Samorządzie, daj się wykazać mieszkańcom!
Od co najmniej dwudziestu lat przyzwyczajeni jesteśmy do tego, że wszystko przychodzi do nas z opóźnieniem. Później przyszła demokracja, później Unia Europejska sypnęła groszem, później pojechaliśmy autostradami.
Nie inaczej jest w samorządach, do których koncepcje nowoczesnego, niestandardowego sposobu zarządzania gminą i jej finansami również wkraczają z opóźnieniem. Ale przynajmniej wkraczają.
Nasze lokalne władze coraz częściej dochodzą do wniosków, do których dawno doszli ich koledzy z państw zachodnich - skoro pieniądze należy wydawać z głową, to najlepiej z tysiącami głów mieszkańców, którzy być może lepiej wiedzą, czego im brakuje.
Mowa o budżetach obywatelskich, czyli tym, co za granicą nazywa się "participatory budgeting". Chodzi o to, by mieszkańcy mogli decydować, na co idą miliony z miejskich kas. Wystarczy, że zgłoszą propozycje na specjalnych formularzach dostępnych w urzędzie lub na stronie internetowej. Najlepsze z nich (a raczej te, które przejdą przez urzędnicze sito) znajdą się na karcie do głosowania. Dopiero wtedy część z nich zostanie wpisana do przyszłorocznego budżetu miasta.
Tak zdecydował chociażby Poznań, który wydzielił na ten cel 10 mln zł. Rację mają czepialscy - to zaledwie 0,5 proc. rocznych wydatków miasta. Jeszcze mniej hojny okazał się Elbląg, który odda w ręce mieszkańców 2 mln zł, co stanowi... 0,03 proc. wydatków. Pomysł podchwytują kolejni - dyskusje toczą się w Łodzi, Opolu, Lublinie i Białymstoku. W Sopocie będzie to już druga edycja budżetowania obywatelskiego. W poprzedniej udało się m.in. wyremontować kilka uliczek, zakupić kontenery do segregacji śmieci itp. Tego chcieli mieszkańcy.
Niemrawe działania samorządowców w zakresie budżetów obywatelskich można tłumaczyć tym, że wszyscy muszą się tego nauczyć. Na polskim gruncie nietrudno wyobrazić sobie, że do radnych dzielnicy zgłasza się firma budująca place zabaw, licząc na kilka kontraktów. Dalej radni - wyposażeni w tablety od tychże firm, ze świeżą opalenizną po odbytym sponsorowanym wyjeździe zagranicznym - rozpoczną dyskretny lobbing wśród mieszkańców, uświadamiając im, że to właśnie nowoczesnych, bezpiecznych placów zabaw najbardziej im potrzeba. Wtedy propozycje zgłaszane przez mieszkańców mogą być iluzoryczne.
Choć przytaczam powyższy przykład, i tak odnoszę wrażenie, że jest to szukanie dziury w całym. Bo przecież gdyby z góry założyć, że we wszystkim, za co się bierzemy, zdarzają się wypaczenia, najlepiej byłoby nie robić nic.
Dlatego namawiam samorządy, by budżetów obywatelskich dawały więcej. To najlepszy sposób na zdiagnozowanie bolączek trapiących miasto. Kto nie wierzy - niech sięgnie do danych Banku Światowego. W brazylijskim Porto Allegre, które budżet obywatelski wprowadziło już w 1989 r., za namową samych mieszkańców siecią wodno-kanalizacyjną objęto 98 proc. gospodarstw domowych (startując z poziomu 75 proc. w 1988 r.). Zwiększyły się także nakłady budżetowe na edukację i zdrowie z 13 proc. w 1985 r. do 40 proc. w 1996 r. Jak na dłoni widać więc, czego mieszkańcom Porto Allegre najbardziej brakowało. Ale tam dostali odpowiedni instrument do wyrażenia tych potrzeb - w ich dyspozycji co roku pozostawało ok. 200 mln dol.
Skoro pieniądze należy wydawać z głową, to najlepiej z tysiącami głów mieszkańców, którzy lepiej wiedzą, czego im brakuje
@RY1@i02/2012/172/i02.2012.172.08800020b.802.jpg@RY2@
Tomasz Żółciak dziennikarz Dziennika Gazety Prawnej
Tomasz Żółciak
dziennikarz Dziennika Gazety Prawnej
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu