Zasady nieaferalnego załatwiania
Na wsi, gdzie mieszkam, oraz w pobliskim miasteczku (15 tysięcy mieszkańców) z wyjątkiem zaprzyjaźnionego z nami hydraulika nikt nie rozmawia o aferze hazardowej.
FELIETON
Dlatego że nikogo to nie obchodzi oraz dlatego że w ramach tej niewielkiej społeczności wszystko się załatwia. Najczęściej zresztą nie ma w tym ani śladu naruszenia prawa, chociaż marny los tego, kto by nagle się sprowadził i nikogo nie znał. Znać trzeba nie tylko władze samorządowe, ale także dobrze jest znać panie w sklepie mięsnym, w drobiowym oraz w kosmetycznym, znać fryzjerkę i warsztat samochodowy, krawcową i kaletnika - a wtedy niemal wszystko można zamówić przez telefon, a czasem i załatwić. No i oczywiście sąsiadów, którzy zresztą są niemal zawsze pomocni i życzliwi, jeżeli tylko nie piją nadmiernie, co się - o dziwo! - coraz rzadziej zdarza, zwłaszcza w nieco młodszym pokoleniu.
Zasada załatwiania opiera się na rozbudowanej i skomplikowanej sieci znajomości, tak że w sumie wszyscy znają jakoś wszystkich. Tylko w niektórych sklepach i supermarketach panuje atmosfera niemal anonimowa (chociaż i tam pracują znajomi). Wszędzie indziej natykamy się na koneksje i wprawdzie dokonujemy normalnych transakcji kupna-sprzedaży, ale stanowią one formę kontaktu międzyludzkiego, kiedy to omawia się przepisy kulinarne czy też kto potrafi dobrze naprawić antenę telewizyjną, chociaż na razie nie ma potrzeby jej naprawiania. A dojazd do naszego domu, położonego z dala od wsi, pod lasem, jest odśnieżany po wykonaniu odpowiednich telefonów, ale bez zbędnych przeszkód.
Otaczający nas ludzie, z którymi załatwiamy najrozmaitsze rzeczy (a to potrzeba kilkunastu kafli i znajomy znajomego ma je na podwórku, a to zabrakło tafli styropianu, ale ktoś ją załatwi), nie są wcale naszymi bliskimi znajomymi, których tutaj praktycznie nie mamy. Nie spotykamy się z innych niż praktyczne powody, nie zapraszamy się nawzajem do domów. Wprawdzie nikt tu specjalnie nie orientuje się, co ja robię, i nikogo to nie obchodzi, ale domowe wizyty mają raczej charakter rodzinny, a my jesteśmy z tego punktu widzenia obcy. I to nam bardzo odpowiada.
Czasami ci, którzy nam coś załatwiają, proszą o rewanż, najczęściej w postaci pożyczenia jakiejś książki potrzebnej na studiach zaocznych lub rady dotyczącej spraw urzędowych (chociaż nasza kompetencja jest w tym zakresie niska). Nie ma jednak żadnych form twardego zobowiązania w zamian za załatwienie. Załatwianie jest podstawową formą kontaktu międzyludzkiego i utrzymuje silne więzi w ramach tej społeczności. Socjologowie od dziesięcioleci opisywali zasady wymiany społecznej. Załatwianie to właśnie taka wymiana.
Nikt też nie zwraca uwagi na legalne aspekty załatwiania i wymiany usług. Nie wiem, czy młodzieniec, który nanosi nam drzewa do pieca i dostanie dwadzieścia złotych, zgłasza to do urzędu podatkowego, ale raczej wątpię. Olbrzymia część obiegu finansowego odbywa się w ten sposób, wyjąwszy tych, którzy muszą mieć kasy fiskalne. Po huraganie, jaki się zdarzył minionego roku, jeździł po okolicy przenośny tartak (poniemiecki!) i ciął pnie na deski. Nie kosztowało to drogo, ale o rachunkach nie było mowy. Czy to jest oszukiwanie państwa? Zapewne tak, ale nie da się żyć inaczej, skoro wszyscy tak postępują. Zresztą państwo i tak swoje wyciągnie od obywateli na inne sposoby.
Czy takie życie w niewielkiej lokalnej społeczności jest przyjemniejsze od życia w wielkim mieście? Dla nas tak. Ale nie chodzi o tak chętnie przez publicystów i myślicieli politycznych postulowane życie wspólnotowe. To nie jest wspólnota ani ducha, ani polityki, ani narodu. To jest tylko wspólnota pragmatycznej życzliwości. Wszyscy wiedzą, że warto coś komuś załatwić, bo tylko tak można sprawy posunąć do przodu. Czy przy tej okazji dochodzi do karalnych nadużyć? Zapewne tak, ale na minimalną skalę, i nie na tym załatwianie polega. Polega na tym samym, co na innym poziomie określa się mianem afer, tyle że na poziomie społeczności lokalnej nikt nie stara się nikomu celowo zaszkodzić ani czegokolwiek załatwić tylko dla siebie. Ten świat jest bardzo daleko od świata medialnej polityki. Kto tego nie wie, ten nie zna Polski.
@RY1@i02/2010/018/i02.2010.018.000.014b.001.jpg@RY2@
Marcin Król
Marcin Król
jest filozofem, historykiem idei, profesorem Uniwersytetu Warszawskiego
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu