Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo

Skutki odwrotne od zamierzonych

28 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 5 minut

Decyzja o wprowadzeniu dodatkowych opłat za przedszkola, pod warunkiem że dzieci zostają w nich dłużej niż pięć godzin, zelektryzowała polską opinię publiczną. Zostawiając na boku debatę nad sensownością tego ruchu, warto przypomnieć o paradoksalnych nieraz skutkach ubocznych takich rozwiązań.

Ponad dekadę temu dwóch ekonomistów - Izraelczyk Uri Gneezy i Włoch Aldo Rustichini - przeprowadziło eksperyment, który zyskał miano kultowego. Miejscem badania stało się dziesięć przedszkoli w Hajfie. W każdym z nich obowiązywał typowy system pracy od 7.30 do 16. Jeśli po godzinie oficjalnego zamknięcia w przedszkolu nadal znajdowały się nieodebrane dzieci, zostawał z nimi jeden z wychowawców, który czekał na spóźnialskich rodziców. Spóźnienia były częste, ale z reguły nie przekraczały pół godziny.

Aby ukrócić tę praktykę, dyrektorzy części placówek - w porozumieniu z Gneezym i Rustichinim - wprowadzili system dodatkowych opłat. Za spóźnienie powyżej 10 minut rodzice mieli płacić 10 szekli (czyli niecałe 10 złotych). Zakładano, że kara ograniczy skłonność do odbierania dziecka po godzinach pracy przedszkola, zgodnie z powszechną choćby przy konstruowaniu współczesnego prawa zasadą, iż nieuchronność sankcji jest najlepszym sposobem na odstraszanie od popełnienia zabronionego czynu.

Już wkrótce okazało się jednak, że wyniki eksperymentu były całkiem odwrotne od tych zamierzonych. O ile w przedszkolach bez opłaty zdarzało się między 7 a 11 spóźnień tygodniowo, o tyle tam, gdzie zastosowano kary, liczba wzrosła do 20. Ekonomiści wysnuli z tego znaczący wniosek: wprowadzenie kar sprawiło, że rodzice poczuli się zwolnieni z umowy społecznej, która obowiązywała ich uprzednio. Uznali, że skoro płacą za spóźnienie, nie muszą już się spieszyć i za wszelką cenę odebrać malucha o czasie. A ponieważ stawki kar nie były aż tak wysokie, przyjęli, że od czasu do czasu mogą sobie pozwolić na luksus zostawienia dziecka na kilka godzin dłużej. Warto więc brać pod uwagę to, iż wprowadzając dodatkowe opłaty za przedszkola, tworzy się zachętę dla rodziców, by domagali się w zamian czegoś ekstra.

Z eksperymentu Gneezyego i Rustichiniego płynął jeszcze jeden wniosek. Nawet po wycofaniu eksperymentalnych opłat liczba spóźnialskich nie spadła. Oznacza to, że raz złamana umowa typu "płacimy mniej, wymagamy mniej" nie może być tak łatwo odbudowana. To ostatnie spostrzeżenie potwierdzał zresztą inny wcześniejszy eksperyment przedszkolny przeprowadzony przez Marka Leppera, psychologa z Uniwersytetu Stanforda. Zaczęto nagradzać przedszkolaki za rysowanie smoków na kartce papieru. Początkowo faktycznie tworzyły z większym zapałem, ale potem było już gorzej, bo dzieci w ogóle odmawiały... rysowania za darmo.

Stąd już tylko o krok do wniosku, że czasem lepiej trzymać się z daleka od wszelkich pieniężnych kar i zachęt. Kilka lat temu dobitnie pokazał to Dan Ariely z bostońskiego MIT, być może najbardziej dziś znany ekonomista behawioralny. Izraelczyk kazał uczestniczącym w jego eksperymentach studentom wykonywać kilka bardzo nudnych i monotonnych zadań w zamian za różnej wysokości honoraria (od zera do dolara). Mogłoby się wydawać, że ci pracujący za darmo będą najsłabiej zmotywowani i osiągną najgorsze wyniki. Otóż nie. Stało się dokładnie odwrotnie. Najlepiej wypadli studenci pracujący za bezcen. Pozostali szybko się zorientowali, że i praca, i płaca są tak mało motywujące, iż kompletnie siadało ich zainteresowanie.

Do podobnych wniosków dochodził też zmarły w latach 70. brytyjski socjolog z LSE Richard Titmuss, który wskazywał na dużo większą efektywność brytyjskiego systemu honorowego krwiodawstwa w porównaniu z jego amerykańskim odpowiednikiem, w którym płaci się za krew według stawek rynkowych. Krew zbierana na Wyspach była zdrowsza (bo pochodziła od lepiej sytuowanych warstw społeczeństwa). Płacenie za nią skłaniało zaś do donacji klasy niższe skuszone perspektywą łatwego zarobku - niestety często w praktyce okazywało się, że pobrana odpłatnie krew była mniej zdatna do użytku.

Czego nas uczą te wszystkie przykłady? Chyba głównie ostrożności przy ustalaniu wszelkiego typu pieniężnych opłat, kar czy zachęt. Inżynierowie mawiają, że łańcuch jest tak dobry jak najsłabsze z jego ogniw. W wypadku praktycznych rozwiązań trzeba też pamiętać o tej zasadzie, która po delikatnej przeróbce brzmi: każdy pomysł jest tylko tak dobry jak najbardziej dotkliwy skutek uboczny wprowadzenia go w życie.

Rafał Woś

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.