Znowu mamy takie czasy, że każdy jest lekarzem
W czasach zygmuntowskich najwięcej - jak głosił Stańczyk - miało być lekarzy. Królewski błazen kąśliwie wypowiadał się tym sposobem o tych, którzy lekarzami właśnie nie byli, ale uważali się za wystarczająco kompetentnych, by orzekać autorytatywnie na temat jego zdrowia. Pokusa, by wychodzić poza opłotki swej profesji, dziś jest chyba nawet większa, bo i profesji się namnożyło. Jeszcze w XVIII w. nie trzeba było być w ogóle uniwersyteckim prawnikiem, by odnosić sukcesy zawodowe jako palestrant. Inna rzecz, że system prawa nie był rozbudowany na tyle, by ogólnie wykształcony człowiek nie mógł mieć w nim rozeznania. Jeszcze w latach międzywojnia było wielu adwokatów, nawet sędziów, którzy nie mieli wykształcenia uniwersyteckiego. W Rosji carskiej były nawet prawnicze licea zawodowe, które wystarczająco na poziom tamtych czasów przygotowały kadry do wykonywania różnego rodzaju usług prawniczych. Spośród nich rekrutowało się wielu obrońców sądowych, których po II wojnie wpisano gremialnie na listy adwokackie. W czasach PRL mieliśmy osławione szkoły Duracza, które sędziów przygotowywały w ciągu dwóch lat, a prokuratorów w sześć miesięcy. Jednocześnie można było równolegle uzyskać maturę, nie tracąc czasu na zdobywanie średniego wykształcenia w odrębnym trybie.
Skorzystaj z promocyjnej subskrypcji
już od 9,90 zł za pierwszy miesiąc.
Zyskaj dostęp do treści.
Możesz anulować w dowolnym momencie.
Skorzystaj z promocyjnej subskrypcji
już od 9,90 zł za pierwszy miesiąc.
Zyskaj dostęp do treści.
Możesz anulować w dowolnym momencie.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.