A może jednak dacie nam popalić?
Byłem w Londynie tej nocy, gdy zaczął obowiązywać zakaz palenia w pubach. O północy, jak na komendę, z lokali wyszli palacze, by oddawać się swej cuchnącej namiętności na bruku.
Dobrze im tak? Londyn nie był ani pierwszy, ani ostatni. W wielu krajach Europy palacze wyrzuceni przez postępowe ustawy za drzwi kawiarni i restauracji ćmią sobie przy stolikach, na trotuarach, podgrzewani przez specjalne grzejniki, od których zaroiło się w Paryżu i innych miastach. Jak zwykle grzech i upadek ląduje na ulicy. Wkrótce tak może być i w Polsce.
Palenie szkodzi. Kto pali, wie dobrze, że krzywdzi swoje ciało. Czasem wybiera świadomie - może zdrowie jest dla niego (do czasu) mniej ważne niż ten nastrój grzesznej wolności, który towarzyszy kurzeniu tytoniu, na przekór dobrym radom i rozsądkowi? Bo nie każdy chce być do końca porządny, racjonalny i posłuszny. Jakaś przekora, jakaś pokusa anarchii sprawia, że są na świecie zatwardziali palacze. Inni, mniej zatwardziali, palą, bo im to jakoś pasuje, jakoś komponuje się z ich poczuciem tego, kim są lub chcieliby być. Palenie dla wielu ludzi jest ważne.
Nie róbmy idiotów z siebie i z innych. Każdy wie, że palenie rujnuje zdrowie. Nie upokarzajmy się wzajemnie eksponowaniem drastycznych obrazków przedstawiających grozę nałogu tytoniowego, jakby chodziło o jakąś haniebną herezję. Bo czyż nie nazbyt dosłownie zapał biurokratów i posłów do epatowania nas obrazami upadku, jaki ściąga na zbłąkane owieczki tytoniowa herezja, przypomina zapał wszelkiej maści dawnych inkwizytorów do naznaczania, piętnowania i wyklinania odstępców i grzeszników?
Jedna trzecia społeczeństwa pali. Wiedzą, że robią źle i dają zły przykład innym. Z pokorą przyjmą dalsze ograniczenia, które sprawią, że swym nałogiem nie będą zatruwać życia innym - w pracy, na przystankach, w restauracjach. Niepalący mają prawo nie wąchać dymu. Nie posuwajmy się wszak za daleko. Co innego słuszne ograniczenia w imię praw niepalącej większości, a nawet w imię praw przyszłych pokoleń, które powinny żyć w świecie wolnym od nikotynowych pokus, co innego zaś poniżanie. Nie wolno posłom i urzędnikom w imię zdrowotnego oświecenia tworzyć kolejnej grupy wykluczonych i napiętnowanych, skazywać rzeszy ludzi na krycie się po kątach i wytykanie palcami. Nie histeryzujmy. Tak jak przecież nie histeryzujemy z alkoholem (bo używa go większość). Już teraz palacze mają poczucie pewnej wspólnoty, wspólnoty jeśli nie wykluczonych i napiętnowanych, to w każdym razie gorszych. Jeśli urządzimy na nich nagonkę, staną się warstwą społeczną, ze wszystkimi objawami grupowej tożsamości i grupowej solidarności. Czy naprawdę tego chcemy?
W socjologii i etyce niechęć do takich, którzy mają coś, czego my nie mamy, nazywa się resentymentem. Tych, którzy muszą być do końca porządni, mieszczańscy, poprawni w każdym calu, drażnią tacy, którzy jakoś nie chcą się bez reszty surowym normom obyczaju i racjonalnego stylu życia podporządkować. Kieruje nimi po trosze zawiść, po trosze tęsknota do pewnych form wolności, których się wyrzekli. A jeśli z góry płynie sygnał, iż można sobie na takich niepokornych świntuchach bezkarnie poużywać, niejeden ostrożny i bojaźliwy na co dzień filister chętnie z tego skorzysta. Jest coś paskudnego w resentymencie - w takich małych nagonkach, na wpół z dobrej woli, ale na wpół ze złej woli - zazdrości i obłudy - poczętych.
Bądźmy wielkoduszni i nie przyprawiajmy sobie samym gęby drobnomieszczańskich poprawnisiów. Nie ulegajmy pokusie łatwego piętnowania czegoś, co wprawdzie godzi w zdrowie, ale w jakiś bardziej subtelny sposób sprzężone jest z innymi wartościami naszego życia - wolnością, prawem do pewnej niepoprawności i zbuntowania w przeżywaniu własnej egzystencji, szacunkiem dla regionów ducha i kultury, które dostępne są jedynie dla tych, którzy poważą się na transgresję, czyli przekroczenie pewnych norm obyczaju i wskazań racjonalności. Nie twierdzę, że każdy, kto pije i pali, jest zaraz artystą życia, bohaterem dramatu ludzkiego losu, w który wpisany jest instynkt śmierci, u nielicznych i wyjątkowych jednostek spleciony z namiętnościami najwyższej miary. Gdy jednak zwykłym palaczom zabronimy iść do knajpy, gdzie w obłokach dymu będą pić i gadać, wyrzucimy za burtę naszego ugrzecznionego świata także tych, którzy w dymie i przy wódce dają nam inne przykłady tego, jak być człowiekiem - psując sobie zdrowie, żyją życiem, które wcześnie może się kończy, ale płodzi inne wiersze, inne książki, inne idee. Przecież chcemy mieć takich ludzi - takich ludzi, w których charakter i styl życia wpisane jest to, że siedzą w knajpach i palą. Są wśród nich artyści, są wśród nich nasi bliscy i przyjaciele. Czy wolno nam upokarzać ich, pakując głupie obrazki na pudełka z papierosami (kogóż one mają odstraszyć - chyba tylko niepalących?) i wyrzucając ich na ulicę z lokali, gdzie być może spędzili pół życia?
Nie dajmy się zwariować - w imię szacunku dla samych siebie. Pędźmy palaczy z biur i szkół, ale zostawmy im - z szacunku dla innych ludzkich światów, które nie są naszym udziałem - takie miejsca, gdzie nie będą napiętnowani, gdzie będą u siebie. Czy to za wielka łaska ze strony niepalącej większości, że w niektórych choć lokalach będzie można zapalić do kawy czy wódki? Czy tych dwóch niepalących na jednego palacza nie odpuści mu - w końcu przecież bliźniemu swemu - tego dymka w kawiarni? Zlitujcie się, proszę.
A jeśli w czyimś zatwardziałym sercu nie ma już litości dla śmierdzącego palacza, to niechaj ukoi swój wstręt, pomny na to, że palacze nie tylko płacą akcyzę od swego nałogu, ale też żyją krócej i zostawiają swoje emerytury oraz ubezpieczenia zdrowotne niepalącym, którzy mogą dzięki temu korzystać z większych świadczeń. A w zamian chcą tak niewiele - gdzieś sobie przysiąść, w jakiejś palarni, gdy na dworze zimno, i do knajpy jakiejś czasami zajść, by niezdrowo, a miło pojeść, popić i popalić. Niech już to sobie mają - w końcu ślubu z nimi nie bierzemy.
@RY1@i02/2010/006/i02.2010.006.000.0013.001.jpg@RY2@
Pierwszy dzień obowiązywania zakazu palenia w pubach w Wielkiej Brytanii, 1 lipca 2007 r.
Fot. Rex Features/East News
@RY1@i02/2010/006/i02.2010.006.000.0013.002.jpg@RY2@
Jan Hartman
Fot. Paweł Ulatowski
Jan Hartman
Autor jest filozofem i etykiem, wykłada na Uniwersytecie Jagiellońskim
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu