Dziennik Gazeta Prawana logo

Permanentna nowelizacja

1 lipca 2018

Czy możliwe jest uczciwe i sprawne sądzenie? - Tak. Czy w tym celu niezbędne jest nowelizowanie postępowania karnego? - Nie. Kłopot polega na tym, że tak sformułowana diagnoza dla jednych wydaje się oczywiście trafna, a dla innych - oczywiście naiwna

Niestety z pomysłami na nowelizowanie, napisanie na nowo k.p.k. sprawa przedstawia się identycznie jak z pozostałą działalnością legislacyjną. Łatwo zauważyć, że od odzyskania niepodległości mamy do czynienia z legislacją permanentną, tj. nieustającą zmianą tych samych aktów prawnych. Mamy też do czynienia z innym problemem, który należy uznać za poważną chorobę współczesnej demokracji: zatrważającą jurydyzacją naszego życia we wszelkich jego przejawach (termin zapożyczam od prof. Marka Safjana, który z wielką troską zwracał już przed laty uwagę na negatywne następstwa tego stanu rzeczy oraz wulgaryzowanie instrumentu, jakim jest prawo). Zaiste trudno nie odczuwać troski, skoro parlament uważa, że jest powołany wyłącznie do mnożenia prawa, a ocenę własnej działalności promuje na podstawie liczby uchwalonych aktów prawnych (sic!).

W normalnych warunkach takie podejście winno wywoływać śmiech, ale wybrańcy narodu śmieszności w tym bynajmniej nie dostrzegają: oni są dumni z tysięcy stron Dziennika Ustaw (który głównie z tego powodu przestaje ukazywać się w formie drukowanej). A zatem co bezpośrednio zagraża procedurze karnej? Trudno, nazwijmy to po imieniu - indolencja legislatury i jej brak elementarnego przygotowania do tak poważnego społecznie zadania, jakim jest stanowienie prawa.

Poprawności procedury karnej zagraża także zupełnie inna, pozaparlamentarna grupa wpływu. Istnieje bowiem w konglomeracie różnych środowisk ambicja do ciągłego reformowania, poprawiania, usprawniania. Niektórzy upatrują też, jakże nieskromnie, w ciągłej zmianie sposób na zaistnienie, na wybicie się: "zmieniam, więc jestem" - oto credo, które im przyświeca. Widoczne gołym okiem rezultaty tych nieudolnych wysiłków nie tylko nie zrażają ich autorów, nie tylko nie powodują właściwej reakcji legislatury ("tym panom już dziękujemy"), ale wręcz przeciwnie: akcelerują ku nowym, i jeszcze nowszym zmianom prawa.

Piszę o tym dlatego, że zarysowane tu wektory sprzyjają łatwości, z jaką odpowiedzialni za stanowienie prawa politycy przyjmują następujący tok rozumowania: prawo jest złe, prawo należy zmienić, po zmianie - sytuacja się poprawi. Jeżeli w ten proces rozumowania umiejętnie zostanie włączona mantra "sądownictwo jest wadliwe, bo jest powolne", "sądownictwo jest powolne, bo ma złe prawo", "proces sądzenia przyspieszymy, gdy tylko zmienimy prawo" - to mamy już gotową receptę na nieszczęście.

Tak bardzo szkodliwe rozgrywanie w przestrzeni marketingu politycznego spraw, których skutki dalece przenoszą, i to niejedną, kadencję Sejmu odbija się na całym wymiarze sprawiedliwości. Przede wszystkim jednak wywiera negatywne skutki w sferze najważniejszej: przestrzegania praw człowieka i obywatela. Każdy z nas ma równie słuszne uprawnienie do ochrony swych praw, zwłaszcza do obrony w procesie, a zwłaszcza - w procesie karnym. Jakiekolwiek próby dokonywania zamachu na te prawa, zwłaszcza pod egidą haseł wiarołomnie odwołujących się do potrzeby zwiększenia sprawności sądownictwa, są nolens volens zawoalowanymi zamachami na demokrację.

Nie wiadomo, czy ta teza uzyska przychylność, ale wydaje mi się, że w wymierzaniu sprawiedliwości chodzi przede wszystkim o to, aby wyrok był sprawiedliwy, a nie tylko sprawnie wydany. Apelowanie o sprawność sądownictwa przy spychaniu na dalszy plan marzenia, aby raczyło ono społeczeństwo wyrokami przede wszystkim sprawiedliwymi, jest postępowaniem, które w najwyższym stopniu i bezpośrednio, zagraża trzeciej władzy. Sądy mają być sprawiedliwe i sprawnie działające, a nie działające wyłącznie sprawnie. Tu jest, proszę "poprawiaczy", wymagana koniunkcja. Sprawność sądownictwa jest wartością tylko wówczas, gdy występuje - i to na drugim miejscu - obok sprawiedliwego orzekania. Sama sprawność (sądów) bez czynienia sprawiedliwości jest zaprzeczeniem wszelkich wartości moralnych oraz demokratycznych.

Tak ostre słowa są potrzebne w sytuacji, w której (dalsze) psucie procedury karnej uzasadnia się potrzebą "poprawy sprawności sądownictwa". Mocne słowa wydają się niezbędne wówczas, kiedy ktoś zamierza zabrać się do zmiany prawa wtedy, kiedy wystarczające są wyłącznie zmiany organizacyjne. Można tu przywołać jako dowód zarówno okres funkcjonowania k.p.k. po jego wdrożeniu (lata 1929 - 1939 - oraz w sądownictwie tajnym RP działającym pod okupacją), jak i okres stosowania k.p.k. z 1969 roku w złym czasie PRL-u. Jeśli odrzucić patologie narzucone przez uwarunkowania totalitarnego ustroju, które naruszały zasady k.p.k., to jego podstawowe rozwiązania w pełni się sprawdzały w praktyce. Aby uniknąć wszelkich nieporozumień, zasady rządzące k.p.k. z 1969 roku, wzorowane wprost na konstrukcji kodeksu z 1928 roku, uczciwemu sędziemu pozwalały na sprawiedliwe sądzenie. I, co w tym miejscu ważne, sądzenie sprawne. Co to oznaczało w praktyce?

Ano dwie rzeczy: po pierwsze, że sprawa nie była zapisana w niezliczonej liczbie tomów akt, w których nikt nie jest w stanie się rozpoznać. Po drugie, że rozprawa była rozpisywana na wokandę w taki sposób, aby ją osądzić. W procesie karnym nie potrzeba przesłuchiwać 350 świadków, aby skazać lub uniewinnić. Każdy to wie - tylko nie dzisiejsi prawnicy.

"Zmieńmy k.p.k.". - Dlaczego? Aby sądy wydawały wyroki szybciej. Wobec takiego argumentu aż strach się bać. Warto zauważyć, że wszelkie propozycje, jakie się pojawiły w ostatnich 13 latach, a wiele z nich zostało implementowanych do obecnego k.p.k., niczego nie usprawniły, a bardzo wiele popsuły. Głównie zresztą o obszarze najważniejszym - poszanowania prawa do obrony przed omnipotencją państwa. Funkcja wymierzania sprawiedliwości została, zwłaszcza w postępowaniu kasacyjnym, wywrócona na lewą stronę. W sądach niższych instancji obrońca został zredukowany do roli "przeszkadzającego", któremu ograniczono możliwości "przeszkadzania" (sądowi, który się nie myli, a który obrońcy, w swej nieomylności, w ogóle nie potrzebuje). Nietrudno zauważyć, że obecne trendy przyświecające kolejnym nowelizacjom k.p.k. hołdują idei eliminacji obszaru obrony oskarżonego. Łatwość, z jaką są akceptowane, jest pozyskiwana argumentem nadania sądownictwu "sprawności". Lecz nie o to chodzi w demokracji. Ten cudzysłów wszystko wywraca do góry nogami. Człowiek ma być sądzony nie sprawnie, lecz sprawiedliwie. Najlepiej sprawiedliwie i sprawnie. Ale jeśli się to naraz nie uda - to ma być sądzony sprawiedliwie. Sprawiedliwość ma w nosie sprawność.

Czy warto bronić obecnego k.p.k. jak Reytan bronił Polski przed pierwszym rozbiorem? Nie, nie warto. Postępowanie karne wymaga wielu zmian, choć w pierwszej kolejności - wymaga ich prokuratura. Model postępowania przygotowawczego przeszczepiony do k.p.k. z ustawy komunistycznej urąga wszelkim standardom i słusznym oczekiwaniom. Proces nie jest kontradyktoryjny. I staje się coraz mniej kontradyktoryjny. Rola sądu i funkcja sędziego jest wypaczona. Nieuprawnionej redukcji podlega jedna z naczelnych zasad procesu karnego - zasada bezpośredniości. Sala sądowa zamienia się w salę jakiegoś bezdusznego urzędu, a sędzia - w urzędnika. Akurat stoimy wobec nieszczęścia, które już jutro nas spotka - protokołów elektronicznych. Moim zdaniem całkowicie sparaliżują one sądzenie i unieruchomią sądy, wydłużając postępowanie w nieskończoność - albo skracając je kosztem prawa oskarżonego do obrony. Wnet po wprowadzeniu, kosztem setek milionów złotych, ten radosny eksperyment spotka dokładnie taki sam los, jaki jest przewiną (godną odszkodowania) poprzednich "usprawniaczy" wymiaru sprawiedliwości: elektronicznego dozoru skazanych, sądów 24-godzinnych, zadekretowanych szkół dla sędziów i prokuratorów, demontażu zarządzania sądami oraz zaprowadzania tym całym "systemem" coraz większego bałaganu pojęciowego oraz funkcjonalnego.

Czy k.p.k. wymaga zmian? Tak, ale pod pewnymi warunkami. Pierwszym z nich jest trwałe odsunięcie dotychczasowych "poprawiaczy" kodeksu od jego dalszego psucia. Tu nie chodzi o dobre samopoczucie zawodowych legislatorów; ale o poszanowanie podstawowych praw człowieka i obywatela, które przez "usprawnianie" wymiaru sprawiedliwości oraz partactwo wielu uczestników tego skomplikowanego mechanizmu są wystawiane na szwank. Zmiana k.p.k. musi się odbyć bez politycznego wrzasku oraz - przepraszam za obcesowość sformułowania - indywidualnych ambicji i widoków. Jak zatem zmieniać k.p.k.? Ano dokładnie tak, jak to zrobiła Komisja Kodyfikacyjna lat 1919 - 1939. To znaczy stosując się do przyjętych przez tę komisję zasad: w sposób uniwersalny i bezstronny traktujących idealnie równo, dobro Państwa Polskiego, jak i dobro jego obywateli. To nie obywatel ma służyć prawu; to prawo ma służyć obywatelowi.

@RY1@i02/2011/241/i02.2011.241.07000060a.805.jpg@RY2@

Witold Rozbicki/Reporter

Nowelizacje przepisów z reguły odbywają się przy wtórze politycznego wrzasku. Niestety, wszystko wskazuje na to, że i tym razem nie obędzie się bez tego

@RY1@i02/2011/241/i02.2011.241.07000060a.806.jpg@RY2@

Jerzy Naumann, adwokat

Jerzy Naumann

adwokat

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.