Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo

Medalowe nadzieje, czyli między logiką a wiarą

29 czerwca 2018

W sobotę ruszają zimowe igrzyska olimpijskie w Vancouver i trochę chce mi się śmiać, gdy czytam prawie w każdej polskiej gazecie, ile to medali mamy przywieźć z tych zawodów. I to nie dlatego, że nie jestem patriotą, wręcz przeciwnie, ubolewam, że narodowa megalomania nie może nas opuścić pomimo niewątpliwego postępu cywilizacyjnego naszej ojczyzny.

Stara to nasza choroba i znana przywara związana z kompleksami maluczkich - chęć stawania na palce i równania się z tymi wyższymi. Więc liczenie na cztery złote i kilka mniej szlachetnych medali w kraju, w którym dopiero co zaczyna się powszechnie kupować narty biegowe, uważam za niedorzeczność. Rozmawiałem tuż przed wyjazdem do Kanady z prezesem PKOl Piotrem Nurowskim i jego nadzieje, na szczęście, są bardzo rozsądne. Ograniczają się do jednego złotego medalu Justyny Kowalczyk i może drugiego srebrnego lub brązowego innego zawodnika lub zawodniczki. I powiem szczerze, gdyby dzisiaj ktoś nam to obiecał, powinniśmy brać w ciemno taki dar losu, bo walka w Vancouver będzie nie na żarty.

Dzisiaj każdy krążek olimpijski to już nie efekt starań jakiegoś sportowca czy związku, ale polityczne wyzwanie dla rządów nawet największych mocarstw. Sport służy od lat polityce, a igrzyska w Pekinie potwierdziły, że nic w tej materii się nie zmieniło. Dlatego końskie zdrowie pani Justyny to może być za mało, aby z Kanady do Polski przywieźć worek z medalami.

Chłodząc nie tylko swoją głowę przed zbytnio rozbudowanymi nadziejami, przypominam sobie, jak w 1974 roku, przed finałem piłkarskich MŚ w Niemczech, faworyzowani Holendrzy wydrukowali kilkaset tysięcy znaczków pocztowych z napisem: "Holandia mistrzem świata 1974". Mieli prawo do nadziei, bo na ów czas mieli najcudowniejszą drużynę w historii futbolu z Cruyffem, Neeskensem i Krolem na czele. Wbrew logice wygrali jednak Niemcy i w Holandii długo nikt nie chciał uwierzyć w to, co się stało.

Może dlatego nie obarczajmy zbyt wielką odpowiedzialnością za sukces Justyny Kowalczyk, a zwłaszcza Adama Małysza czy Tomasza Sikory. Będzie, co będzie. Cieszmy się, że nasi startują, i niech walczą o jak najlepsze miejsce dla Polski. Tak jak bobslejowa załoga Dawida Kupczyka, o której niewielu wie, że w ogóle jest w Vancouver. Oni raczej nie mają szans na medal, ale na pewno będą walczyć, jakby podium było w zasięgu. Pokazali to już w zawodach o Puchar Świata.

I to chyba jest najważniejsze. Tak niedawno piłkarze ręczni Bogdana Wenty udowodnili, że nie trzeba zdobyć medalu, żeby być kochanym przez polskich kibiców. Trzeba tylko w walce o medale dać z siebie wszystko. I tylko tego życzę polskim sportowcom w Vancouver.

@RY1@i02/2010/030/i02.2010.030.000.013b.001.jpg@RY2@

Fot. M. Biczyk/Newspix.pl

Marian Kmita

Marian Kmita

dyrektor sportu w Polsacie

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.