Chińczycy się przydają, gdy chodzi o cenę
Na pierwszy rzut oka pomysł, aby utrudnić Chińczykom start w polskich przetargach budowlanych, wygląda nieźle. W gospodarce należy trzymać się zasady, według której traktujemy obcych u siebie tak samo jak oni nas u siebie. Jeśli polskie firmy nie mogą startować w przetargach w Kraju Środka lub są dyskryminowane, to chińskie przedsiębiorstwa też powinny dostać czarną polewkę.
Do tego jeszcze doszedł blamaż chińskiego COVEC-u na budowie autostrady. Konsorcjum poległo, i to przy bardzo prestiżowym zamówieniu, a na dodatek okazało się, że będzie problem z wyegzekwowaniem pieniędzy od chińskich banków, które dawały gwarancję COVEC-owi.
Jednak kiedy dłużej o tym pomyśleć, sprawa przestaje być prosta. Generalnie bowiem udział w przetargu sprowadza się zazwyczaj do dostarczenia kapitału - czy w formie podatków, czy cen za produkt albo usługę. Im mniej firm bijących się o kontrakt, tym szanse na obniżenie kosztów budowy spadają. Z punktu widzenia podatnika mniej ważne jest, skąd firma pochodzi i jak się w jej kraju traktuje polskie firmy, a większe znaczenie ma to, czy jej udział prowadzi do redukcji kosztów całego przedsięwzięcia.
Teraz mała dygresja - nie wiem, czy czytaliście państwo książki Karola Maya o Winnetou i Old Shatterhandzie. W co najmniej kilku z nich przewija się wątek Chińczyków, których Amerykanie zatrudniają do budowy kolei, jako że jest to tania siła robocza. To nie wymysł Maya, który Dzikiego Zachodu na oczy nie widział, ale fakt. Chińczycy od dawna mają udział w inwestycjach infrastrukturalnych na świecie właśnie z powodu niskich kosztów.
Eliminacja firm, których głównym atutem jest właśnie niska cena, oznacza, że zmniejsza się determinację innych podmiotów, aby pilnować tego elementu. Dodatkowo chińskie firmy są w Polsce outsiderami - grono wykonawców dróg czy budynków publicznych jest dość wąskie i czasem można odnieść wrażenie, że nie przykładają się oni do oferty, bo i tak dostaną jakiś kontrakt. Jak nie ten, to inny, jak nie firma X, to firma Y, ale z tej samej grupy kapitałowej.
Tymczasem instytucjom rządowym powinno zależeć, żeby firmy wychodziły ze skóry, aby zaproponować jak najbardziej korzystną dla zamawiającego cenę, a także, aby nie tworzyć zamkniętego kółka wykonawców. A do tego zmierzają planowane przez Urząd Zamówień Publicznych zmiany w ustawie o przetargach.
O wiele bardziej rozsądne wydaje się wprowadzenie czegoś w rodzaju czerwonej kartki dla tych firm, które nie poradziły sobie z realizacją kontraktów. W ten sposób można by wyeliminować nierzetelne chińskie firmy (oraz indyjskie, z RPA i Zimbabwe), karząc ich obniżką punktów lub zakazem udziału w przetargach przez pół roku, jednocześnie nie zamykając się na dobrych wykonawców z tego kraju. Tylko tego rozwiązania zapewne nie poprą nasze rodzime firmy. Bo praktycznie każda z nich ma taką porażkę na sumieniu, a niektóre były także spektakularne: choćby kłopoty z terminalem na lotnisku Okęcie.
@RY1@i02/2012/028/i02.2012.028.000000200.802.jpg@RY2@
Marek Siudaj, kierownik działu branże i firmy
Marek Siudaj
kierownik działu branże i firmy
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu