Davies: każdemu zdarza się mylić fakty
Sprawa Ryszarda Kapuścińskiego to w Wielkiej Brytanii bardzo gorący temat, dziś (czwartek - red.) była czołówką głównego programu informacyjnego BBC. W Polsce najwięcej mówi się o jego rzekomych kłamstwach. Ale u was w ogóle słowo "kłamstwo" jest nadużywane. Polacy wierzą, że istnieje absolutna prawda i że wszystko, co odchodzi odrobinkę od tego ideału, jest nieprzyzwoite. Mnie nie razi, że u Kapuścińskiego są różne licencje poetyckie. W różnych przypadkach jego pamięć mogła go zawodzić, wiele podróżował przez miesiące. Weźmy taki przykład: Kapuściński twierdzi, że w Jeziorze Wiktoria pojawił się nowy gatunek wielkich ryb po tym, jak siepacze Idy Amina wrzucali do wody ciała swoich ofiar. Okazało się jednak, że tak naprawdę już wcześniej, za czasów kolonialnych, Brytyjczycy wpuścili do jeziora nowy gatunek ryb. Czy z takiej historii mamy wyciągnąć wniosek, że całe dzieło Kapuścińskiego jest nic niewarte, bo on się pomylił co do jakiś ryb? Ja sam, będąc historykiem, czasem mylę fakty. Każdemu to się zdarza. Pytanie czy to pomyłka, czy też z góry wiedział, że pisze nieprawdę. Tego nie wiem. Ale po książce Domosławskiego nie będę myślał źle o Kapuścińskim.
Oczywiście jest też motyw konfabulacji na swój temat. Poznałem Kapuścińskiego, kiedy przeszedł do wydawnictwa Znak w Krakowie, gdzie też publikuję. Był gawędziarzem, lubił siedzieć latem pod parasolem i opowiadać bardzo barwnie. Mój ojciec też miał taki talent. Pamiętam wspominki w domu, kiedy moja siostra ciągle mówiła: tato, przecież nic takiego się nie stało...
Sprawa jego współpracy ze służbami specjalnymi wydaje się oczywista, ale go nie kompromituje. Czy jego lewicowe sympatie podważają wiarygodność opisów prawicowych dyktatur? Nie. Każdy pisarz ma ze sobą bagaż krajowych doświadczeń, które może dodać do tego, co tworzy, jeżdżąc po świecie. Trzeba to sprawdzić dokładnie. Dla mnie to cud, że Polak w latach stalinowskich mógł wyjechać, zobaczyć te różne egzotyczne kraje i przywieźć informacje o nich dla swojego zamkniętego narodu. On świadomie używał roli korespondenta aparatu komunistycznego (niezależnych gazet wtedy nie było), aby zobaczyć ten nieznany świat. Zapewne był kuszony, by ubarwiać to, co widział, ale o tym wiemy jeszcze za mało. Bardzo dużo zależy nie od samych słów, tylko od tonu, jakiego pisarz używa. Miałem taki problem ze swoją książką o Powstaniu Warszawskim. Zarzucano mi, że o tę tragedię dla Warszawy oskarżam Armię Krajową. Musiałem tak napisać swoje wątpliwości, żeby mimo krytyki dla tej całej akcji, pokazać też szacunek dla ludzi, którzy walczyli.
Oczywiście jest też zamieszanie o wątek obyczajowy. Kiedy byłem młodszy, takich rzeczy po prostu się nie pisało. Ale dziś wszystko zależy od proporcji. Można opisać romans delikatnie, z szacunkiem dla ludzi, którzy w nim uczestniczyli, albo robić niepotrzebną sensację. Wydaje mi się, że pisarz, który nie miałby takich epizodów w swojej biografii, byłby trochę dziwaczny. I jeśli biograf celowo omija te wątki, które są ważne w życiu pisarza, pachnie to fałszem.
@RY1@i02/2010/045/i02.2010.045.186.003b.001.jpg@RY2@
Fot. Paweł Ulatowski
Norman Davies, historyk
not. Jędrzej Bielecki
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu