Dziennik Gazeta Prawana logo

Etatowy kandydat publiczności

2 lipca 2018

Włodzimierz Cimoszewicz jest najbardziej zagadkowym polskim politykiem. Jego zagadkowość bierze się z autentycznej niezależności, którą sobie z biegiem lat wypracował.

Mimo że formalnie jest człowiekiem biograficznie i do niedawna organizacyjnie związanym z partią postkomunistyczną, to trzeba mu przyznać, że zrobił wszystko, by pozbyć się tej pępowiny. Kropkę nad i w zabiegach o taki wizerunek postawił w ostatnich wyborach do Senatu, wygrywając je jako kandydat niezależny. Tym samym Cimoszewicz stał się jedynym senatorem niewystępującym w tej kadencji w kostiumie PO bądź PiS.

Mimo że od lat nie stoją za nim żadne hufce partyjne, jest on stałym ulubieńcem publiczności, która w kolejnych sondażach daje temu wyraz. Gdyby SLD miał taką sympatię wyborców jak prawnik z Puszczy Białowieskiej, to nie pałętałby się na scenie politycznej tuż nad progiem wyborczym, lecz szykował do tryumfalnego powrotu na salony rządowe. Widać jednak, że to, co może Cimoszewicz, tego nie może lewica. Mimo że polityk ten wielokrotnie zażegnywał się, że nie będzie kandydował na urząd prezydenta, to gdy tylko którakolwiek z pracowni badania opinii publicznej wstawi jego nazwisko do rankingu pretendentów, natychmiast lokuje się on na drugim bądź trzecim miejscu. Czy wobec tego można mówić o zauroczeniu polskich wyborców Włodzimierzem Cimoszewiczem? Sądzę, że w tej postawie wyborców zawarta jest nadzieja, by mimo wszystko był on obecny na polskiej scenie.

Gdybym miał szukać aktualnego odpowiednika politycznego dla Cimoszewicza, czyli osoby, która w równie spektakularny sposób nie uczestnicząc w życiu politycznym, jest w nim potencjalnie obecna, to mógłbym wskazać jedynie na Andrzeja Olechowskiego.

Gdy cztery już lata temu pan Włodzimierz mocno pokiereszowany przez rywali, metodą gry na faul, odchodził z kampanii prezydenckiej 2005 roku, powiedział wprost publicznie: odchodzę z powodu stylu tej kampanii, mimo że jestem najlepszym kandydatem. Koniec kropka. W takim przypadku inny polityk polski zostałby wyśmiany. Tymczasem wyborcy najwyraźniej uznali, że to on miał rację, a nie jego konkurenci.

Gdyby rzecz związana z zagadkowością Cimoszewicza sprowadzała się tylko do powyższych konstatacji, byłoby to ciekawe, lecz nie zagadkowe. Tymczasem w tamtym roku zadziwił wszystkich ogłoszony urbi et orbi flirt premiera Tuska z ekspremierem, ministrem (spraw zagranicznych, sprawiedliwości), a także byłym marszałkiem Sejmu Włodzimierzem Cimoszewiczem. Flirt był zaskakujący, bowiem pani Jarucka - prześladowczyni, jak pamiętamy, obecnego senatora - znalazła się na ringu przedwyborczym w roku 2005, z pakietem pomówień przeciwko niemu, z poduszczenia polityków Platformy. W takiej sytuacji wszelkie kontakty między szefem PO a Cimoszewiczem nie powinny mieć już miejsca. Tymczasem, cóż za siurpryza, obaj panowie spotkali się, a następnie z komunikatu prasowego wynikało, że pan Cimoszewicz zostaje rządowym kandydatem na sekretarza Rady Europy. Prasa spekulowała, że Tusk postanowił elegancko pozbyć się konkurenta. Mimo że pan Cimoszewicz nie został wybrany, podkreślił, że rząd grał z nim fair. W ten sposób więzi polityczne i towarzyskie zostały zadzierzgnięte serio i uprawnione jest twierdzenie o rysujących się całkiem realnie w przyszłości perspektywach współpracy premiera z niezależnym senatorem. Dziś mowa jest o specjalnym doradztwie Włodzimierza Cimoszewicza dla rządu. Nie wiemy jeszcze, jaki konkretny kształt ta współpraca przyjmie, ale po doświadczeniach ze współpracy Władysława Bartoszewskiego z premierem można oczekiwać jakichś interesujących rozwiązań nie tylko dla pana Włodzimierza i premiera, lecz także dla kraju. To dobry sygnał. Dowodzi, że w epoce wszechwładnego partyjniactwa pojawia się perspektywa korzystania rządu z walorów polityków innej opcji.

Na tym można by zakończyć dywagacje, gdyby nie cisnące się pytanie: dlaczego prominentny polityk lewicy, z którą był związany w najlepszych swych latach, dziś nie tylko ją opuścił, lecz dodatkowo nawiązał współpracę z prawicowym i liberalnym premierem? Czy można mówić o zdradzie przez Cimoszewicza starych sztandarów?

Cimoszewicz pośrednio na to pytanie już odpowiadał, krytykując bez ogródek obecne kierownictwo SLD. Obwiniał je o brak wizji, niedostosowanie do zmieniających się warunków politycznych, ekonomicznych i socjalnych. A na karesy z ulicy Rozbrat w Warszawie odpowiadał negatywnie. Dlaczego?

Cimoszewicz od dawna zdawał sobie sprawę, że lewica w kształcie zafundowanym jeszcze przez Kwaśniewskiego, Millera i Oleksego się przeżyła. Wyczerpała swe możliwości i stąd przede wszystkim wzięła się jej czteroletnia trauma polityczna.

Sojusz, jak się okazało, był stworzony głównie z myślą o obronie środowiska postkomunistów, którzy do nowej Polski albo nie byli w pełni przekonani, albo po jej narodzinach czuli się zaniepokojeni, a to perspektywą rozliczeń, a to wyrównywania rachunków ze strony dawnej opozycji. Z tego zadania partia postkomunistyczna, utworzona z przytupem w styczniu 1990 roku na pogrzebie Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, wywiązała się, jak pamiętamy, sprawnie. Kwaśniewski okrzyknięty został nawet Mojżeszem towarzystwa z Rozbrat.

Można powiedzieć, że dzięki tej partii Polska się rozwijała w miarę spokojnie, nie doszło bowiem u nas do masowego wykluczenia ludzi związanych z dawnym reżymem. Takie wykluczenie, pamiętajmy, bardzo źle przyjęłaby Europa, w której nie było skłonności do radykalnego rozliczenia się z ludźmi dawnego systemu. Natomiast gdyby nie siła i pozycja SLD w Polsce, prawdopodobnie stałoby się inaczej. Próba przekreślenia pokojowej ewolucji, dokonana przy okazji fundowania przez braci Kaczyńskich IV RP, jest tego najlepszym przykładem.

Cimoszewicz doskonale rozumie istotę tego procesu. Rozumie także to, co mogło się stać w Polsce w ostatnim czteroleciu. I w związku z tym szuka dziś dla siebie miejsca do działania. Polityk jego rangi i o jego przemyśleniach z pewnością może się Polsce przydać. Do tego nie jest niezbędna prezydentura. Jednocześnie jednak stosownego miejsca dla owej służby publicznej nie zapewni mu sklerotyczna, mimo młodego wieku liderów, lewica z Rozbrat. Stąd jego otwarcie na oferty płynące ze strony racjonalnie myślącego premiera Donalda Tuska, który w pierwszej kolejności chce budować, a nie burzyć.

Trzeba wprost powiedzieć, że pierwsze kroki w tym kierunku, i to nie tylko przez niego, zostały już poczynione. Wiemy, że zarówno Tomasz Nałęcz, jak i Andrzej Olechowski oświadczyli, że w sytuacji, w której będzie realny wybór któregoś kandydata z tej trójki - uzupełnia ją właśnie Cimoszewicz - są skłonni ustąpić miejsca najlepszemu z pośród siebie i scedować na niego swe głosy. Trzeba przyznać, że jest to realny scenariusz. Przed rejestracją kandydatów, a więc późną wiosną, może się okazać, że na przykład pewnymi kandydatami do drugiej tury są Donald Tusk bądź inny desygnowany przez niego kandydat oraz Lech Kaczyński. I przewaga kandydata Platformy nad Kaczyńskim jest niewielka. I wtedy można sobie wyobrazić, że na wiadomość o tych prognozach w szrankach wyborczych nagle pojawia się Włodzimierz Cimoszewicz, rejestruje swą kandydaturę i w pierwszej turze wyborów odbiera perspektywę balotażu.... Lechowi Kaczyńskiemu.

Jak na razie takiego biegu wydarzeń nie wyklucza sam Cimoszewicz. Czy jest on realny - z pewnością. Czy prawdopodobny? To zależy... Jedno jest pewne: taki scenariusz wywołałby rewolucję mentalną i programową w SLD i na lewicy. Sądzę, że byłaby ona zgodna z naszym interesem narodowym. Polsce potrzebna jest bowiem prawdziwa i sprawna lewica.

@RY1@i02/2010/008/i02.2010.008.000.0014.001.jpg@RY2@

Donald Tusk najpewniej będzie miał dla Włodzimierza Cimoszewicza ciekawą propozycję - przekonuje Rolicki

Fot. Witold Rozbicki/Reporter

@RY1@i02/2010/008/i02.2010.008.000.0014.002.jpg@RY2@

Janusz Rolicki, publicysta

Fot. Burzykowski/Newspix.pl

Janusz Rolicki

publicysta

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.