Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Opinie

O powołaniu naszych c z asów

7 listopada 2012
Ten tekst przeczytasz w 40 minut

Uzasadnienia wyroków trafiają obecnie do szerokiej publiczności, nie powinny więc razić aksjologią czy ubóstwem argumentacji

W czasach mojej młodości sensację wzbudziła publikacja gazetowa (w już nieistniejącym "Expressie Wieczornym"), gdzie newsem (kilka dni o tym pisano) była kwestia, której - rzekomo - "nie potrafiły rozwiązać najtęższe prawnicze głowy". A chodziło o to, że skradziony samochód odnaleziono u trzeciego z kolei nabywcy (wszyscy kupowali go w dobrej wierze), a splot wchodzących w grę reżimów prawnych (własność, nabycie w dobrej wierze, status rzeczy skradzionej, roszczenia z bezpodstawnego wzbogacenia, uzyskanego ubezpieczenia) wydawał się dziennikarzowi tak skomplikowany i oryginalny, że udał się na Wydział Prawa UW, aby zasięgnąć opinii u renomowanego profesora prawa. Ów, zirytowany, początkowo sądził, że dziennikarz sobie z niego kpi (w opisywanej epoce nie było zwyczajem, aby media latały z mikrofonami po mieście), a potem odmówił komentarza, stwierdzając, że "chybaby się ośmieszył, komentując w gazecie tak oczywiste rzeczy". Ja sprawę znam z wykładu, gdzie profesor nie bez zdrowego obrzydzenia sprawę zrelacjonował, zarazem wyjaśniając nam na jej tle poszczególne problemy. Bo to był kazus akurat dla studenta. Oczywiście równie dobrze mógł to samo powiedzieć dziennikarzowi, ku pożytkowi czytelników, lecz tego nie zrobił. W tamtych czasach dyskurs społeczny (dla maluczkich!) nie obejmował - bo tego nie było w zwyczaju - kwestii interesujących profesjonalistów. Co istotne w sprawie, to autentyczne oburzenie profesora, którego zirytowała notatka prasowa, przypisująca banalnej sprawie rangę nierozwiązywalnego przypadku.

Tempora mutantur. Dyskurs profesjonalny zaczął interesować szeroką publiczność (to bardzo dobrze!), ale jednocześnie ten profesjonalny się spłycił (co gorzej). Jak to w naczyniach połączonych. I tak zbulwersowana znajoma profesor prawa i sędzia w stanie spoczynku opowiadała mi niedawno, jak to pytano ją o opinię w sprawie, z którą nie umiał dać sobie rady organ państwowy. Otóż ów organ zajmuje się sytuacjami, w których punktem wyjścia jest decyzja organu kolegialnego, a więc uchwała. Organ, o którym mowa, ocenia, czy dana decyzja została podjęta legalnie, czy przestrzegano wszelkich niezbędnych procedur, formalności czy formalizmów. No i zdarzyło się, że ci, którzy kontrolowaną decyzję-uchwałę mieli wydać, z jakichś tam przyczyn wydać jej nie mogli - nie dali rady czy nie chcieli - i ukontentowali się po prostu podsumowaniem stanu rzeczy. Tymczasem organ, który powinien był otrzymać uchwałę do oceny, a dostał co innego, tak dalece nie wiedział, co z tym fantem zrobić, że zaczął szukać uczonego w prawie, aby rozświetlił mu te mroki poznawcze. Dworowałyśmy sobie ze znajomą, ponieważ jest dość oczywiste, że skoro jakieś postępowanie ma przejść jakieś stadia i kończyć się jakimś formalnym aktem (umowa, decyzja, uchwała, wyrok, wynik wyborów itp), to do czasu, gdy poszczególne etapy postępowania nie będą zakończone, a ów formalny akt podjęty, cały proces jest po prostu niezakończony. Po prostu takiego nie w pełni zrealizowanego zdarzenia prawnego zwyczajnie nie ma. Dlatego brak jest podstaw do przejścia do etapu sprawdzającego. Tak więc organ weryfikacyjny, zamiast się zastanawiać i wydawać pieniądze na ekspertyzy, powinien po prostu od razu stwierdzić, że mu przysłano niegotową sprawę i odpowiednio do tego się zachować. W końcu powinien znać i rozumieć przepisy, na których podstawie działa. Pośmiałyśmy się z niekompetencji (a może asekurantyzmu decyzyjnego, co w końcu na jedno wychodzi) organu weryfikacyjnego. Ponarzekałyśmy na spadający - niestety, to smutna prawda - poziom absolwentów prawniczej edukacji, umiejących co prawda sprawnie posługiwać się internetem i komputerem, ale mających trudności w znalezieniu tam tego, co akurat im potrzeba. Bo aby odnaleźć w Lexie czy innych bazach orzeczeń te stosowne, trzeba znać zasady generalne prawa, zasady gałęziowe i systematykę prawa. Trzeba uprzednio wiedzieć, co jest mainstreamem, a co marginaliami, co tendencją, co przeszłością, a co stanowiskiem panującym, tymczasem poszczególne pozycje z orzecznictwa figurujące w internecie nie mają na sobie wypisanych stosownych etykiet. Ale tej właśnie wiedzy uprzedniej nasi nowocześnie kształceni absolwenci nie mają wyrobionej w dostatecznym stopniu. Bo mylą wiedzę, o tym, gdzie narzędzia są schowane, z wiedzą o tym, które, jak i dlaczego należy wybrać. Więc wybierają, kopiują i wklejają na chybił trafił coś, co im wydaje się pasować do danej sprawy, a co nie tyle wzbogaca argumentację, ile symuluje jej istnienie.

Czego naszym absolwentom, a w dalszej kolejności dojrzałym prawnikom, w konsekwencji brak? Chyba umiejętności dostrzeżenia w danej sprawie problemu prawnego. Nie potrafią też znaleźć sposobu na zaangażowanie prawnego instrumentarium, ba, nawet nie wiedzą, w jakiej gałęzi prawa go szukać. W końcu zagadką pozostaje dla nich, jak łączyć argumentację konstytucyjną, europejską z prawem krajowym. W komputerze, w Googleu, w bazach danych, ba ,w samych tekstach ustaw czy kodeksów nie ma przecież gotowych rozstrzygnięć. Tam są tylko narzędzia, lecz które z nich pasuje? O tym musi już rozstrzygnąć posiadana wiedza o potencjale bardzo skomplikowanego obecnie systemu prawa i doświadczenie prawnika korzystającego z tych instrumentów. Przy czym sprawność w posługiwaniu się instrumentem obejmuje nie tylko biegłość w wyszukaniu miejsca, gdzie ów instrument się znajduje, lecz przede wszystkim wiedzę o tym, jakiego instrumentu szukać oraz które z tych instrumentów należy wybrać do obsługi własnego kazusu. W anegdocie z czasów mojej młodości dla profesora prawa - dodam, że także dla ówczesnych studentów - było ewidentne, że dziennikarz opisujący sprawę jako nierozwiązywalną czy choćby osobliwą nieźle się wygłupił. A teraz w znacznie łatwiejszym przypadku organ państwowy woła prawnika eksperta, chce mu płacić i tylko dinozaury kręcą głową, że sprawa banalna, że koszty zbędne, że organ się jednak chyba kompromituje. Niestety dinozaury to zwierzęta wymarłe, kto by więc ich słuchał?

Lecz oto wpada mi w ręce wyrok Sądu Apelacyjnego w Białymstoku z marca bieżącego roku (I ACa 5/12), gdzie sąd utrzymuje wyrok sądu pierwszoinstancyjnego w sprawie o odszkodowanie (spore: kwota opiewa na ponad sto tysięcy) wytoczonej gminie przez jej niedoszłego wójta.

Jak do tego doszło? Otóż w czasie wyborów wójta w jednej z obwodowych komisji wyborczych dopuszczono się fałszerstwa i nawet ustalono, jak tego dokonano. Stąd też można wnioskować, że gdyby do fałszerstwa nie doszło, wójtem zostałby powód. Wyniki wyborów w obwodzie, gdzie doszło do fałszerstwa, unieważniono i przeprowadzono je powtórnie w innym terminie. W tych powtórnych wyborach wygrał jednak konkurent. Przegrany kandydat uznał, że uprawnia go to do żądania odszkodowania. Obliczył je (nieuzyskana korzyść) na podstawie wójtowskiej pensji, którą byłby otrzymał, gdyby wygrał wybory. Sądy orzekające w dwóch instancjach (okręgowy i apelacyjny) uwzględniły powództwo. Stanęły więc na stanowisku, że chodzi tu o solidarną odpowiedzialność Skarbu Państwa i gminy, a podstawy prawnej odpowiedzialności dopatrzyły się w art. 417 k.c.

Jest w tej sprawie oczywiste, że doszło do fałszerstwa, że wybory trzeba było powtórzyć. Ja bym się tylko zastanawiała, czy jedynie w jednym obwodzie, bo pytanie, czy konstytucyjne jest przeprowadzanie wyborów na raty, z sumowaniem wyników z wyborów różnoterminowych w różnych obwodach - ale to jest bez znaczenia dla kwestii odszkodowawczej. Ta powinna być analizowana zgodnie z rudymentami wiedzy cywilistycznej. Jednakże nie może ona abstrahować od tego, że sprawa ma u swego źródła kwestie wyborów. I dlatego kluczową sprawą jest refleksja nad tym, jak określić w tym wypadku źródło szkody i jak kształtuje się związek przyczynowy między szkodą a zdarzeniem, za które się odpowiada. Czyli nad tym, jaki jest związek między brakiem wyboru poszkodowanego i - no właśnie, czym - czynem funkcjonariuszy-fałszerzy? czy hipotetycznym wynikiem pierwszych wyborów? Próżno jednak szukalibyśmy w uzasadnieniu wyroku choćby słowa na ten temat. Najwięcej miejsca zajmują technikalia o obliczaniu szkody, o tym, że członkowie komisji wyborczych są funkcjonariuszami, itd. Tymczasem głównym problemem jest to, że jeżeli fałszujący wyniki wpływali na wynik wyborów, to czy można na tle niezakończonych (bo unieważnionych) wyborów konstruować roszczenie odszkodowawcze? Nie mam wątpliwości, że można w ten sposób domagać się zbędnie poniesionych wydatków na udział w takich nieudanych (subiektywnie i obiektywnie) wyborach, ale odszkodowania za nieuzyskane apanaże? Tu przecież na przeszkodzie stałby fakt, że wyborów nie zakończono (kończy je stosowny akt PKW), więc brak związku (w rozumieniu art. 361 k.c.) między czynem fałszerzy a sytuacją niedoszłego wójta. A z kolei gdyby rozumować, że działanie funkcjonariuszy-fałszerzy spowodowało konieczność przeprowadzenia powtórnych wyborów, z niekorzystnym dla powoda skutkiem, to przecież start w powtórzonych wyborach jest szansą, nadzieją, a nie drogą do pewnego sukcesu wyborczego, zawodowego i w konsekwencji świadczenia pieniężnego. Zresztą najgorsze jest to, że uzasadnienie wyroku te kluczowe kwestie w ogóle przemilcza, po prostu ich nie stawia, nie rozstrząsa, nie analizuje. Argument, że Rzeczpospolita płaci drogi rachunek za brak zawodowej sprawności prawników jest tu prawdziwy, ale nie najistotniejszy.

Naiwnością jest mniemanie, że każda szkoda musi być wynagrodzona odszkodowaniem - bo życie społeczne niesie ryzyka niekompensowalne. Oczywiście w gospodarce rynkowej właśnie pieniądz (a więc i odszkodowanie) ma większą rolę do spełnienia, nikt bowiem nie kwestionuje potrzeby i możliwości naprawiania w pieniądzu szkód niemajątkowych i zadośćuczynień, ponadto rosną też aspiracje osób, których dotknęło niepowodzenie. Tym bardziej jednak należy się pilnować, aby to powszechne parcie na kasę odbywało się na podstawie i w ramach zasad rządzących mechanizmem przerzucania skutków wyrządzonej szkody. Jednym z najważniejszych narzędzi jest związek przyczynowy między zdarzeniem-źrodłem szkody a samą szkodą. O tym, jaki to musi być związek, gdzie leżą jego granice, jak trudno jest go ustalać, gdy w grę wchodzi szkoda hipotetyczna, napisano wiele (także po polsku). Umiejętność analizy tych kwestii to wykładnik biegłości zawodowej prawnika. Wyrok białostocki nie daje tu szans oceny i pochwały, skoro w kwestiach kluczowych po prostu milczy. Aktywizm interpretacyjny jest obowiązkiem i podstawą zawodowej sprawności prawników.

Sądy nie mają dobrej prasy, niestety. W demokratycznym społeczeństwie, gdzie rośnie zarówno ich rola, jak i rola ich rozstrzygnięć, ich własne milczenie jest zgubne. Pięćdziesiąt lat temu skądinąd znakomity profesor prawa mógł z niedowierzaniem przyjmować enuncjacje dziennikarza wietrzącego sensację tam, gdzie jej nie było, i jednocześnie uchylać się od wulgaryzacji (synonim popularyzacji) wiedzy prawniczej. W drugiej dekadzie wieku XXI, nie dziwią, ani powszechne zainteresowanie prawem, ani manipulowanie nim, ani jego czarny czy biały PR uprawiany przez masowe media. Tyle że demokratyzacji zainteresowania nie należy mylić z koniecznością dostosowania poziomu argumentacji prawniczej do poziomu wiedzy masowej (wedle zasady "Ciemny lud to kupi"). Odwrotnie: profesjonaliście przybywa zwiększony obowiązek tłumaczenia, wyjaśniania, nauczania. Profesor obecnie musi uczyć nie tylko studentów. Uzasadnienia wyroków są dziś pisane nie tylko dla stron, wyższych instancji, last but not least komentatorów, ale trafiają także do szerszej publiczności. Nie powinny razić aksjologią czy ubóstwem argumentacyjnym. To obraca się przeciw samym sądom, działającym nie tylko ratione imperii (co łatwe), ale i imperio rationis (co trudniejsze, ale trwalsze).

W drugiej dekadzie XXI w. powszechne zainteresowanie prawem, manipulo-wanie nim czy j jego czarny lub biały PR uprawiany przez media już nie dziwią

@RY1@i02/2012/216/i02.2012.216.07000060a.804.jpg@RY2@

@RY1@i02/2012/216/i02.2012.216.07000060a.805.jpg@RY2@

prof. Ewa Łętowska, rzecznik praw obywatelskich w latach 1987 - 1992, sędzia Naczelnego Sądu Administracyjnego w latach 1999 - 2002 i Trybunału Konstytucyjnego w latach 2002 - 2011

prof. Ewa Łętowska

rzecznik praw obywatelskich w latach 1987 - 1992, sędzia Naczelnego Sądu Administracyjnego w latach 1999 - 2002 i Trybunału Konstytucyjnego w latach 2002 - 2011

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.