Dziennik Gazeta Prawana logo

Gdzie się podziała nasza etyka

2 lipca 2018

O etyce poszczególnych zawodów prawniczych mówi się coraz więcej. Rozprawianie na ten temat jest od kilku lat w modzie i staje się coraz bardziej trendy. Rozliczne sympozja, konferencje, publikacje są tej mody najlepszym dowodem. Powstaje jednak na tym tle wątpliwość: skoro o etyce prawników mówi się dużo, to czy z etyką jest coraz lepiej, czy też wręcz odwrotnie?

Pytanie o stan etyki zawodowej w profesjach prawniczych jest o tyle zasadne, że daje się zaobserwować stale powiększający się rozziew pomiędzy częstotliwością dyskutowania przez prawników o własnej etyce a stanem jej przestrzegania postrzeganym przez obywateli, prasę, klientów. Przede wszystkim, czego nie powinniśmy ukrywać, o niskim poziomie etyki zawodowej mówią sami prawnicy, zarzucając sobie wzajemnie niespełnianie standardów w ramach poszczególnych grup zawodowych. Sędziowie mówią źle o etyce adwokatów, adwokaci o etyce sędziów, prokuratorzy... i tak dalej. Co więcej, mówią coraz gorzej. Jakby tego było mało, nawet w ramach tej samej grupy zawodowej słychać narzekania na kolegów i ciche utyskiwania, że z etyką zawodową jest coraz gorzej. Właściwie każdy z praktykujących prawników mógłby podać dowolną liczbę naruszeń etycznych, z jaką się zetknął w praktyce dnia codziennego. Sytuacja zmusza zatem do zastanowienia, bo przecież z etyką nie może być równocześnie aż tak dobrze i aż tak źle.

Friedrich Carl von Savigny jest autorem poglądu, że jeśli zasady etyki prawniczej zostają spisane, uformowane w kodeksy, to jest to równoznaczne z końcem etyki. Rzecz ostro powiedziana, bo ktoś mógłby zapytać: a komu to przeszkadza, że normy etyczne przybiorą formę spisaną? Tak postawione pytanie jest klasycznym unikiem przed odpowiedzią na właściwe pytanie: czego symptomem jest postulat, aby zasady etyczne spisać? Bo o coś jednak chodziło, skoro przez długi czas, do pewnego momentu zasady etyczne funkcjonowały, i to funkcjonowały świetnie bez jakiejkolwiek formy ich skodyfikowania, a od któregoś momentu pojawił się pomysł ich spisania. Okazało się bowiem, że nakaz wewnętrzny postępowania w określony sposób przestał być wystarczająco silnym imperatywem. Do przestrzegania zasad moralności zawodowej potrzebny był nowy instrument: spis zasad postępowania z określeniem zachowań zakazanych. To znaczy - okazał się potrzebny (niezbędny?), ponieważ prawnicy przestali ich przestrzegać. A zatem, aby zasady etyczne były przestrzegane - sięgnięto po prawo. I była to pierwsza tak oczywista porażka tradycyjnej etyki zawodowej, która była silna i oczywista tak długo, póki stanowiła imperatyw moralny. Gdy imperatyw ów zaczął zanikać, bezwiednie dano dowód temu zasmucającemu stanowi rzeczy, przystępując do kodyfikacji etyki.

Biorąc pod uwagę, że Savigny był ministrem ds. kodyfikacji, a więc kodyfikowanie po prostu miłował, to jego konstatacja co do zaniku etyki, gdy tylko zaczyna być kodyfikowana, warta jest permanentnej refleksji. Myśl Savigniego sprzed ponad 150 lat nie jest zresztą oderwana od rzeczywistości, w której żyjemy w XXI wieku. Brzmi anachronicznie? Nie. I łatwo to wykazać. Bo czyż nie kradniemy dlatego, że tak stanowi siódme przykazanie Dekalogu (ósme według podziału przyjętego przez protestantów, anglikanów, prawosławnych, żydów i mormonów)? A może nie kradniemy dlatego, że w kodeksie karnym mamy zapisany art. 278? Czy zatem kradlibyśmy, nie mając ni jednej, ni drugiej kodyfikacji? Oczywiście nie. Dlaczego zatem nie kradniemy? Bo mamy to zapisane w swoim cywilizacyjnym genomie. Ktoś powie jednak: przecież Fenicjanie, Egipcjanie, Grecy, Rzymianie, nowożytni kradli. No tak, kradli, ale po pierwsze - w znaczącej mniejszości, a po drugie - od czasu ustanowienia prawa byli za swe postępki karani. (A więc zupełnie tak jak my). Tak więc wracamy do dobrego pytania: dlaczego, w swej masie, w swej codzienności nie kradniemy? Nie kradniemy wyłącznie dlatego, że w przeważającym odsetku populacji szanujemy cudzą własność, a jej zabór oceniamy etycznie ujemnie. Nie kradniemy nie dlatego, że inni ocenią takie zachowanie ujemnie, ale przede wszystkim dlatego, że my sami wewnętrznie odrzucamy kradzież jako sposób zawładnięcia cudzą rzeczą.

Podążając drogą tej ryzykownej argumentacji, mimowolnie dotarliśmy do sedna problemu. Savignyemu wystarczyło jedno zdanie; nam daleko do jego precyzji myśli i biegłości w słowie. Spróbujmy jednak odpowiedzieć sobie na pytanie: czy skłonność, której większość z nas obecnie bezwiednie ulega, a która wiedzie nas ku pokładaniu całej wiary w literę prawa, nie jest aby nadmierna? Problem ten daje się postawić od innej strony: czy nasze postępowanie może być w sposób wystarczający (dla społeczności, w której żyjemy, bo przecież o nią wyłącznie chodzi) moderowane wyłącznie za pomocą instrumentu prawa, a więc odpowiednio gęstej sieci zakazów i nakazów uformowanych w treść norm prawnych? To pytanie daje się przeformatować w inny jeszcze sposób. Mianowicie, czy jesteśmy w stanie "obsłużyć" wyzwania i oczekiwania etyki za pomocą norm prawa? Czy uda się nam, prawnikom, zastąpić etykę naszych rozlicznych profesji perfekcyjnie zapisanymi normami prawnymi? Słowem: czy możemy zastąpić etykę odpowiednio precyzyjnym skomponowaniem kodeksowych paragrafów? Z tym jednak zastrzeżeniem, że przez etykę rozumiemy sposób postępowania będącego wynikiem wewnętrznego imperatywu, a nie wyłącznie jako namnażanie zdań, w których słowo "etyka" (adwokacka, sędziowska, notariusza, legislatora itd.) odmieniane jest we wszystkich przypadkach, a nadto - bez żadnego umiaru.

Nawet najbardziej pobieżne przejrzenie historii etyki zawodowej prawników, jeśli komu pasuje np. od czasów Savignyego po dziś, prowadzi do wniosku, że dążenie do punitywnego rozumienia funkcji zapisów kodeksowych odnoszących się do deontologii zawodów prawniczych prowadzi na manowce.

Jeśli chcemy zajść donikąd, brnijmy w kazuistykę, opisujmy wszystko i wszystkich, cyzelujmy i dzielmy każdy włos na dowolną

liczbę części (zwłaszcza że technologia nam to umożliwia). Opiszmy w sposób kompletny świat we wszystkich dostępnych nam ujęciach. Zróbmy to - może się uda. Może uda się za pomocą odpowiedniego zestawu norm prawnych wyeliminować owo ciążące (niektórym) brzemię, jakim jest etyka zawodowa. Uczyńmy zatem wysiłek, aby etykę zastąpić prawem - a wszystkie nasze problemy zostaną wreszcie rozwiązane. Przecież wystarczy nam dobre prawo, aby takie złogi jak uczciwość, przyzwoitość, honor oraz dobre obyczaje wyrzucić za burtę (wyrzucić kogoś, coś za burtę, to znaczy utracić tego kogoś/to coś na zawsze i bezpowrotnie).

Czy tego chcemy, czy nie, uporczywie powraca pytanie o istotę etyki prawniczej, o jej kształt i słuszność nakazów, o jej obecność i znaczenie w codziennym życiu bardzo wyjątkowych ludzi, którzy w szczególnej roli spotykają się w sądzie, w gabinecie notarialnym czy prokuratorskim. A także w zaciszu pokoju, w którym legislator układa brzmienie prawa. I wielu innych, cichych miejscach, tak cichych jak gabinet adwokacki.

Czy zatem w tych wielu miejscach jest jeszcze etyka, czy tylko zapisy kodeksów etycznych? Bo jeśli tylko te ostatnie, to nie ma już nic. Są one całkowicie zbędne i niezwłocznie powinny zostać uchylone. Choć osobiście wolałbym, aby Savigny nie miał racji, jednak może jeszcze, na ostatniej prostej, warto się zastanowić, czym jest, czym nie jest, w czym się wyraża, a w czym nie owo osobliwe "zjawisko", jakim jest etyka prawników.

Być może go już nie ma. Zwłaszcza że tak dużo się o nim mówi. A może jest jednak gdzieś poza tymi wszystkimi wieloma słowami, sympozjami, uczonymi konferencjami? Friedrichu von Savigny, daj nam szansę!

@RY1@i02/2011/203/i02.2011.203.07000060b.805.jpg@RY2@

Słowo "etyka" odmieniane jest przez wszystkie przypadki od lat. Niestety same utyskiwania nic nie zmienią

@RY1@i02/2011/203/i02.2011.203.07000060b.806.jpg@RY2@

Jerzy Naumann

Jerzy Naumann

adwokat

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.