Dodatek nie jest naszą fanaberią
Życie w wielkim mieście jest droższe niż na prowincji. Mieszkańcy Warszawy, Krakowa czy Sopotu więcej płacą za chleb, mieszkanie, a nawet usługi szewca. Niestety tej prawidłowości zdają się nie dostrzegać decydenci. Szkoda, bo wprowadzając dla sędziów dodatki wielkomiejskie, rozwiązaliby część problemów wymiaru sprawiedliwości
Żyjemy w wolnym kraju w warunkach gospodarki wolnorynkowej. Miarą sukcesu jest również sukces finansowy. Wszyscy jesteśmy wysokiej klasy specjalistami z zakresu prawa. By znaleźć się w tym miejscu, w którym jesteśmy poświęciliśmy wiele lat życia - nawet najmłodsi z nas ukończyli 5-letnie studia prawnicze, kilkuletnią aplikację i pracowali w innym zawodzie - zwykle nieszczególnie dobrze opłacanym. W tym czasie, tak jak wszystkim innym na dorobku, nie było nam i naszym rodzinom łatwo. W wieku około 30 lat mogliśmy z dumą odebrać od Prezydenta RP insygnia powierzonej nam władzy rozstrzygania częstokroć o najważniejszych dla ludzi dobrach: wolności, rodzinie, majątku czy pracy.
Nie motywacja finansowa nam przyświecała, gdy decydowaliśmy się na wykonywanie tej ciężkiej służby, ale też nieprawdą byłoby stwierdzenie, że nie braliśmy jej w ogóle pod uwagę. W końcu Konstytucja Rzeczypospolitej Polskiej w art. 178 ust. 2 stanowi, że "sędziom zapewnia się warunki pracy i wynagrodzenie odpowiadające godności urzędu oraz zakresowi ich obowiązków", a my jesteśmy wysokiej klasy fachowcami od prawa, którzy (zupełnie jak inni prawnicy) nie pracują w systemie 8 - 16. Jakkolwiek by to nie zabrzmiało, prawdą jest, że jako prawnicy porównujemy się i porównywać będziemy z innymi prawnikami. W tej sytuacji nie może być dla nas argumentem, że są grupy, również finansowane z budżetu państwa, które są od nas wynagradzane gorzej, tak jak nie chcę używać demagogicznego argumentu, że są grupy wynagradzane lepiej. Każdy z nas w pewnym momencie życia podjął decyzję, że zostanie prawnikiem, a nie np. nauczycielem, lekarzem czy politykiem.
Decyduje miejsce pracy
Państwo jest pracodawcą również dla nas. Jako pracodawca ma obowiązek zapewnić nam takie warunki pracy i płacy, by nie tylko konstytucji nie naruszać (co winno być oczywiste), ale również nie wystawiać nas na ciągłe kuszenie odejściem tam, gdzie nasze umiejętności i doświadczenie wreszcie uzyskają godziwą wycenę. Wystarczy rozejrzeć się po rynku usług prawniczych, by zobaczyć, ilu byłych sędziów odnosi na nim sukcesy, zarabiając jednocześnie bardzo godziwie - jako adwokaci, radcowie prawni, notariusze czy komornicy. Może gdyby państwo inaczej ich potraktowało, swe niewątpliwe talenty pożytkowaliby nadal z korzyścią dla społeczeństwa po drugiej stronie stołu sędziowskiego? Może po prostu wystarczyłoby im godnie zapłacić?
Ale dlaczego o tym wszystkim mówię? Ano dlatego, że chcę zwrócić uwagę, iż sytuacja sędziów - także w zakresie godnego poziomu życia - nie jest jednakowa. Śmiem twierdzić, że w wielkich miastach jest gorsza niż w mniejszych, a Warszawa pod tym względem bije wszelkie rekordy.
Dlaczego tak się dzieje? W mojej ocenie jest to niestety konsekwencja tego, że ustrój się zmienił, ale myślenie decydentów już nie. Proszę mi wskazać drugą dziedzinę ludzkiej aktywności, w której pracodawca zupełnie nie bierze pod uwagę tak prozaicznych, ale też oczywistych uwarunkowań, jak sytuacja na lokalnym rynku pracy, poziom cen - w tym mieszkań - czy średni poziom dochodów, zwłaszcza w obrębie danej grupy zawodowej. Proszę mi pokazać rynek jakichkolwiek usług, gdzie miejsce ich świadczenia nie wpływa na cenę. Będzie trudno. Być może coś znajdziemy w sferze publicznej, co tylko świadczy o indolencji tych, którzy nią zarządzają.
Dlaczego za tę samą usługę ten sam szewc (albo adwokat) w Warszawie zażyczy sobie 2 albo i 3 razy więcej niż np. w Rzeszowie i żaden ich potencjalny klient się nie zdziwi? Pewnie dlatego, że każdy uzna za oczywiste, że gdyby pierwszy czy drugi w Warszawie pobierał za swe usługi stawki rzeszowskie, rychło nie miałby za co utrzymać lokalu - nie mówiąc już o zapewnieniu bytu sobie i swojej rodzinie. Czemu wreszcie chcąc się stać wysokiej klasy (a więc i dobrze opłacanym) specjalistą w swym fachu, taki szewc czy adwokat może zechcieć przenieść się do Warszawy? Pierwszy dlatego, że na jego wykonywane ręcznie, z najlepszych materiałów, buty nie będzie zbytu w jego miejscowości, drugi, bo na wykorzystanie wyuczonej na zagranicznych stażach wiedzy z zakresu doradztwa giełdowego nie znajdzie gdzie indziej klienta. Tymczasem w każdym z siedmiu sądów rejonowych w Warszawie i w każdym sądzie zlokalizowanym w miasteczku, które nawet powiatem być nie powinno, sędzia otrzymuje taką samą pensję. Co to oznacza? To, że sędzia z Warszawy, jeżeli nie będzie mógł liczyć na pomoc innych (małżonka, rodziców itd.), nie kupi domu w pobliżu siedziby sądu, podczas gdy jego kolega z mniejszej miejscowości taki dom z pewnością będzie mógł nabyć. Dlaczego sędzia z Warszawy (ale również Poznania, Gdańska, Wrocławia, Łodzi czy innych wielkich miast) ma być skazany na mieszkanie byle jak i byle gdzie? Czy po to uczył się wiele lat, by harować całymi dniami (rozstrzygając często najpoważniejsze sprawy w pośpiechu i stresie), bo nikt nie ma odwagi, by ten nonsensowny system zmienić?
Każdy z nas - przynajmniej do pewnego stopnia - jest istotą racjonalną, co oznacza, że kalkuluje opłacalność zachowań i podejmowanych decyzji życiowych. Takie kalkulacje również wykonują decydenci. Jeżeli kalkulacje tych ostatnich są trafne, system funkcjonuje należycie, ponieważ uwzględnia kalkulacje adresatów poszczególnych decyzji.
Ściągnijmy najlepszych
Przejdźmy do konkretu w wymiarze sprawiedliwości. Pożądane jest, by w wielkich sądach w ośrodkach wielkomiejskich orzekali najlepsi sędziowie. Być może to teza kontrowersyjna, ale... Po pierwsze wszyscy sędziowie muszą być dobrymi prawnikami. Jeżeli nawet tych najlepszych z najlepszych zgromadzimy w wielkich jednostkach, to i tak w pozosta
łych jednostkach pozostaną sędziowie dobrzy. Truizmem jest stwierdzenie, że trudna sprawa może trafić się wszędzie, a większość trudnych spraw toczy się w dużych miastach - tu się koncentruje życie gospodarcze, obrót nieruchomościami, tu mieszka najwięcej i zwykle najbardziej majętnych ludzi, tu również występuje największa i najtrudniejsza do zwalczenia przestępczość. Niektóre kategorie spraw to wyłącznie domena wielkich miast albo nawet tylko Warszawy, choćby przestępstwa giełdowe. Ostatecznie z tymi wszystkimi sprawami muszą zmierzyć się sędziowie, a z uwagi na ich rodzaj muszą zmierzyć się przy okazji również z najlepszymi prawnikami. Np. zupełnie inaczej wyglądać będzie sprawa dotycząca uregulowania kontaktów z dzieckiem, gdy skłóceni byli małżonkowie należą do typowej klasy pracującej, niż gdy będzie w niej uczestniczył milioner czy celebryta. Tak się składa, że ci ostatni zwykle mieszkają i rozstrzygają swe spory w wielkich miastach.
Sędzia nie może być na sali sądowej najsłabszym prawnikiem - pożądane jest, by był najlepszym. Praktyka w wielkich miastach pozwala szybko zdolnemu sędziemu stać się rzeczywistym gospodarzem postępowania sądowego i panem sali rozpraw, ale racjonalny organizator wymiaru sprawiedliwości (a jest nim nadal minister sprawiedliwości) musi spowodować, by ci zdolni sędziowie chcieli tam pracować. By chcieli się specjalizować, mierzyć z trudnymi sprawami, świetnie opłacanymi adwokatami, mediami, które rzadko są ciekawe, co dzieję się poza Warszawą czy innym większym miastem itd. Tymczasem aktualna polityka prowadzona przez rządzących odstrasza sędziów od przenoszenia się do wielkich ośrodków. Przecież do racjonalnie rozumującego człowieka nigdy nie trafi apel w stylu: "Przenieś się do dużego miasta, sprzedaj swój dom i kup za to 30-metrowe mieszkanko (albo dom, z tym że znajdujący się 40 km od sądu, do którego dojazd zajmie tobie co najmniej godzinę), a w zamian możesz liczyć na ciężką harówkę, co w żaden sposób nie wpłynie na stan twojego konta". Czy tak się dzisiaj motywuje ludzi?
Czy należy się więc dziwić, że nie widać wielu chętnych do przeniesienia się do tych wielkich sądów. Tak więc wielu marnuje swój talent w sądach, gdzie z rzadka trafia się sprawa będąca wyzwaniem, natomiast ci, którzy zdecydowali się na pracę w wielkim mieście, zastanawiają się, po co im to było i jak by się tu wynieść tam, gdzie jest (choćby trochę) normalniej.
