniu do Niemiec.

tłum. T.B

©The Financial Times Limited 2010. All Rights Reserved

Philip Stephens

publicysta Financial Times

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.