Oczywiście wszem i wobec słyszymy, że mamy kryzys. Ale proszę mi uwierzyć: dla wymiaru sprawiedliwości kryzys to nie nowość ale stan permanentny. Stan wynikający z braku spójnej koncepcji i wizji funkcjonowania wymiaru sprawiedliwości po stronie tych, którzy o nim decydują. I nie chodzi tu bynajmniej o sędziów. My tylko zbieramy gorzkie owoce tego, co o nas postanowią dwie pozostałe władze, które nie dość, że o wymiarze sprawiedliwości nie mają pojęcia, to - co gorsza - nie pytają tych, którzy się znają.
Co z tym kryzysem
Kryzys ten spowodował już obniżenie nam wynagrodzeń. Bo czym innym jest brak podwyżki, a czym innym zerwanie powiązania ze średnim wynagrodzeniem. Skoro średnie wynagrodzenie w Polsce nadal rośnie, to albo tego kryzysu nie ma, albo wieści o nim są mocno przesadzone. Tak czy inaczej, gdyby utrzymać mechanizm waloryzacyjny, to skoro wzrosły płace (a należy pamiętać, że płace są opodatkowane), to tym samym wzrost wynagrodzeń sędziowskich - w takim zakresie, jak wzrosły płace innych grup zawodowych - byłby dla budżetu państwa neutralny.
Tak więc wbrew różnym twierdzeniom na wynagrodzeniach sędziów postanowiono po prostu zaoszczędzić, zrywając tym samym zawarty pomiędzy władzami kompromis co do oderwania wynagrodzeń sędziowskich od widzimisię polityków. Znowu wróciliśmy do stanu, przeciwko któremu kilka lat temu protestowaliśmy. Nie to jednak w kontekście dodatków wielkomiejskich jest najważniejsze. Ważne jest to, że:
● po pierwsze wynagrodzenia sędziów w skali budżetu państwa są - i nie waham się tego sformułowania użyć - śmieszne, choć stanowimy jedną z trzech władz, ani ważniejszą, ani też nie mniej ważną niż dwie pozostałe.
● po drugie budżet państwa wydaje ogromne kwoty, m.in. na nietrafione inwestycje w infrastrukturę.
Przypomina to gospodarkę ustroju słusznie minionego, gdzie inwestowano przede wszystkim w wartości materialne, a nie w ludzi, co zakończyło się wiadomym skutkiem. W nowoczesnej gospodarce oczywistym jest, iż najważniejsza jest inwestycja w ludzi i byłoby dobrze, gdyby ta prawda dotarła również do decydentów od wymiaru sprawiedliwości.
Możemy oczywiście wybudować pałace z sieciami n-tej generacji i nagrywaniem rozpraw w jakości HD, ale gdy zabraknie pieniędzy, by skłonić dobrych prawników do związania swej przyszłości z sądami, czeka nas spektakularna katastrofa.
To jest zwykła rekompensata
Jeżeli w budżecie państwa są środki na kosztowne delegowanie sędziów do sądów warszawskich i do Ministerstwa Sprawiedliwości, nagrywanie rozpraw, e-sąd, to powinny też - i to w pierwszej kolejności - znaleźć się pieniądze na zapewnienie godziwych warunków pracy i płacy wszystkim sędziom. Powinny znaleźć się też pieniądze na wprowadzenie systemu dodatków wielkomiejskich, które zrekompensują sędziom wyższe koszty życia i niedogodności związane z pracą w dużych ośrodkach oraz zachęcą ich do pracy tamże. Nie wierzę, że decydenci - w tym przede wszystkim minister sprawiedliwości - tego nie wiedzą. Tylko od ich woli rzeczywistej poprawy kondycji wymiaru sprawiedliwości zależy jego przyszłość. My sędziowie sami pewnych rzeczy nie zrobimy.
Każdy z nas - przynajmniej do pewnego stopnia - jest istotą racjonalną, co oznacza, że kalkuluje opłacalność zachowań i podejmowanych decyzji życiowych
@RY1@i02/2012/042/i02.2012.042.07000060a.804.jpg@RY2@
Adam Stępień/Reporter
Zatory tworzą się nie tylko na stołecznych drogach, ale także w sądach
@RY1@i02/2012/042/i02.2012.042.07000060a.805.jpg@RY2@
Łukasz Piebiak, sędzia Sądu Rejonowego dla m.st. Warszawy delegowany do Sądu Okręgowego w Warszawie XX Wydział Gospodarczy, prezes Oddziału Warszawskiego Stowarzyszenia Sędziów Polskich Iustitia
Łukasz Piebiak
sędzia Sądu Rejonowego dla m.st. Warszawy delegowany do Sądu Okręgowego w Warszawie XX Wydział Gospodarczy, prezes Oddziału Warszawskiego Stowarzyszenia Sędziów Polskich Iustitia
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu